W trakcie odsłuchiwania wczoraj wydanej płyty "VAST" amerykańskiej grupy WET TUNA, przypomniałem sobie teledysk do utworu "Something For Joey" formacji Mercury Rev. Nie chodzi o podobieństwo muzyczne - z pewnością można odnaleźć jakieś wspólne cechy pomiędzy tymi zespołami. Zdecydowanie bardziej pomyślałem o specyficznym nastroju. Na tym pamiętnym videoclipie rozmarzony Ron Jeremy (niegdyś znany aktor porno) porusza się w kosmiczno-erotycznym uniesieniu i dekoracjach, wraz z koleżanką po fachu oraz z branży - Ashley Dey. Przewrotny los nie był zbyt łaskawy dla gwiazdora filmów dla dorosłych. Mężczyzna przeszedł udar, i jakby nieszczęść było mało, koleżanki z planów filmowych oskarżyły go o... molestowanie seksualne. Miejmy nadzieję, że członkowie formacji Wet Tuna nie pójdą tą drogą.
Mam wrażenie, że zespół WET TUNA jest bardzo słabo znany w naszym kraju, co potwierdza niewielka liczba wzmianek w ojczystym języku dotycząca wydawnictw płytowych amerykańskiej załogi (na łamach tego bloga już gościł). Tych ostatnich nazbierało się całkiem sporo przez te kilka lat obecności na scenie (oprócz klasycznych płyt znajdziemy zapisy sesji nagraniowych, koncertów itd.). WET TUNA początkowo funkcjonował jako duet, który powstał z inicjatywy Matta "MV" Valentine'a oraz Pata "P.G. Six" Goblera (później przez skład przewinęło się wielu artystów).
Debiutancki krążek ujrzał światło dzienne w 2018 roku i nosił tytuł "Livin' The Die". Płyta zawierała długie improwizacyjne utwory i określała dalszy kierunek, w którym zamierzał podążać tandem przyjaciół. Przy okazji kolejnego wydawnictwa "Water Weird" (2019) pojawiło się rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na udanym debiucie. Krytycy i recenzenci najbardziej polubili album "Warping All By Yourself" (2022).
Nowy album "VAST" - jak podkreślają jego autorzy - to dźwiękowa podróż, pełna swobody, lekkości, surrealistycznych skojarzeń oraz ciekawych pomysłów brzmieniowych. Od pierwszych niespiesznych taktów można wysunąć przypuszczenie, że cały ten materiał nie będzie chciał trzymać się jednej stylistyki, jednej epoki czy ulubionej konwencji. Muzyka rzeczywiście długimi fragmentami płynie tutaj niczym "strumień świadomości" - o czym wspominają artyści w notce prasowej. Nie trudno sobie wyobrazić pogrążoną w mlecznym dymie salę, bynajmniej nie jest to dym z kubańskich cygar. Muzyków, którzy wylegują się na leżakach i grają na instrumentach. W przerwach pomiędzy utworami przeciągają się niespiesznie, pociągają łyk bynajmniej nie markowego wina. Tuż pod kolorowymi parasolami, na stolikach, leży jeszcze ciepła potrawa z "odpowiednio przygotowanych grzybków" (grzyby to stały element wielu okładek płyt).
Album "VAST" jest rozkoszną mozaiką stylistyczną. Fragmenty funkowych groove'ów łączą się tutaj z alternatywnym rockiem, psychodelicznymi tripami, niefrasobliwością lo-fi oraz leniwymi improwizacjami. Gitarowe riffy wznoszą się swobodnie na barwnych wstęgach syntezatorowych dźwięków, spod których wyłania się charakterystyczna barwa głosu Matta Valentine'a. Partie bębnów miejscami zostały nagrane z celowym przesterem, kompresją lub pogłosem, podobnie jak wokaliza ("dubbowy sznyt"). Warstwa tekstowa, choć w wielu momentach bardzo abstrakcyjna, nie jest pustym dodatkiem, czy klasycznym wypełnieniem, co sprawia, że album wymyka się z ciasnych ram tradycyjnego zestawu lepszych lub gorszych piosenek.
Te kompozycje wydają się unosić gdzieś poza czasem albo raczej sprawnie odmierzają go na swój indywidualny sposób. Najnowsza płyta Wet Tuna, jak i poprzednie wydawnictwa tego zespołu, oddziałuje głównie przestrzenią oraz nastrojem, a nie liniami melodycznymi, które można podchwycić i zapamiętać. Trzeba jedynie odrobinę przestawić myślenie, spróbować otworzyć się na ten zestaw dźwięków, a w konsekwencji przekonać się, jak bardzo jest to intrygujące wydawnictwo.
(nota 7.5-8/10)
Coś dla "tańczących inaczej". Artystka reprezentuje miasto Londyn (pozdrawiamy Czytelników z tego miasta) - Alice Costelloe z płyty, która ukazała się 6 lutego i nosi tytuł "Move On With The Year".
Nasza dobra znajoma, jej poprzedni utwór zdobył prestiżowe wyróżnienie "piosenka tygodnia", szwajcarska wokalistka AINO SALTO, przed tygodniem opublikowała nowy zestaw trzech utworów "Guesswork". Oto ten ulubiony.
Przeniesiemy się do Francji, żeby spotkać inną "Alicję" - AILISE Blake. Oto fragment z jej ostatniej wydanej jesienią płyty "SOAV", którą warto wysłuchać w całości.
Kolejni znajomi reprezentują Toronto, formacja TRAITRS wczoraj opublikowała nowy singiel, który promuje płytę "PASSESSORS". Premiera albumu 13 marca.
Pozostaniemy w Kanadzie. Niegdyś moja ulubiona grupa - ach, jak ten czas leci - BROKEN SOCIAL SCENE - 8 maja zaprezentuje nowe wydawnictwo zatytułowane "REMEMBER THE HUMANS". Oto singiel promujący ten album.
Przeniesiemy się za naszą zachodnią granicę. Dobrze wszystkim znana grupa THE NOTWIST 13 marca opublikuje nowy album zatytułowany "News From Planet Zombie".
Kwartet z Berlina przyjął nazwę GLEN, dokładnie za tydzień ukaże się ich płyta zatytułowana "It Was A Bright Cold Day In April".
"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - w dniu wczorajszym ukazały się dwie ważne jazzowe płyty zbliżone nastrojem. Pierwsza z nich to album "A Portal To Here", znanej czytelnikom tego bloga formacji WORK MONEY DEATH. A druga to właściwie debiut, zawiera przy okazji "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA". Mam tu na myśli wydawnictwo również znanego nam saksofonisty z miasta Los Angeles - AARONA SHAWA - zatytułowane "AND SO IT IS".
Pewnie wielu z Was wciąż całkiem nieźle pamięta grupę The Verve. Nigdy nie był to mój ulubiony zespół, nawet w latach świetności, ale znałem kilka ich płyt i lubiłem od czasu do czasu wracać do paru dobrych piosenek, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy wciąż na mnie działają. Formacja The Verve funkcjonowała przez dekadę, od końca lat osiemdziesiątych do końca złotych lat dziewięćdziesiątych. Ich muzyczne poczynania charakteryzowało specyficzne i całkiem rozpoznawalne brzmienie gitar - tak wtedy się grało - odrobinę zakwaszone, nieco psychodeliczne, przy okazji nawiązujące do niektórych grup z lat 60-tych. Chyba największy komercyjny sukces przyniosła im płyta "Urban Hymns", z kultowym przebojem oraz ikonicznym teledyskiem (lider formacji wybrał się na szybki spacer ulicami miasta, podobnie jak sześć lat wcześniej zrobiła to w innym teledysku wokalistka grupy Massive Attack)) - "Bitter Sweet Symphony", gdzie wykorzystano symfoniczny cytat z utworu "The Last Time" - The Rolling Stones. Tuż po rozpadzie grupy w 1999 roku jej wokalista - Richard Ashcroft - próbował rozwijać solową karierę i nawet całkiem nieźle to wyszło.
Dlaczego o tym wspominam? Tak się złożyło, że członkowie grupy Sunstack Jones wychowali się również na muzyce The Verve. "To nie tak, że siedzę i słucham przez cały czas płyt The Verve, ale kiedy byliśmy młodzi, oni byli dla nas tacy wielcy, i byli po prostu zajebiści..." - wyznał całkiem szczerze wokalista Sunstack Jones. Jego koledzy pokochali piosenki brytyjskiej formacji do tego stopnia, że w swojej twórczości nie tylko nawiązywali do charakterystycznego brzmienia, ale z płyty na płytę starali się je rozwijać i ubogacać. Nadarzyła się okazja, żeby sprawdzić, jak sobie poradzili z tym niełatwym zadaniem. Niedawno ukazała się ich płyta zatytułowana "Luminous Hands", która brzmieniem przywołuje gitarowego ducha lat dziewięćdziesiątych.
Końcowy i całkiem zadowalający efekt udało się uzyskać również dzięki znajomości z dawnym basistą zespołu The Verve - Nickiem McCabe. To on zaprosił członków formacji Sunstack Jones do swojego studia.
"Naszym głównym celem jest ulepszenie ostatniej rzeczy, którą zrobiliśmy, a nie staranie się, żeby zostać kimś innym. Oszustów można rozpoznać z daleka, zazwyczaj są headlinerami, prawda?".
Grupa Sunstack Jones debiutowała w 2012 roku krążkiem "Surefire Ways To Sweet The Mind", wydanym przez oficynę Mammouth Bell Recording, specjalnie powołaną do tego celu przez dwóch liderów zespołu. Początkowo skład dość często ulegał zmianie, aż wykrystalizował się gdzieś pod koniec 2016 roku i zamknął w pięcioosobowej załodze. Wszyscy w młodości słuchali podobnych rzeczy - The Verve, Ride, Stone Roses, Black Rebel Motorcycle Club.
"Chcieliśmy nazwy, która brzmi jak szalony stary bluesman, czy coś w tym stylu. To była mieszanka czegoś ekscytującego oraz interesującego, jak wymyślone słowa i czegoś zupełnie przyziemnego, jak moje i Richy'ego nazwisko " - wspominał wokalista Chris Jones.
Panowie początkowo zajęci obowiązkami zawodowymi wysyłali sobie próbki nagrań drogą internetową. Jednak po kilku udanych koncertach doszli do słusznego wniosku, że najwięcej frajdy przynosi im wspólne granie, także takie w sali prób, gdzie powstawały kolejne pomysły i piosenki.
Ostatnie wydawnictwo zatytułowane "Luminous Hands" grupa Sunstack Jones reklamowała na Instagramie jako: płytę dla fanów zespołu Galaxie 500. Pewnie jest w tym trochę racji, chociaż utwory zawarte nam albumie są dość różnorodne, jak na ograniczone możliwości grupy. Udany początek, czyli tytułowy "Luminous Hands", od razu przywołuje skojarzenie z najlepszymi momentami w dyskografii The Verve. Dalej jest podobnie. Dominuje brzmienie gitar, które od czasu do czasu zyskują na sile rażenia.
Przy okazji odsłony "Even Though", mogą przypomnieć się fragmenty twórczości Mojave 3. Nieco bardziej w stronę dawnych pieśni grupy The Byrds, zmierzają "Useless Saying" czy "I Guess That Fine". Z tej całkiem niezłej płyty - szczególnie, kiedy mamy do czynienia z niezbyt obfitym w intrygujące premiery grudniowym czasem - warto zapamiętać także świetny "Moriarty Hotel". Niby proste gitarowe granie, ale niepozbawione głębi oraz uroku, pewnie odrobinę "dziaderskie" dla pokolenia "sigmy" i "dzbanów", ale fani wyżej wymienionych formacji powinni znaleźć coś dla siebie na tym krążku.
(nota 7/10)
W strefie "Dodatki..." z Liverpoolu przeniesiemy się do Manchesteru, gdzie działa i tworzy Abbie Ozard, która niedawno opublikowała album "Everything Still Worries Me". Moja ulubiona piosenka.
Zajrzymy do miejscowości Mangat, która leży w Wielkiej Brytanii, gdzie tworzy zespół Tokyo Tea Room. Zamiast dramatycznie kiepskiej i wydanej wczoraj płyt "The Night " (która zebrała w prasie zaskakująco dobre recenzje) - grupy Saint Etienne, posłuchamy niedawno wydanego singla Tokyo Tea Room.
Cici Arthur reprezentuje Kanadę, a jego nowa piosenka zapowiada lutowa premierę płyty "Way Through" - 21 luty 2025 roku. W składzie zespołu artysty znajdziemy dobrych znajomych - Nicholasa Krgovicha, Josepha Shabasona.
Deradoorian to grupa z Nowego Yorku, z liderką Angelą Deradoorian i dobrym znajomym saksofonistą Patrickiem Shiroshim w składzie. Oto ich najnowsza propozycja.
Chicago w stanie Illinois, zapowiedź płyty "Phonetics On And On" - grupy Horsegirl, która ukaże się 14 lutego 2025, dzięki uprzejmości oficyny Matador Records.
Dania i miasto Kopenhaga, tam odnajdziemy postać Rasmusa Prika Kalmarka, który wraz z kolegami tworzy formację Casquette. Oto najlepszy fragment z ich płyty "Lad Mig Leve".
Pod koniec listopada zespół z Los Angeles - The Blue Magic Church opublikował wydawnictwo zatytułowane "The People vs. The Blue Magic Church". Wybrałem z niego taką kompozycję.
Sami nasi znajomi zasilają skład kwintetu Outof/Into - Gerald Clayton - fortepian, Immanuel Wilkins saksofon altowy, Joel Ross - marimba, wibrafon, Kendrick Scott - perkusja, Matt Brewer - bass. Fragment ich niedawno opublikowanej płyty "Motion 1".
Na koniec zostawiłem "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA" , ta należy do amerykańskiej grupy Wet Tuna, która przed tygodniem opublikowała materiał zatytułowany "Groovin' Fantasy Set". Do tego fragmentu wracam najczęściej.
Kiedy pośród tytułów nowości płytowych, które ukazały się w ostatnich dniach, ujrzałem nazwę Shearwater, pomyślałem sobie, że bardzo dawno nie słyszałem ich kompozycji. Od ostatniego studyjnego albumu amerykańskiej formacji - "Jet Plane And Oxbow", który ukazał się za pośrednictwem oficyny Sub Pop, minęło sześć długich lat. Jonathan Meiburg - lider grupy, wokalista, autor piosenek i tekstów - przez ten czas na pewno nie próżnował. Przede wszystkim opublikował książkę "A Most Remarkable Creature", dotyczącą ptaka caracara, wcześniej odbył szereg podroży głównie po Ameryce Płd. (Brazylia, Gujana), w celu zebrania materiałów do swojej publikacji, przy okazji dokonując wielu nagrań terenowych (wykorzystał je także na ostatnim krążku). Wraz z Danem Duszyńskim (producentem, inżynierem dźwięku) oraz wokalistką Emily Crass powołał do życia zespół Loma, wydając dzięki uprzejmości Sub Pop dwa albumy. W końcu jednak przypomniał sobie o nieco zakurzonym szyldzie Shearwater, który stworzył gdzieś pod koniec 1999 roku, wraz z Willem Sheffem (kolegą z grupy Okkervil River).
Dźwięki skupione w kolejnych odsłonach "The Great Awakening" mają w sobie coś z kontemplacji egzotycznej przyrody. Dominuje niespieszne tempo, wnikliwa obserwacja, przypominająca pracę kamery w filmach Tarkowskiego czy Emmanuela Lubezkiego, łagodne zanurzanie się w sugestywnie wykreowaną przestrzeń. Sporo w tych najnowszych kompozycjach naleciałości art-rockowych. Początkowo do głowy przychodzą skojarzenia z płytami Petera Gabriela czy Pink Floyd, chociażby z okresu "The Final Cut". "Słuchałem tego na słuchawkach w autobusie, w drodze do liceum (...). Efekty dźwiękowe, orkiestra, pięknie nagrany fortepian, i te niesamowite solówki" - powiedział właśnie o płycie "The Final Cut" Jonathan Meiburg. Podobne słowa można skierować pod adresem kilku kompozycji z płyty "The Great Awakening". Oczywiście ostatnie dzieło Shearwater jest bardziej nowoczesne, umiejętnie korzysta z dobrodziejstw współczesnego studia i elektroniki, co warte szczególnego podkreślenia, w żadnym momencie nawet nie ociera się o brzmieniową przesadę. Wiele z instrumentów wykorzystanych w tych jedenastu utworach nie realizuje funkcji liniowej. Chcę przez to powiedzieć, że gitara, bas, skrzypce, altówka (w rękach Diny Maccabe), czy róg lub trąbka, odzywają się sporadycznie i tylko w wybranych momentach. Może to budzić skojarzenia z dokonaniami Marka Hollisa czy grupy Talk Talk. Te pomruki, te oderwane od siebie tony, drobne szarpnięcia, zawieszone w powietrzu akordy, mogą przypominać sposób gry tak charakterystyczny dla poczynań swobodnej improwizacji.
Spokojne otwarcie, samotna wokaliza na syntezatorowym tle i nienachalna orkiestracja, w łatwy sposób tworzą barwną tkankę krajobrazu, charakterem mogą kojarzyć się z fragmentami ostatniego albumu Marillion. "No Reason" kontynuuje ten oszczędny sposób muzycznej wypowiedzi, i przywołuje dawne płyty wspomnianego wcześniej Pink Floyd. Świetnie zrealizowany przez Dana Duszyńskiego "Xenarthran" to jedna z trzech najlepszych, a zarazem moich ulubionych, kompozycji. Słuchając leniwie snujących się tonów, przypomniałem sobie krążki Steve'a Jansena, czy Thomasa Feinera, z kultowego dla mnie "The Opiates". Sporo dobrego dzieje się na poziomie aranżacji w "Laguna Seca", który wprowadza dużo ożywienia w senną atmosferę początku tego wydawnictwa. Energetyczny "Empty Orchestra", zaśpiewany dla kontrastu z pozostałymi utworami, mocnym dobrze osadzonym głosem, zapamiętamy również poprzez rockowe akcenty gitar, które można znaleźć chociażby w twórczości Rogera Watersa.
"Nie chciałem uskuteczniać nostalgii, zamierzałem stworzyć coś, co odzwierciedla to, jak obecnie się czuję, używając tekstur i dźwięków z przeszłości" - tyle Jonathan Meiburg. Kolejny mój ulubiony fragment to znakomity "Detritivore" - stanowiący wyraźny, jak dla mnie, ukłon w stronę pieśni Marka Hollisa; przykuwa uwagę nieco hipnotyczną wokalizą, długimi pauzami, które odmierzają kolejne frazy tekstu, i jakąś niesamowitą aurą. Prace nad płytą "The Great Awekening" zaczęły się od długich instrumentalnych sesji, które początkowo nazwano "Quaranting Music". Muzycy wyobrazili sobie wtedy tworzący się dopiero album jako senny pejzaż. Na koniec - bo w moim odczuciu tak właśnie powinno zakończyć się to wydawnictwo, zupełnie niepotrzebnie dodano jeden dość przeciętny utwór) - Jonathann Meiburg i przyjaciele zaserwowali nam zdecydowanie najgłębsze zanurzenie w to łagodne morze dźwięków. "There Goes The Sun" - oczarował mnie najbardziej, przypominając najlepsze kompozycje Davida Sylviana, Steve'a Jansena, Christiana Fennesza, Marka Ishama, czy Arve Henriksena. Wspaniale wyczarowane i zagospodarowane 7 min. i 45 sekund, do których bardzo często będę wracał. Dojrzała, spójna, kto wie, może najlepsza propozycja w całej, całkiem już bogatej, dyskografii amerykańskiej grupy.
Ps. Posłuchajcie, jak cudownie zostały nanizane na oś czasu te niespieszne dźwięki w "There Goes The Sun". Połączone w ten sposób, same tworzą swoją odrębną odnogę czasu. Cudo!!! Takie kompozycje zawsze znajdą odpowiednie dla siebie miejsce na moim blogu.
(nota 7.5/10)
W dodatkach do dania głównego postaram się utrzymać leniwą atmosferę początku lata. Oto przed nami Den Dala, i fragment z płyty "Fake Trees", która ukaże się nakładem francuskiej oficyny Nice Guys 1 lipca.
Kolejny śpiewający pan w tym zestawieniu to Al Riggs, muzyk z Karoliny Północnej, który zaprezentuję piosenkę z płyty "Themselves".
Również z Karoliny Północnej, dokładniej z miasta Jamestown, pochodzi grupa Wet Tuna, która całkiem niedawno opublikowała album "Warping All By Yourself".
Coś dla fanów dobrej jakości dźwięku i starannie zrealizowanych płyt, fragment albumu "Journey To The End Of Waves" - Carly Blackman.
Fuchs to materiał nagrany w 2005 roku, w studiu Markusa i Micha Acherów (zespół The Notwist), wraz z gitarzystą Kante Peterem Thiessenem i grupą przyjaciół. Najlepsza odsłona tego wydanego wczoraj zestawu nagrań ukrywa się pod numerem trzecim.