sobota, 16 maja 2026

GUN OUTFIT - "PROCESS & REALITY" (Upset!The Rhythm) "Indie rock po zachodzie słońca"

 
    Przyznam, że nie jestem wielkim fanem podwójnych  wydawnictw płytowych. Niby człowiek dostaje dwa razy więcej muzyki, więcej materiału, czasem więcej "wartości" (rzadko, jak pokazuje statystka), ale w praktyce kończy się to ciągłym wstawaniem z fotela, przekładaniem winylu, wsuwaniem drugiego krążka do odtwarzacza i rozbijaniem rytmu słuchania. Dobra płyta powinna posiadać swój początek, rozwinięcie i finał, a nie co kilkadziesiąt minut przypominać, że obcujemy z fizycznym nośnikiem wymagającym obsługi. Podwójne albumy często cierpią na brak dyscypliny. Tam, gdzie jeden krążek zmusiłby artystę do selekcji materiału, dwa pozwalają wrzucić niemal wszystko, co ma akurat pod ręką, lub czego dusza zapragnie. Dlatego do takich wydawnictw podchodzę z pewną rezerwą. Bo jeśli ktoś decyduje się rozciągnąć album na dwa nośniki, powinien mieć naprawdę dobry powód. Na szczęście płyty amerykańskiego zespołu GUN OUTFIT, zatytułowanej "PROCESS & REALITY", wysłuchałem, jak  wielu innych, korzystając z dobrodziejstw streamingu - takie czasy - choć liczy sobie aż 80 minut (19 utworów), a fizycznie reprezentowana jest przez dwa nośniki.




 
 Album "PROCESS & REALITY" brzmi jak płyta nagrana na końcu pewnej Ameryki. Nie tej rodem z hollywoodzkich filmów, tylko tej prawdziwej - wypalonej bezlitosnym słońcem Kalifornii ( w trakcie jej nagrywania w Pine Flat w okolicy szalały pożary), z drogami prowadzącymi w nieznane, stacjami benzynowymi wyłaniającymi się u kresu horyzontu o trzeciej nad ranem. I z ludźmi, którzy nauczyli się żyć powoli, z uwagą odmierzać swoje kolejne egzystencjalne kroki, kiedy wszystko inne dookoła okazało się być migotliwą iluzją.

Mam wrażenie, że przez 80 minut formacja GUN OUTFIT nie tyle odgrywa kolejne piosenki, co przede wszystkim buduje sugestywną przestrzeń. W efekcie otrzymujemy muzykę szeroką, niemal leniwą. Poszczególny utwory snują się, płynną, przemieniają jeden w drugi, niby kolejne fragmenty krajobrazu widzianego zza brudnej szyby samochodu jadącego przez pustynie. Czasem pojawi się psychodeliczna mgła gitar - która może przypominać echo dawnych dokonań grupy The Velvet Underground, czasem zauroczy nas alt-countrowa ballada, kojarząca się z piosenkami Yo La Tengo, innym razem uderzy nas w uszy folkowa prostota. Jednak wszystko wydaje się być zanurzone w jakimś śnie, półśnie albo gdzieś na pograniczu jawy i marzenia.

Warto podkreślić, że bardzo ładnie działa tu subtelny dialog dwóch głosów - Dylana Sharpa i Caroline Keith - założycieli tego zespołu. Śpiewają raz jedno, to znów drugie, jakby opowiadali sobie tę samą historię, tylko że z różnych punktów widzenia. Jego głos jest niski, spokojny, trochę zmęczony. Kobieca wokaliza bywa eteryczna, szczególnie w tych najlepszych i moich ulubionych momentach.




 
Słychać wyraźnie, że zespół GUN OUTFIT z płyty na płytę coraz bardziej oddala się od garażowego post-punka, gdyż takie były korzenie grupy powołanej do życia w 2007 roku, w miejscowości Olympia (stan Waszyngton). Obecnie psychodeliczne nastroje służą bardziej kontemplacji niż wygodnemu przebraniu. Alt-country nie jest próbą stylizacji na potocznie rozumianą "amerykańskość", lecz coraz bardziej naturalnym językiem ich kompozycji. Nawet instrumentalne wstawki nie brzmią jak puste popisy, tylko jak próba zatrzymania czasu albo odmierzania go na swój indywidualny sposób. 

"PROCESS & REALITY" to album oszczędny w emocje. Nie ma tu żadnych momentów kulminacyjnych, ani cierpliwie rozwijanych dramatów. Zamiast tego jest melancholia ludzi, którzy przeżyli już wystarczające wiele, żeby nie wierzyć w żadne "objawienia". Ta muzyka wydaje się być pogodzona z przemijaniem, kruchością życia. Bynajmniej nie jest martwa, tylko cierpliwa i uważna.

W poszczególnych odsłonach słychać, że to kolejne kompozycji ludzi, którzy nauczyli się grać ze sobą. Instrumenty mają tu sporo miejsca. Nikt nie walczy o prymat pierwszego planu. Nie zamierza wychodzić przed szereg, żeby zamanifestować swoją obecność. Perkusja czasem ledwo podkreśla rytm, gitary swobodnie dryfują gdzieś na obrzeżach aranżacji, a melodie pojawia się się i znikają, zanim zdołają przerodzić się w gustowne refreny i na trwałe zapisać na kartach kapryśnej pamięci.

Im dłużej trwa ten album, tym bardziej wciąga słuchacza w swój osobliwy stan zawieszenia pomiędzy snem a rzeczywistością. Gdyby zabrakło czterech czy pięciu kompozycji, w moim odczuciu, całość tego wydawnictwa w ogóle by nie ucierpiała. Czasem tak bywa ze zbyt szczodrym gestem artystów, którzy z sobie tylko znanych powodów postanowili wypełnić to podwójne wydawnictwo aż po brzegi.

(nota 7.5/10)

 





Na dobry początek pozostaniemy w USA, przeniesiemy się z Kalifornii do Austin w stanie Teksas, żeby posłuchać nowej propozycji grupy PAPER SISTER.








Raz jeszcze amerykańska grupa - AMERICAN CREAM BAND, prezentowana całkiem niedawno, pojawił się kolejny singiel zapowiadający wydanie albumu "TWIN". Premiera 5 czerwca.






Niedawno zastanawiałem się, co słychać u Dominica Appletona, lidera i wokalisty grupy Breathless. Oto jesienią ubiegłego roku ukazał się album grupy STARLIGHT ASSEMBLY - "THERE WILL BE FIREWORKS" (niegdyś nazwa bardzo dobrej indie-rockowej szkockiej grupy). To dzieło duetu Aplleton i Matteo Uggeri (plus sporo zaproszonych gości, w tym gitarzysta grupy Breathless - Gary Mundy). Oto mój ulubiony fragment, prześliczna kompozycja.







Dobrze mieć jakiś francuski akcent, choć ten francuski duet - FLEUR BLEU'E - (pojawiał się już w "Dodatkach" ) obecnie mieszka w Filadelfii. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "Question Marked Upon The World".







Nasz dobry znajomy z Belgii, miasto Hasselt, czyli grupa THE UNDREGROUND YOUTH, przed tygodniem opublikowali nowy album "BOYS CRY TOO".






Sprawdzamy, co słychać w wytwórni Sub Pop, grupa z miasta Seattle - czyli 
TELEHEALTH - wczoraj opublikowała album zatytułowany "GREEN WORLD IMAGE".





Wróćmy do Europy, miejscowość Baden-Baden, w niej Adam Donen, i tytułowy fragment z jego niedawno wydanej płyty (nagranej w Joshua Tree) - "BIBLE STORIES".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - pozostaniemy w Europie, miasto Leeds, saksofonistka JAMINE MYRA wczoraj opublikowała album zatytułowany "WHERE LIGHT SETTLES".






Na zakończenie nasi znajomi - DAVE HARRINGTON, MAX JAFFE, PATRICK SHIROISHI, ich ostatni wspólny album nosi tytuł "MAKING COLOR". Znakomity fragment!













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz