Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deradoorian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deradoorian. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2025

MAMUTHONES - "FROM WORD TO FLESH" (Rocket Recordings) "Biały dym"

 

   W tym tygodniu wiele dróg prowadziło do Włoch, w szczególność zaś do Rzymu oraz jego okolic. Na malowniczo położonych kortach Foro Italico rozpoczęły się dwa prestiżowe turnieje WTA 1000 i ATP 1000, szczególnie ten pierwszy miał nam pokazać, czy jest szansa na drobne odrodzenie zagubionej formy naszej najlepszej tenisistki, a tym samym, czy jest nadzieja na kolejny sukces w Paryżu. Po dzisiejszej porażce wieści są nienajlepsze. Dokładnie widać, że w tym roku, o jakikolwiek dobry wynik, na kortach Rolanda Garrosa, będzie bardzo ciężko. Nie istnieje nic na czym można by oprzeć grę - ani mentalności, ani pracy nóg, która w tenisie odgrywa kluczową rolę, brak planu, taktyki, ani nawet chęci samej gry (totalna i rzadko spotykana na tym poziomie dekonstrukcja). Cóż począć w takiej sytuacji? Jak mawiał za czasów mojego dzieciństwa pan Dariusz Szpakowski, utyskując nad kolejną porażką polskiej reprezentacji - "Potrzebne są głębokie zmiany".

Muzyka alternatywna ze słonecznej Italii nie jest ogromnym skarbcem, w którym o każdej porze roku możemy swobodnie przebierać. Tak się złożyło, że dwa tygodnie temu ukazała się ciekawa propozycja włoskiej formacji Mamuthones zatytułowana "From Word to Flesh". Album wydała zacna wytwórnia Rocket Recordings. Propozycje z tej oficyny regularnie goszczą na łamach bloga. Poza tym, o tej grupie niegdyś wspominał, zacny i ciekawy muzycznych nowinek, portal "The Quietus". Pomyślałem więc, że zerknę cóż tym razem przygotował dla słuchaczy Alessio Gasaldello oraz jego wesoła załoga.





Nazwa Mamuthones zabiera nas bezpośrednio do obchodów karnawału, które co roku mają miejsce na Sardynii. To właśnie wtedy w barwnym korowodzie, sunącym wąskimi uliczkami, można dostrzec groźnie i charakterystycznie wyglądające postacie, przebrane w stroje z owczej skóry, do których przymocowane zostały pasterskie dzwonki. Ich głowy ozdobione są chustami, a oblicza zasłaniają drewniane pomalowane na czarno maski. Choć przebierańcy kroczący w kolorowym pochodzie sami wyglądają jak sugestywna emanacja zła, ich zadaniem jest przepędzenie sił nieczystych.




To była jedna z pierwszych rzeczy, które Alessio Gasaldello ujrzał kilka lat temu, tuż po wylądowaniu na wyspie. Dokładniej mówiąc, na szybie dostrzegł plakat z groźnie wyglądającymi postaciami - Mamuthones - który reklamował rozpoczęcie karnawału. "To była pierwsza rzecz, którą zobaczyłem... Wisiał tam plakat i byłem zszokowany tymi postaciami" - wspominał.

Muzyka włoskiej formacji raczej nie szokuje, chyba jedynie tych, którzy na co dzień obcują z twórczością Zenka M. lub Sióstr G. Najnowszy album wytycza zupełnie nową ścieżkę, w stosunku do poprzedniego wydawnictwa "Fear On The Corner", którego tematem, jak sama nazwa wskazuje, był strach we wszelkich jego odmianach. Gasaldello wyraźnie ciągnie do odkrywania dawnych kultur, pogańskich rytuałów, tajemniczych obrzędów, mistycznych wierzeń i przesądów. Dlatego wiele z jego kompozycji posiada transowy, psychodeliczny charakter.




Funkcjonują one na bazie powtarzanego motywu, jednostajnie odmierzanego rytmu, wokół czego rozbudowuje się pozostałe elementy aranżacji. Tak jest również w przypadku dobrego otwarcia "Born From Inside", który może przypominać nastrojem dokonania grupy Swans. Najciekawiej, z całego zestawu siedmiu najnowszych odsłon, wydaje się brzmieć "A Cage Full Of Lions", nieco ambientowy w charakterze, o rzadko spotykanej, w wydaniu włoskiej grupy, fakturze dźwiękowej. Od pierwszych taktów przykuwa uwagę i wyprowadza słuchacza z kręgu rytualnego transu, roztaczając wokół niepokojącą przestrzeń.

"Can't Be Done" przypomniał mi fragment prezentowanej jakiś czas temu grupy GNOD, z powtarzanym niczym mantra zwrotem: "Nie można tego uczynić, dopóki dzień się nie skończy". Choć rozpoczął się dość banalnie, od sztampowego wkładu elektronicznie zaprogramowanej perkusji, rozpiętej gdzieś na pograniczu niefrasobliwego lo-fi, i smętnego amatorstwa. Po takim wstępie można było mieć uzasadnione obawy, w jaki sposób rozwinie się w kolejnych minutach. Jednak Alessio Gasaldello wyszedł z tej zastawionej na samego siebie pułapki obronną ręką. Kto wie, może przy tej okazji autor wysłuchał cennych rad pracowników Rocket Recordings, z którymi współpracę tak bardzo zachwalał. "Mają świetną wiedzę o kulturze muzycznej. To tak, jakbyś pracował z ekspertem od produkcji". 

W kolejnych fragmentach jako bazę wykorzystano gitarę akustyczna, co odrobinę zmiękczyło przekaz oraz żeński chórek. W "A Symmetry of Faith" oprócz podkreślonego basu znajdziemy także mocno zarysowany psychodeliczny akcent. Przy okazji "Sons Of Myself" posłużono się cytatem z filmu Werenera Herzoga - "Aguire - Gniew Boży" (1971). Całość tego intrygującego materiału przypominała mi długimi fragmentami recenzowany na łamach tego bloga album "Possession" - SPHARE'OS. Choć trzeba przyznać, że francuskiego muzyka nieco bardziej interesuje mistycyzm, okultyzm, kabała i przenikania się różnych światów, form rzeczywistości.

(nota 7.5/10)


 


Dziś wyjątkowo smakowita "KOMPOZYCJA TYGODNIA" - przed którą lojalnie ostrzegam, bo uzależnia, i to bardzo. Jednak zanim do niej dojdziemy, postaramy się nadrobić zaległości z krainy "Dodatków...". Na dobry początek Claire Molek i Jason Savasani, którzy w mieście Chicago tworzą duet Friend Of A Friend. Kilka dni temu ukazała się ich płyta "Desire!". Tak udanie się rozpoczyna.



 
Stolica Francji przyniesie nam spotkanie z grupą PEURS, która całkiem niedawno opublikowała epkę zatytułowaną "Self-Help".




Los Angeles, znana nam już grupa Deradoorian, z wokalistką Angel, oraz świetny fragment najnowszej, wydanej wczoraj, płyty zatytułowanej "Ready For Heaven".




Uniontown (Pensylwania), i zespół Half Japanese, na który często powołują się alternatywni artyści, wskazując, że to jeden z ich ulubionych. Właśnie pojawił się nowy singiel, który zapowiada album "Adventure" - premiera 11 lipca.




Ukraińskie zespoły rzadko goszczą w alternatywnych zestawieniach, nadarza się okazja, żeby to zmienić. 13 czerwca ukaże się epka - "Promigna" grupy Sherpa The Tiger.




Niegdyś jeden z moich ulubionych zespołów - Broken Social Scene - świętuje. Artyści skupieni wokół alternatywnej sceny, tacy jak: Toro Y Moi, Hand Habits, The Weather Station, Mdou Moctar, Benny Sings itd, postanowili uczcić rocznice wydania świetnego albumu "You Forgot It In People", i zagrać własne wersje zamieszczonych na nim kompozycji. Wydawnictwo nosi tytuł "Anthems: A Celebration Of Broken Social Scene's You Forgot It In People" i ukaże się 6 czerwca. Oto singiel promujący ten album.





Pojawiła się okazja, z której jako wierny fan grupy muszę skorzystać. Przywołam więc koncertową wersję tej wybornej piosenki.




Brytyjski perkusista Malcolm Catto gościł już na łamach bloga. Tym razem pojawi się w towarzystwie grupy Little Barrie, z którą pod koniec kwietnia opublikował album zatytułowany "Electric War".




Detroit w stanie Michigan jest siedzibą zespołu Moonrisers, który 30 maja opublikuje nowy album zatytułowany "Harsh & Exciting".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie reprezentantka Nowego Yorku - Eliana Glass, która kilka dni temu opublikowała ciekawy album zatytułowany "E".




KOMPOZYCJA TYGODNIA - należy do szwedzkiego perkusisty Dennisa Egbertha i jego międzynarodowego sekstetu, z Nikolasem Barno na trąbce i Fredrikiem Ljingkvistem na saksofonie (członkowie znanego kolektywu Fire! Orchestra). Niedawno ukazała się ich całkiem udana debiutancka płyta, łącząca spiritual jazz z modern jazzem oraz ambientem - "The Dennis Egbert Dynasty". Szkoda tylko, że nie udało się utrzymać tak fantastycznego nastroju, jak w tej mojej ulubionej kompozycji "Chichen Itza". Początkowo przyciągnął mnie do niej rytm perkusji, nie tyle metrum, co sposób jego odmierzania. A potem... Sprawdźcie sami... CUDO!!!









sobota, 14 grudnia 2024

SUNSTACK JONES - "LUMINOUS HANDS" (AV8 Records) "W blasku słońca"

 

     Pewnie wielu z Was wciąż całkiem nieźle pamięta grupę The Verve. Nigdy nie był to mój ulubiony zespół, nawet w latach świetności, ale znałem kilka ich płyt i lubiłem od czasu do czasu wracać do paru dobrych piosenek, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy wciąż na mnie działają. Formacja The Verve funkcjonowała przez dekadę, od końca lat osiemdziesiątych do końca złotych lat dziewięćdziesiątych. Ich muzyczne poczynania charakteryzowało specyficzne i całkiem rozpoznawalne brzmienie gitar - tak wtedy się grało - odrobinę zakwaszone, nieco psychodeliczne, przy okazji nawiązujące do niektórych grup z lat 60-tych. Chyba największy komercyjny sukces przyniosła im płyta "Urban Hymns", z kultowym przebojem oraz ikonicznym teledyskiem (lider formacji wybrał się na szybki spacer ulicami miasta, podobnie jak sześć lat wcześniej zrobiła to w innym teledysku wokalistka grupy Massive Attack)) - "Bitter Sweet Symphony", gdzie wykorzystano symfoniczny cytat z utworu "The Last Time" - The Rolling Stones. Tuż po rozpadzie grupy w 1999 roku jej wokalista - Richard Ashcroft - próbował rozwijać solową karierę i nawet całkiem nieźle to wyszło.


Dlaczego o tym wspominam? Tak się złożyło, że członkowie grupy Sunstack Jones wychowali się również na muzyce The Verve. "To nie tak, że siedzę i słucham przez cały czas płyt The Verve, ale kiedy byliśmy młodzi, oni byli dla nas tacy wielcy, i byli po prostu zajebiści..." - wyznał całkiem szczerze wokalista Sunstack Jones. Jego koledzy pokochali piosenki brytyjskiej formacji do tego stopnia, że w swojej twórczości nie tylko nawiązywali do charakterystycznego brzmienia, ale z płyty na płytę starali się je rozwijać i ubogacać. Nadarzyła się okazja, żeby sprawdzić, jak sobie poradzili z tym niełatwym zadaniem. Niedawno ukazała się ich płyta zatytułowana "Luminous Hands", która brzmieniem przywołuje gitarowego ducha lat dziewięćdziesiątych.



Końcowy i całkiem zadowalający efekt udało się uzyskać również dzięki znajomości z dawnym basistą zespołu The Verve - Nickiem McCabe. To on zaprosił członków formacji Sunstack Jones do swojego studia. 

"Naszym głównym celem jest ulepszenie ostatniej  rzeczy, którą zrobiliśmy, a nie staranie się, żeby zostać kimś innym. Oszustów można rozpoznać z daleka, zazwyczaj są headlinerami, prawda?".

Grupa Sunstack Jones debiutowała w 2012 roku krążkiem "Surefire Ways To Sweet The Mind", wydanym przez oficynę Mammouth Bell Recording, specjalnie powołaną do tego celu przez dwóch liderów zespołu. Początkowo skład dość często ulegał zmianie, aż wykrystalizował się gdzieś pod koniec 2016 roku i zamknął w pięcioosobowej załodze. Wszyscy w młodości słuchali podobnych rzeczy - The Verve,  Ride, Stone Roses, Black Rebel Motorcycle Club.

"Chcieliśmy nazwy, która brzmi jak szalony stary bluesman, czy coś w tym stylu. To była mieszanka czegoś ekscytującego oraz interesującego, jak wymyślone słowa i czegoś zupełnie przyziemnego, jak moje i Richy'ego nazwisko " - wspominał wokalista Chris Jones.

Panowie początkowo zajęci obowiązkami zawodowymi wysyłali sobie próbki nagrań drogą internetową. Jednak po kilku udanych koncertach doszli do słusznego wniosku, że najwięcej frajdy przynosi im wspólne granie, także takie w sali prób, gdzie powstawały kolejne pomysły i piosenki.



 
Ostatnie wydawnictwo zatytułowane "Luminous Hands" grupa Sunstack Jones reklamowała na Instagramie jako: płytę dla fanów zespołu Galaxie 500. Pewnie jest w tym trochę racji, chociaż utwory zawarte nam albumie są dość różnorodne, jak na ograniczone możliwości grupy. Udany początek, czyli tytułowy "Luminous Hands", od razu przywołuje skojarzenie z najlepszymi momentami w dyskografii The Verve. Dalej jest podobnie. Dominuje brzmienie gitar, które od czasu do czasu zyskują na sile rażenia. 

Przy okazji odsłony "Even Though", mogą przypomnieć się fragmenty twórczości Mojave 3. Nieco bardziej w stronę dawnych pieśni grupy The Byrds, zmierzają "Useless Saying" czy "I Guess That Fine". Z tej całkiem niezłej płyty - szczególnie, kiedy mamy do czynienia z niezbyt obfitym w intrygujące premiery grudniowym czasem - warto zapamiętać także świetny "Moriarty Hotel". Niby proste gitarowe granie, ale niepozbawione głębi oraz uroku, pewnie odrobinę "dziaderskie" dla pokolenia "sigmy" i "dzbanów", ale fani wyżej wymienionych formacji powinni znaleźć coś dla siebie na tym krążku.

(nota 7/10)

 



W strefie "Dodatki..." z Liverpoolu przeniesiemy się do Manchesteru, gdzie działa i tworzy Abbie Ozard, która niedawno opublikowała album "Everything Still Worries Me". Moja ulubiona piosenka.



Zajrzymy do miejscowości Mangat, która leży w Wielkiej Brytanii, gdzie tworzy zespół Tokyo Tea Room. Zamiast dramatycznie kiepskiej i wydanej wczoraj płyt "The Night " (która zebrała w prasie zaskakująco dobre recenzje)  - grupy Saint Etienne, posłuchamy niedawno wydanego singla Tokyo Tea Room.



 
Cici Arthur reprezentuje Kanadę, a jego nowa piosenka zapowiada lutowa premierę płyty "Way Through" - 21 luty 2025 roku. W składzie zespołu artysty znajdziemy dobrych znajomych - Nicholasa Krgovicha, Josepha Shabasona. 




Deradoorian to grupa z Nowego Yorku, z liderką Angelą Deradoorian i dobrym znajomym saksofonistą Patrickiem Shiroshim w składzie. Oto ich najnowsza propozycja.



Chicago w stanie Illinois, zapowiedź płyty "Phonetics On And On" - grupy Horsegirl, która ukaże się 14 lutego 2025, dzięki uprzejmości oficyny Matador Records.



 
Dania i miasto Kopenhaga, tam odnajdziemy postać Rasmusa Prika Kalmarka, który wraz z kolegami tworzy formację Casquette. Oto najlepszy fragment z ich płyty "Lad Mig Leve".



Pod koniec listopada zespół z Los Angeles - The Blue Magic Church opublikował wydawnictwo zatytułowane "The People vs. The Blue Magic Church". Wybrałem z niego taką kompozycję.




Sami nasi znajomi zasilają skład kwintetu Outof/Into - Gerald Clayton - fortepian, Immanuel Wilkins saksofon altowy, Joel Ross - marimba, wibrafon, Kendrick Scott - perkusja, Matt Brewer - bass. Fragment ich niedawno opublikowanej płyty "Motion 1".




Na koniec zostawiłem "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA" , ta należy do amerykańskiej grupy Wet Tuna, która przed tygodniem opublikowała materiał zatytułowany "Groovin' Fantasy Set". Do tego fragmentu wracam najczęściej.