Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Meiburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Meiburg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2026

SHEARWATER - "THE NEW WORLD" (Polyborus rec.) " Tamte dni albo piękno w czasach zarazy"

 
      Przyznam szczerze, że pierwsze dwa single nowej propozycji teksańskiej formacji SHEARWATER jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły. Dlatego raczej specjalnie nie czekałem na ten album. Podszedłem do niego z tą rezerwą, jaką człowiek pozostawia do spraw z góry przesądzonych. Chociażby do dawnych miłości, które utraciły swój niegdysiejszy blask, choć pamięć o nich wciąż tli się w zakamarkach umysłu. Muzyka, podobnie jak dawne znajomości ma bowiem tę rzadką i nieco okrutną właściwość, że potrafi boleśnie przypominać o upływie czasu. Zasiadłem więc do słuchania bez żadnych oczekiwań, godząc się na rozczarowanie. Jednak to, co miało być smutnym obowiązkiem wobec przeszłości (gdyż zawsze ceniłem ten zespół), zmieniło się nagle w poważne, niemal intymne, odkrywanie albumu, które w kilku fragmentach zakończyło się oczarowaniem. Oto jeden z nich. Przed Wami MISS TYGODNIA.








   SHEARWATER narodził się w 2002 roku w Teksasie, z inicjatywy Jonathana Meiburga, jako poboczny projekt dla formacji Okkervil Rivrer. Nazwa pochodzi od angielskiego określenia ptaka "Burzyka" ( wokalista z wykształcenia jest ornitologiem). Poprzednia płyta "The Great Awakening", recenzowana na łamach tego bloga, urzekła mnie swoją intymną starannie przemyślaną strukturą. Dlatego poprzeczka dla nowego dzieła mogła być wysoko zawieszona. 


Pomysł na "The New World" zrodził się z potrzeby zderzenia się z niespokojną rzeczywistością. Sam Meiburg przyznał, że punktem wyjścia było budzenie się w świecie, który metaforycznie" stoi w ogniu" oraz próba odnalezienia w nim punktu oparcia. Zamiast zamknąć się w studiu nagraniowym, zespół postanowił na pełną niezależność. Po latach współpracy z wytwórnią Sub Pop i Matador Records, muzycy sfinansowali album dzięki crowdfundingowi, i wydali we własnej wytwórni Polyborus. Nagrania powstawały w Berlinie, Londynie, Nowym Yorku, Teksasie. Trzon grupy stanowią obecnie : Jonathan Meiburg, Emily Lee, Dan Duszyński (znany z tego bloga inżynier dźwięku i perkusista). Oprócz tego w studiu pojawiło się mnóstwo gości, wśród nich: Laurie Anderson, Jamie Stewart (lider grupy Xiu Xiu), Thor Harris (Swans), Doug Wieselman - aranżacje instrumentów dętych. Do tego muzycy z malijskiej grupy Ngoni Ba oraz palestyński wirtuoz Firas Zreik (ngani, qanun, calabash - instrumenty perkusyjne).







   Muzyki SHEARWATER trzeba nauczyć się słuchać. Warto odrzucić nawyki powierzchownego słuchania i stare przyzwyczajenia, do czego chyba Czytelników tego bloga nie muszę nakłaniać. Prawdziwa siła tej grupy tkwi właśnie w detalach. Te wszystkie produkcyjne smaczki, gustowne dodatki, aranżacyjne drobiazgi, (nagrania terenowe to między innymi odgłosy: rzeki, kruków, pszczół, drozdów itd.), ledwo słyszalne i ukryte w głębi miksu sprawiają, że obcowanie z tymi dźwiękami staje się wyrafinowaną ucztą dla uszów. Dopiero przy uważnym skupieniu odkrywa się misterną architekturę "The New World". Każde uderzenie w gong Jamiego Stewarta, subtelny powiew sekcji dętej Douga Wieselmana, czy egzotyczne i organiczne brzmienie instrumentów Malii i Palestyny nie pojawiają się tu przypadkiem. Są niczym pieczątki albo precyzyjne pociągnięcia pędzla na wielkim płótnie. To muzyka, która nagradza cierpliwość. Im głębiej w nią wchodzimy, tym więcej sekretów decyduje się nam objawić. Ten album może zachwycić na wielu różnych poziomach.


Takie wspaniałe fragmenty jak zaprezentowany dzisiaj: "Anamnesia",  "The Only Sound I'm Afraid Of", "The High Ranges", "A Mink In The Dusk", przypominają najlepsze dokonania Davida Sylviana, Marka Hollisa lub zapomnianej nieco belgijsko-francuskiej grupy BED (recenzja ich płyty do odnalezienia w archiwum bloga) . Cudownie ewoluują z intymnej art-popowej ballady w wielowarstwowe, kinematograficzne doświadczenie. W warstwie lirycznej autor proponuje spotkanie z bliskim dla niego światem przyrody, który staje się ofiarą i świadkiem destrukcyjnych działań człowieka. Do tego przewijają się wątki nieuchronności straty i upływu czasu.  Laurie Anderson w końcowej partii snuje opowieść pełną nostalgii i zagubienia, podczas spaceru z psem po plaży, która stanowi wymowne podsumowaniem albumu. 


"Miło jest wyobrażać sobie wersję ciebie i mnie, która wciąż tam spaceruje. Tam, gdzie kończy się plaża, a zaczyna niebo. Ale to nie sprawia, że tęsknię za tobą mniej (...). Żałuję, że nie zwracałam na to większej uwagi. Sądziłam, że tamte dni będą trwały wiecznie". 


 Album "The New World" to płyta paradoksalna. Zrodzona z niepokoju globalnego kryzysu. Przynosi uważnemu słuchaczowi przedziwne ocalenie poprzez czyste, soniczne PIĘKNO. To wielka, gęsta od znaczeń i detali opowieść o świecie, którego już nie rozumiemy, ale w którym wciąż musimy żyć. 

Ps. POZYCJA OBOWIĄZKOWA!!! 


(nota 8.5/10)










sobota, 11 czerwca 2022

SHEARWATER - "THE GREAT AWAKENING" (Polyborus) "Kiedy cisza czeka..."

 

      Kiedy pośród tytułów nowości płytowych, które ukazały się w ostatnich dniach, ujrzałem nazwę Shearwater, pomyślałem sobie, że bardzo dawno nie słyszałem ich kompozycji. Od ostatniego studyjnego albumu amerykańskiej formacji - "Jet Plane And Oxbow", który ukazał się za pośrednictwem oficyny Sub Pop, minęło sześć długich lat. Jonathan Meiburg - lider grupy, wokalista, autor piosenek i tekstów - przez ten czas na pewno nie próżnował. Przede wszystkim opublikował książkę "A Most Remarkable Creature", dotyczącą ptaka caracara, wcześniej odbył szereg podroży głównie po Ameryce Płd. (Brazylia, Gujana), w celu zebrania materiałów do swojej publikacji, przy okazji dokonując wielu nagrań terenowych (wykorzystał je także na ostatnim krążku). Wraz z Danem Duszyńskim (producentem, inżynierem dźwięku) oraz wokalistką Emily Crass powołał do życia zespół Loma, wydając dzięki uprzejmości Sub Pop dwa albumy. W końcu jednak przypomniał sobie o nieco zakurzonym szyldzie Shearwater, który stworzył gdzieś pod koniec 1999 roku, wraz z Willem Sheffem (kolegą z grupy Okkervil River).



Dźwięki skupione w kolejnych odsłonach "The Great Awakening" mają w sobie coś z kontemplacji egzotycznej przyrody. Dominuje niespieszne tempo, wnikliwa obserwacja, przypominająca pracę kamery w filmach Tarkowskiego czy Emmanuela Lubezkiego, łagodne zanurzanie się w sugestywnie wykreowaną przestrzeń. Sporo w tych najnowszych kompozycjach naleciałości art-rockowych. Początkowo do głowy przychodzą skojarzenia z płytami Petera Gabriela czy Pink Floyd, chociażby z okresu "The Final Cut". "Słuchałem tego na słuchawkach w autobusie, w drodze do liceum (...). Efekty dźwiękowe, orkiestra, pięknie nagrany fortepian, i te niesamowite solówki" - powiedział właśnie o płycie "The Final Cut" Jonathan Meiburg. Podobne słowa można skierować pod adresem kilku kompozycji z płyty "The Great Awakening". Oczywiście ostatnie dzieło Shearwater jest bardziej nowoczesne, umiejętnie korzysta z dobrodziejstw współczesnego studia i elektroniki, co warte szczególnego podkreślenia, w żadnym momencie nawet nie ociera się o brzmieniową przesadę. Wiele z instrumentów wykorzystanych w tych jedenastu utworach nie realizuje funkcji liniowej. Chcę przez to powiedzieć, że gitara, bas, skrzypce, altówka (w rękach Diny Maccabe), czy róg lub trąbka, odzywają się sporadycznie i tylko w wybranych momentach. Może to budzić skojarzenia z dokonaniami Marka Hollisa czy grupy Talk Talk. Te pomruki, te oderwane od siebie tony, drobne szarpnięcia, zawieszone w powietrzu akordy, mogą przypominać sposób gry tak charakterystyczny dla poczynań swobodnej improwizacji.

Spokojne otwarcie, samotna wokaliza na syntezatorowym tle i nienachalna orkiestracja, w łatwy sposób tworzą barwną tkankę krajobrazu, charakterem mogą kojarzyć się z fragmentami ostatniego albumu Marillion. "No Reason" kontynuuje ten oszczędny sposób muzycznej wypowiedzi, i przywołuje dawne płyty wspomnianego wcześniej Pink Floyd. Świetnie zrealizowany przez Dana Duszyńskiego "Xenarthran" to jedna z trzech najlepszych, a zarazem moich ulubionych, kompozycji. Słuchając leniwie snujących się tonów, przypomniałem sobie krążki Steve'a Jansena, czy Thomasa Feinera, z kultowego dla mnie "The Opiates". Sporo dobrego dzieje się na poziomie aranżacji w "Laguna Seca", który wprowadza dużo ożywienia w senną atmosferę początku tego wydawnictwa. Energetyczny "Empty Orchestra", zaśpiewany dla kontrastu z pozostałymi utworami, mocnym dobrze osadzonym głosem, zapamiętamy również poprzez rockowe akcenty gitar, które można znaleźć chociażby w twórczości Rogera Watersa.

"Nie chciałem uskuteczniać nostalgii, zamierzałem stworzyć coś, co odzwierciedla to, jak obecnie się czuję, używając tekstur i dźwięków z przeszłości" - tyle Jonathan Meiburg. Kolejny mój ulubiony fragment to znakomity "Detritivore" - stanowiący wyraźny, jak dla mnie, ukłon w stronę pieśni Marka Hollisa; przykuwa uwagę nieco hipnotyczną wokalizą, długimi pauzami, które odmierzają kolejne frazy tekstu, i jakąś niesamowitą aurą. Prace nad płytą "The Great Awekening" zaczęły się od długich instrumentalnych sesji, które początkowo nazwano "Quaranting Music". Muzycy wyobrazili sobie wtedy tworzący się dopiero album jako senny pejzaż. Na koniec - bo w moim odczuciu tak właśnie powinno zakończyć się to wydawnictwo, zupełnie niepotrzebnie dodano jeden dość przeciętny utwór) - Jonathann Meiburg i przyjaciele zaserwowali nam zdecydowanie najgłębsze zanurzenie w to łagodne morze dźwięków. "There Goes The Sun" - oczarował mnie najbardziej, przypominając najlepsze kompozycje Davida Sylviana, Steve'a Jansena, Christiana Fennesza, Marka Ishama, czy Arve Henriksena. Wspaniale wyczarowane i zagospodarowane 7 min. i 45 sekund, do których bardzo często będę wracał. Dojrzała, spójna, kto wie, może najlepsza propozycja w całej, całkiem już bogatej, dyskografii amerykańskiej grupy.

Ps. Posłuchajcie, jak cudownie zostały nanizane na oś czasu te niespieszne dźwięki w "There Goes The Sun". Połączone w ten sposób, same tworzą swoją odrębną odnogę czasu. Cudo!!! Takie kompozycje zawsze znajdą odpowiednie dla siebie miejsce na moim blogu.

(nota 7.5/10)

 


W dodatkach do dania głównego postaram się utrzymać leniwą atmosferę początku lata. Oto przed nami Den Dala, i fragment z płyty "Fake Trees", która ukaże się nakładem francuskiej oficyny Nice Guys 1 lipca.



Kolejny śpiewający pan w tym zestawieniu to Al Riggs, muzyk z Karoliny Północnej, który zaprezentuję piosenkę z płyty "Themselves".



Również z Karoliny Północnej, dokładniej z miasta Jamestown, pochodzi grupa Wet Tuna, która całkiem niedawno opublikowała album "Warping All By Yourself".



Coś dla fanów dobrej jakości dźwięku i starannie zrealizowanych płyt, fragment albumu "Journey To The End Of Waves" - Carly Blackman.



Fuchs to materiał nagrany w 2005 roku, w studiu Markusa i Micha Acherów (zespół The Notwist), wraz z gitarzystą Kante Peterem Thiessenem i grupą przyjaciół. Najlepsza odsłona tego wydanego wczoraj zestawu nagrań ukrywa się pod numerem trzecim.