Czasem nawet skromny autor tego bloga jest w stanie przewidzieć, czy zapowiedzieć - z bardzo dużym marginesem błędu - pojawienie się na horyzoncie dobrej płyty. Całkiem możliwe, że jest to w dużej części przypadek projektu OMNIHELL, pod którym to szyldem ukrywa się JULIAN ASH z Los Angeles. To miasto gości w ten weekend jeden z prestiżowych turniejów golfowych. Choć nie jest to moja ulubiona lokalizacja w cyklu PGA TOUR. Ta wciąż i póki co należy do RBC HERITAGE, rozciągniętego w malowniczych okolicach Hilton Head Island. W tym roku zmagania na tym bajkowym polu rozpoczną się od 16 kwietnia, już można rezerwować bilety. Wracając do głównego tematu dzisiejszej odsłony bloga, czyli do wspomnianego wcześniej młodzieńca, to wyglądem przypomina nieco bardziej współczesną wersję Roberta Smitha 3.0. I na tym podobieństwa do brytyjskiego wokalisty się nie kończą, bowiem muzyka OMNIHELL również mocno nawiązuje do wczesnych płyt formacji The Cure czy Bauhaus.
Debiutanckie wydawnictwo OMNIHELL wpisuje się w obserwowaną od dłuższego czasu falę odrodzenia nurtu post-punk/darkwave. W tym kontekście mogę pojawić się takie nazwy grup jak: Drab Majesty, Lebanon Hanover, Molchat Doma, The Soft Moon, Actors, She Past Away itd. Muzyka Juliana Asha sytuuje się gdzieś na pograniczu post-punka i drakwave. W jego piosenkach odnajdziemy charakterystycznie podkreśloną linię basu. Drobnym minusem jego aranżacji jest w mojej ocenie dość schematyczna i monotonna praca perkusji. Od czasu do czasu przydałoby się urozmaicić ten element. Podobnie jak całe aranżacje, w których zabrakło mi ciekawych dodatków, jakiegoś gustownie wplecionego elementu, żeby poszczególne odsłony udanego w gruncie rzeczy debiutu zyskały na różnorodności.
Julian Ash posługuje się właściwie dwoma ulubionymi rytmami - tym żywym, energetycznym, zbliżonym do tempa tanecznego, do którego autorowi "Extreme Suffering" z pewnością najbliżej, chociażby za sprawą wieku oraz tym nieco wolniejszym, który odmierza takty w bardziej rozmarzonych czy "depresyjnych" utworach. Co ciekawe, w obydwu tych przypadkach amerykański artysta bywa jednakowo przekonujący.
Kiedy uważnie przyjrzymy się nazwie OMNIHELL, rozbijając ją na dwa główne człony, otrzymamy coś w rodzaju "wszechogarniającego piekła". Z kolei tytuł świetnego singla, który zabrzmiał na wstępie - "Kurushimi" - w języku japońskim oznacza "cierpienie". I w ten prosty sposób otrzymamy zarys głównych tematów poszczególnych piosenek. Julian Ash na swoim udanym debiucie pokazuje, że o "cierpieniu", "smutku", "izolacji" można opowiadać w różny sposób, nie tylko rozwijając czarne i gęste niczym smoła depresyjne tony, czy smętnie zawodząc i głęboko przeżywając emocjonalne rozterki, jak robią to czołowi przedstawiciele emo-rocka.
Wydawnictwo "Extreme Suffering" można pochwalić zza spójność i konsekwencję w przedstawianiu kolejnych pomysłów. Sama melodyka, czyli takie, a nie inne połączenie nut, skojarzyła mi się z bardzo dobrą niegdyś propozycją innego amerykańskiego twórcy. Mam tu na myśli grupę Wild Nothing i świetną płytę - "Gemini". Wokalista i gitarzysta Wild Nothing - Jack Tatum - w początkowym okresie działalności zdawał się mieć dużo większy talent do melodii niż jego rodak Julian Ash. W odróżnieniu od swoich dalekich "stryjów", czy raczej "dziadków" - R. Smith, P. Murphy - autor "Extreme Suffering" jest dużo bardziej minimalistyczny, o wiele mniejszą wagę przywiązuje do brzmienia oraz produkcji. Co pewnie stanowi przywarę młodości. Oceniając to wydawnictwo warto mieć w pamięci młody wiek twórcy, niewielkie doświadczenie (wcześniej próbował sił z projektem Harsh Symmetry), fakt, że dopiero próbuje znaleźć dla siebie miejsce na rynku muzycznym. Zobaczymy, co przyniosą kolejne propozycje Omnihell.
(NOTA - 7.5/10)
Chris Curtin to inny młody twórca z Brooklynu, który dopiero zaczął muzyczną przygodę. Ukrywa się pod nazwą POST HYPE i niedawno opublikował nowy singiel.
Pozostaniemy w USA, ale przeniesiemy się do stanu Iowa, gdzie odnajdziemy kolejnego "świeżaka", czyli projekt KINJII. Fragment z niedawno wydanej epki "Thunder Head".
Cóż, że ze Szwecji, czyli skandynawski duet Adreas Grundel oraz Joanna Erikson, prosto z ich wydanego kilka dni temu singla.
Zmienimy nieco nastrój oraz kraj, przeniesiemy się do Szwajcarii, skąd pochodzi grupa BLACK SEA DAHU, która w dniu wczorajszym opublikowała album zatytułowany "EVERYTHING".
Zbliżony nastrój znajdziecie na wydanej przed tygodniem płycie "Songs For The Weary", artysty z Manchsteru - MATTHEW C.WHITAKERA. Oto mój ulubiony fragment.
Trzeba przyznać, że z dużą starannością zrealizowana została najnowsza, wydana przed tygodniem, płyta grupy z Nashville - THE LONE BELLOW - "WHAT A TIME TO BE ALIVE" (audiofile powinni zajrzeć do tej propozycji). Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!
Raz jeszcze Los Angeles, tym razem nie pole golfowe, tylko studio nagraniowe, gdzie spotkali się FLEA (Red Hot Chili Peppers) oraz THOM YORK, który pojawił się jako gość specjalny na płycie tego pierwszego artysty. Premiera albumu "HONORA" 27 marca.
KĄCIK IMPROWIZOWANY- w nim wizyta w Monachium, i zaproszenie do przesłuchania całej bardzo udanej płyty JJ WHITEFIELDY'A & FORCED MEDITATION zatytułowanej "BIRTH OF CONSCIOUSNESS".
W trakcie odsłuchiwania wczoraj wydanej płyty "VAST" amerykańskiej grupy WET TUNA, przypomniałem sobie teledysk do utworu "Something For Joey" formacji Mercury Rev. Nie chodzi o podobieństwo muzyczne - z pewnością można odnaleźć jakieś wspólne cechy pomiędzy tymi zespołami. Zdecydowanie bardziej pomyślałem o specyficznym nastroju. Na tym pamiętnym videoclipie rozmarzony Ron Jeremy (niegdyś znany aktor porno) porusza się w kosmiczno-erotycznym uniesieniu i dekoracjach, wraz z koleżanką po fachu oraz z branży - Ashley Dey. Przewrotny los nie był zbyt łaskawy dla gwiazdora filmów dla dorosłych. Mężczyzna przeszedł udar, i jakby nieszczęść było mało, koleżanki z planów filmowych oskarżyły go o... molestowanie seksualne. Miejmy nadzieję, że członkowie formacji Wet Tuna nie pójdą tą drogą.
Mam wrażenie, że zespół WET TUNA jest bardzo słabo znany w naszym kraju, co potwierdza niewielka liczba wzmianek w ojczystym języku dotycząca wydawnictw płytowych amerykańskiej załogi (na łamach tego bloga już gościł). Tych ostatnich nazbierało się całkiem sporo przez te kilka lat obecności na scenie (oprócz klasycznych płyt znajdziemy zapisy sesji nagraniowych, koncertów itd.). WET TUNA początkowo funkcjonował jako duet, który powstał z inicjatywy Matta "MV" Valentine'a oraz Pata "P.G. Six" Goblera (później przez skład przewinęło się wielu artystów).
Debiutancki krążek ujrzał światło dzienne w 2018 roku i nosił tytuł "Livin' The Die". Płyta zawierała długie improwizacyjne utwory i określała dalszy kierunek, w którym zamierzał podążać tandem przyjaciół. Przy okazji kolejnego wydawnictwa "Water Weird" (2019) pojawiło się rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na udanym debiucie. Krytycy i recenzenci najbardziej polubili album "Warping All By Yourself" (2022).
Nowy album "VAST" - jak podkreślają jego autorzy - to dźwiękowa podróż, pełna swobody, lekkości, surrealistycznych skojarzeń oraz ciekawych pomysłów brzmieniowych. Od pierwszych niespiesznych taktów można wysunąć przypuszczenie, że cały ten materiał nie będzie chciał trzymać się jednej stylistyki, jednej epoki czy ulubionej konwencji. Muzyka rzeczywiście długimi fragmentami płynie tutaj niczym "strumień świadomości" - o czym wspominają artyści w notce prasowej. Nie trudno sobie wyobrazić pogrążoną w mlecznym dymie salę, bynajmniej nie jest to dym z kubańskich cygar. Muzyków, którzy wylegują się na leżakach i grają na instrumentach. W przerwach pomiędzy utworami przeciągają się niespiesznie, pociągają łyk bynajmniej nie markowego wina. Tuż pod kolorowymi parasolami, na stolikach, leży jeszcze ciepła potrawa z "odpowiednio przygotowanych grzybków" (grzyby to stały element wielu okładek płyt).
Album "VAST" jest rozkoszną mozaiką stylistyczną. Fragmenty funkowych groove'ów łączą się tutaj z alternatywnym rockiem, psychodelicznymi tripami, niefrasobliwością lo-fi oraz leniwymi improwizacjami. Gitarowe riffy wznoszą się swobodnie na barwnych wstęgach syntezatorowych dźwięków, spod których wyłania się charakterystyczna barwa głosu Matta Valentine'a. Partie bębnów miejscami zostały nagrane z celowym przesterem, kompresją lub pogłosem, podobnie jak wokaliza ("dubbowy sznyt"). Warstwa tekstowa, choć w wielu momentach bardzo abstrakcyjna, nie jest pustym dodatkiem, czy klasycznym wypełnieniem, co sprawia, że album wymyka się z ciasnych ram tradycyjnego zestawu lepszych lub gorszych piosenek.
Te kompozycje wydają się unosić gdzieś poza czasem albo raczej sprawnie odmierzają go na swój indywidualny sposób. Najnowsza płyta Wet Tuna, jak i poprzednie wydawnictwa tego zespołu, oddziałuje głównie przestrzenią oraz nastrojem, a nie liniami melodycznymi, które można podchwycić i zapamiętać. Trzeba jedynie odrobinę przestawić myślenie, spróbować otworzyć się na ten zestaw dźwięków, a w konsekwencji przekonać się, jak bardzo jest to intrygujące wydawnictwo.
(nota 7.5-8/10)
Coś dla "tańczących inaczej". Artystka reprezentuje miasto Londyn (pozdrawiamy Czytelników z tego miasta) - Alice Costelloe z płyty, która ukazała się 6 lutego i nosi tytuł "Move On With The Year".
Nasza dobra znajoma, jej poprzedni utwór zdobył prestiżowe wyróżnienie "piosenka tygodnia", szwajcarska wokalistka AINO SALTO, przed tygodniem opublikowała nowy zestaw trzech utworów "Guesswork". Oto ten ulubiony.
Przeniesiemy się do Francji, żeby spotkać inną "Alicję" - AILISE Blake. Oto fragment z jej ostatniej wydanej jesienią płyty "SOAV", którą warto wysłuchać w całości.
Kolejni znajomi reprezentują Toronto, formacja TRAITRS wczoraj opublikowała nowy singiel, który promuje płytę "PASSESSORS". Premiera albumu 13 marca.
Pozostaniemy w Kanadzie. Niegdyś moja ulubiona grupa - ach, jak ten czas leci - BROKEN SOCIAL SCENE - 8 maja zaprezentuje nowe wydawnictwo zatytułowane "REMEMBER THE HUMANS". Oto singiel promujący ten album.
Przeniesiemy się za naszą zachodnią granicę. Dobrze wszystkim znana grupa THE NOTWIST 13 marca opublikuje nowy album zatytułowany "News From Planet Zombie".
Kwartet z Berlina przyjął nazwę GLEN, dokładnie za tydzień ukaże się ich płyta zatytułowana "It Was A Bright Cold Day In April".
"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - w dniu wczorajszym ukazały się dwie ważne jazzowe płyty zbliżone nastrojem. Pierwsza z nich to album "A Portal To Here", znanej czytelnikom tego bloga formacji WORK MONEY DEATH. A druga to właściwie debiut, zawiera przy okazji "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA". Mam tu na myśli wydawnictwo również znanego nam saksofonisty z miasta Los Angeles - AARONA SHAWA - zatytułowane "AND SO IT IS".
W ubiegłym tygodniu zapowiedziałem premierę albumu "EXPO" - grupy URLIKA SPACEK. Po wysłuchaniu trzech dobrych singli, które promowały to wydawnictwo, można było mieć nadzieję, że pozostałe utwory nie będą znacznie odbiegać od nich poziomem. Ta "specyficzna nierówność" całych płyt jest czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego muzyki rozrywkowej ostatni lat. Uczciwie, przynajmniej w stosunku do obiorców, byłoby, gdyby wielu wykonawców po prostu publikowało single. Dwie, trzy zgrabne piosenki, udane kompozycje, bez ryzyka, że pozostała zawartość albumu znów przyniesie rozczarowanie. Na szczęście - w tym miejscu odetchnąłem z ulgą, bo zwykle trzymam kciuki za utalentowanych artystów - nie jest to przypadek brytyjskiej grupy ULRIKA SPACEK.
Nazwa grupy powstała z przypadkowego połączenia słów - Ulrika Mainhof (niemiecka skrajnie lewicowa działaczka) oraz Sissy Spacek (amerykańska aktorka). Członkowie brytyjskiej formacji uwielbiają różnego rodzaju kolaże, o czym napomknę w dalszej części tekstu. Ich debiut fonograficzny przypadł na 2016 rok, i nosił tytuł "The Album Paranoia". Wydawnictwo próbowało połączyć elementy psychodelicznego rocka, z nieco bardziej energetycznym brzmieniem gitar. Zamiarem twórców było stworzenie płyty, która ciągle zmieniałaby nastrój, dzięki czemu zaskakiwałaby słuchacza.
Przy okazji tego zapomnianego dziś debiutu można było wyczuć, że zespół unika sprawdzonej metodologii klasycznego pisania piosenek, że pewne rzeczy próbuje robić po swojemu. Niektóre fragmenty brzmiały jak sklejone z kilku pozornie nieprzystających do siebie części (technika kolażu). Wokaliza była często traktowana nie tyle jako przekaźnik istotnej treści, co kolejna warstwa brzmieniowa. Członków formacji Ulrika Spacek fascynowały wtedy takie grupy jak: Can, Amon Duull, krautrock, itp. Przy okazji drugiej płyty "Modern English Decoration" (2017), kompozycje były bardziej spójne, nieco lepiej zagrane i przemyślane. W tej perspektywie ostatnie dokonanie, wydany wczoraj album zatytułowany "EXPO", wydaje się być najbardziej konceptualną propozycją.
Zanim przystąpiono do typowych prac w studiu, tym razem zespół postanowił stworzyć "bank sampli" własnych nagrań. Co oczywiście znacznie wydłużyło cały proces produkcji.
"Zawsze pisaliśmy w sposób oparty na kolażu, zaginając i wypaczając pomysły, żeby stworzyć coś ciekawszego niż to, co powstałoby tylko z jednego źródła" (...). Perkusja w zwrotkach to po prostu rytm nagrany jednym mikrofonem w sali prób i dodany do "banku dźwięków".
Dlatego od samego początku obcowania z wydawnictwem "EXPO" można odnieść wrażenie, że tym razem w brzemieniu znajdziemy znacznie więcej tonów syntezatora, rozmaitych loopów, cyfrowej ingerencji. Członkowie grupy Ulrika Spacek w ostatnich miesiącach chętnie sięgali po płyty Oneohtrix Point Never czy Smerz.
Nie zabrakło również dźwięków gitar, zarówno tych nakładanych warstwowo, przywołujących skojarzenia z płytami Radiohead, czy nieco bardziej przybrudzonych, przesterowanych, gdzie można odnaleźć echo dokonań chociażby grupy Sonic Youth. Nagrania nowej płyty powstawały w Londynie ( wspominane już kilka razy na tym blogu "Total Refreshemnt Center") oraz Sztokholmie. W warstwie tekstowej przewijają się wątki alienacji, izolacji członków współczesnego społeczeństwa, a z drugiej strony pojawia się rosnąca potrzeba indywidualizmu ("każdy chce choć na chwilę zaistnieć").
"EXPO" to spójny album, i zdecydowanie warto potraktować go jako całość, a nie zbiór lepszych lub gorszych singli. Poszczególne utwory brzmią trochę jak elementy większej konstrukcji. Mamy tutaj do czynienia z powtarzalnymi motywami, drobnymi repetycjami, brakiem oczywistych punktów kulminacyjnych, a także z uczuciem ciągłego zawieszenia. Słuchacz może odnieść wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś znaczącego, że nastąpi nagły zwrot, drastyczna zmiana dynamiki, itp. Tyle, że to "za chwilę" nigdy nie nadchodzi. Dla niektórych odbiorców płyta może sprawiać wrażenie zbyt jednolitej, może również zbyt chłodnej czy monotonnej, jednocześnie nazbyt intelektualnej produkcji. Dla mnie są to główne atuty tego wydawnictwa.
(nota 8/10)
Z albumem "Expo" całkiem nieźle powinien korespondować nowy singiel australijskiej formacji EXEK, dowodzonej przez wokalistę o polskich korzeniach - Alberta Wolskiego. Premiera całej płyty zatytułowanej "Prove The Mountains Move" 27 lutego.
Nowy singiel w ostatnim tygodniu opublikował również brytyjski weteran - MORRISSEY. Premiera płyty zatytułowanej "Make-Up Is Alive" 6 marca.
Wizyta w wietrznym mieście Chicago przyniesie spotkanie z formacją HAZEL CITY, która niedawno opublikowała płytę zatytułowaną "GOBLYNMARKYTT".
Montreal to siedziba zespołu BLIND DOGS OF THE SUN, który pod koniec stycznia wydał płytę "The City Never Sleeps".
Wczoraj ukazała się nowa płyta berlińskiej formacji GOLDEN HOURS zatytułowana "Beyond Wires". W ten sposób się rozpoczyna.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - w tych dniach warto mieć jakiś włoski akcent. Grupa THE DIE ON ICE pojawiała się już na łamach tego bloga. Wczoraj ukazał się ich nowy album zatytułowany "Panoramica Degli Abisi", który zawiera typowe dla tego zespołu klimaty dark-jazzowe.
Wczoraj ukazała się nowa płyta znakomitego ormiańskiego pianisty TIGRANA HAMASYANA zatytułowana "Manifeste". Przyznam szczerze, że nie podoba mi się kierunek, w którym od kilku lat podąża ten utalentowany muzyk (progresywny jazz). Zdecydowanie bardziej wolę jego twórczość z okresu współpracy z Arve Henriksenem, Janem Bangiem czy Eivindem Aarstem, który udokumentowało wspaniałe - recenzowane na łamach tego bloga - wydawnictwo "ATMOSPHERES".
Dziś odrobinę nagnę zasady - od tego są - i zaprezentuję płytę polskiego twórcy. Skłoniły mnie do tego jakże śmiałego wykroczenia dwa główne powody. Przede wszystkim jest to bardzo udana propozycja, która nie doczekała się dużej ilości wnikliwych recenzji. Wprawdzie kilka krajowych stron odnotowało premierę tego wydawnictwa - był listopad 2025 roku - jednak powielały te same zdania, cytując mniej lub bardziej zmodyfikowaną notkę prasową. Druga przyczyna jest bardziej prozaiczna. W naszym kraju nigdy nie było tradycji podobnego grania. A skromny autor tego bloga bardzo je sobie ceni. Od lat chętnie słucham, a także poszukuję również takiej muzyki.
W naszym kraju w zbliżonych rejonach, które tak udanie eksploruje album zatytułowany "KONIEC" - Konrada Ciesielskiego, porusza się chociażby Grzech Piotrowski. Ten ostatni bardziej akcentuje zwiewną melodykę, delikatne jazzowe frazy, używa mniej instrumentów elektronicznych, a przy okazji i po godzinach organizuje festiwal "Wschód piękna", gdzie promuje wykonawców z podobnego kręgu wrażliwości. Jeśli chodzi o światową scenę artystów, którzy od wielu lat z powodzeniem rozwijali podobny pograniczny nurt (ambient, jazz, elektrnoika, eksperyment), można wymienić z pamięci całą długą listę nazwisk. Muszą znaleźć się pośród nich: David Sylvian, projekt Dark Star Safari (recenzowany na łamach tego bloga), Exit North, Slowly Rolling Camera, GoGo Penguin, Jan Bang, Erik Honore, Harold Budd, Mark Isham( na późniejszym etapie kariery zajął się głównie muzyką filmową, ale przewinął się jako trębacz przez wiele płyt), Steve Jansen, Richard Barbieri, Arve Henriksen, Eivind Aarset, David Torn, Michael Brook, Mick Karn, Peter Nooten, Michael Shrieve, projekt Marco Polo, itd.
Co ciekawe, a zarazem bardzo charakterystyczne, wielu z tych artystów wspierało się siebie wzajemnie, podczas tworzenia kolejnych albumów, pojawiali się w studiach nagraniowych jako zaproszeni goście, muzycy sesyjni. W ten sposób jedno nazwisko odsyłało do drugiego intrygującego artysty, który poruszał się w zbliżonej stylistyce.
Reprezentujący północną część kraju Konrad Ciesielski wywodzi się ze środowiska post-metalowego. Grał na perkusji i współtworzył grupę Blondead. Twórca albumu "KONIEC" również skorzystał z okazji i zaprosił do współpracy kilku gości. Wśród nich znajdziemy saksofonistkę Patrycję Tempską, wokalistkę Gabrielę Wasilewską, czy trębacza Dawida Lipkę (znany z kolaboracji z Tymonem Tymańskim, Marcinem Świetlickim).
Debiutancki album Ciesielskiego niewiele ma wspólnego z post-metalem. Zamiast przyciągać uwagę słuchacza skomplikowanymi podziałami rytmicznymi - jak na rasowego perkusistę przystało - autor woli tworzyć intrygującą przestrzeń. W kolejnych odsłonach krążka "KONIEC" poszukuje głębi, odpowiedniego nastroju. To, czego prywatnie nieco mi zabrakło - jako osobie, która od lat poszukuje podobnej muzyki - to jeszcze większej przestrzeni, więcej powietrza, ale już na etapie realizacji technicznej poszczególnych ścieżek oraz instrumentów.
Jak wspomniałem wcześniej, w naszym kraju nie ma bogatej tradycji tego typu grania, w związku z tym nie ma także pewnych i sprawdzonych wzorców realizacji studyjnej takich wydawnictw. Na albumie "KONIEC" znajdziemy sporo malowniczych krajobrazów. Płyta raczej nie zachwyca zgrabnymi melodiami, popisami wirtuozów trąbki czy saksofonu. Twórca cierpliwie buduje narracje, tworzy barwne faktury oraz głębie. Muzyka Konrada Ciesielskiego rozwija się powoli. W tym układzie liczy się przestrzeń - im szersza, tym lepsza - pauzy, oddechy, a nie żywy rytm czy zgrabny refren. W tak kreślonej perspektywie za kolory i odcienie krajobrazu odpowiadają instrumenty akustyczne oraz subtelna elektronika.
Ta muzyka nie szafuje emocjami, bywa w tym względzie powściągliwa. Kompozycje wymagają skupienia, są introwertyczne. Twórca świadomie odrzuca konwencjonalną formułę piosenki. Album składa się z siedmiu utworów, które połączone tworzą spójną całość. Wydawnictwo "KONIEC" nastrojem balansuje pomiędzy melancholią, a pogłębionymi stanami refleksji. Warty podkreślenia jest także fakt, że autor celowo unika sztucznego patosu, co nieraz jest oczywistym rozwiązaniem, nie tworzy i nie szuka momentów kulminacyjnych. Z pewnością warto zapoznać się z tym udanym wydawnictwem.
(nota 7.5-8/10)
"Dodatki..." zaczniemy od prześlicznej kompozycji grupy FLO LINES, którą znalazłem na epce" The Only Thing Left Is...", wydanej co prawda w 2024 roku, ale ta pełna uroku piosenka to moje spóźnione odkrycie.
Przed nami krótka wycieczka do Londynu, gdzie ma siedzibę grupa ULRIKA SPACEK, która 6 lutego opublikuje płytę zatytułowaną "EXPO".
Przeniesiemy się do Bristolu, skąd pochodzi formacja THE NEW CUT, która niedawno opublikowała epkę zatytułowaną "London, Out Threre".
Nasi znajomi z Londynu, grupa WHITELANDS wczoraj opublikowała nowy album zatytułowany "Sunlight Echoes". Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!
Zaglądamy do katalogu oficyny Bella Union, która ma za sobą kiepski rok. Kolejna znajoma brytyjska grupa PLANTOID wczoraj opublikowała płytę zatytułowaną "Flare".
Portland w stanie Oregon, wczoraj ukazała się nowa płyta grupy BLACKWATER HOLYLIGHT zatytułowana "Not Here Not Gone".
Trzeba przyznać, że świetnie brzmi utwór "Built To Collide", brytyjskiej wokalistki - TESSY ROSE JACKSON, który znalazłem na opublikowanym przed tygodniem albumie "The Lighthouse".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - płyta kontrabasisty z Kalifornii - BILLY'EGO MOHLERA zatytułowana "The Eternal" ukazała się w ubiegłym roku. Na saksofonie zagrał Devin Daniels, a na gitarze Jeff Parker.
Nasz znajomy gitarzysta HARRY CHRISTELIS reprezentuje miasto Londyn, 13 lutego ukaże się album zatytułowany "Preserving Fictions".
To siódma płyta długogrająca w dorobku załogi z Kolonii. Album "Objects, Beings & Parrots" łączy różne stylistyki, do czego przyzwyczaiły nas obecnie funkcjonujące zespoły. Wspólnym mianownikiem wielu tych kompozycji jest krautrockowy rytm. Pulsujący bas, bębny odmierzające jednostajne nieco hipnotyczne takty, syntezatory uparcie powtarzające te same akordy. Całość umiejętnie - w końcu dorobek do czegoś zobowiązuje - splata rytmiczne repetycje z sonicznymi eksperymentami. W ten sposób powstają dźwiękowe "tripy", tak typowe dla poczynań niemieckiej formacji. W zamierzeniach płyta miała oddawać atmosferę podróży. Stąd też taki, a nie inny tytuł - "Obiekty, istoty i papugi" - jako coś w rodzaju punktów orientacyjnych na mapie wycieczki.
Pewnie mało kto wie, że zespół URLAUB IN POLEN funkcjonuje już od 27 lat na scenie muzycznej. Nazwę grupy można przetłumaczyć jako: "Wakacje w Polsce". Ta wzięła się od złośliwego komentarza przyjaciela członków grupy, który po jednej z pierwszych prób miał powiedzieć, że ich muzyka przypomina mu: "drastyczne wspomnienia z wakacji w Polsce". Urlaub In Polen to duet - Georg Brenner - multiinstrumentalista, wokalista, gitarzysta oraz odpowiedzialny za rytm perkusista - Jan Philipp Janzen. Zespół wydał kilka płyt, a po opublikowaniu" Boldstriker" (2011), zawiesił działalność. Po dziewięciu latach Jan i Georg powrócili na scenę z nowym materiałem "All" (2020).
"Jesteśmy bardziej bezpośredni oraz intuicyjni. Nie komplikujemy rzeczy, nie wymyślamy trudnych riffów, tylko po to, żeby pokazać, jakimi jesteśmy "mistrzami". Wolimy wersję zredukowaną, która daje nam więcej mocy" - oświadczył Georg Brenner.
Tytułowy "Abacus", który otwiera wydany wczoraj album , to z jednej strony narzędzie do liczenia, ale także zgrabna metafora do "obsesyjnego uporządkowania rzeczywistości". "Washing Machine" - czyli "pralka" to jeden z najbardziej codziennych obiektów, z którego korzystamy. Bohater znakomitego serialu "Fargo" (sezon 1) lubił wpatrywać się w mechaniczny ruch bębna pralki. I ta kompozycja ma coś z tego osobliwego nastroju. Autor tekstu sugeruje, że niektóre zdarzenia "dzieją się same". W tak kreślonej perspektywie, człowiek może być tylko czymś w rodzaju wsadu do obracającego się bębna (jak pranie). Nic tak naprawdę nie zostaje oczyszczone, wszystko wraca do tej samej formy.
Każda z odsłon pokazuje nieco odmienna formułę krautrocka., choć wciąż mamy do czynienia z powtarzalnymi strukturami. Te w zamierzeniach twórców kompozycji mają spróbować uporządkować chaos otaczającego nas świata, co oczywiście nigdy w pełni nie może się udać, ale warto próbować. Płyta "Objects, Beings & Parrots" nie jest ani kolejnym powrotem do starej sprawdzonej stylistyki, ani też radykalną próbą zerwania. Raczej stanowi pogłębienie tego, z czym zespół z Kolonii bywa kojarzony.
Urlaub In Polen zaczął muzyczną przygodę ćwierć wieku temu, od połączenia surowego krautroacka z elementami post-rockowymi - płyty "Persec" (2002) oraz "White Spot" (2004). Z kolei album "Liquid" (2009) wydaje się po czasie bardziej dojrzałą i przestrzenną próba duetu. Teksty na tych pierwszych wydawnictwach miały charakter raczej marginalny, bez takiej wagi semantycznej jak obecnie. W kompozycjach niemieckiego duetu rytm był zawsze nadrzędną siłą. Ich wczesne albumy nie tyle opowiadały historię, co raczej ją "wykonywały" (motoryczny aspekt). W takim układzie repetycja była naturalnym środkiem ekspresji. Album "Objects, Beings & Parrots" nie proponuje nowego języka, raczej stawia nieśmiałe pytania o sens dotychczasowego. Tym razem wspomniana dziś wielokrotnie repetycja nie służy tylko transowi, lecz staje się jednym z tematów.
(nota 7-7.5/10)
Miniony tydzień nie był okresem, który zapisze się złotymi zgłoskami w historii muzyki. A mimo to udało mi się odnaleźć kilka znakomitych singli, które przy Waszym współudziale postanowiłem ocalić od zapomnienia. Rozpoczniemy od wizyty w mieście Los Angeles, gdzie działa grupa OMNIHELL, która 20 lutego opublikuje album zatytułowany "Extreme Suffering". Oto znakomity singiel promujący to wydawnictwo.
Zespół PILIGRIMS powstał w Chile, a potem członkowie grupy przenieśli się do USA. 13 lutego ukaże się ich album zatytułowany "Gemini".
Tej pani chyba nikomu, kto regularnie zagląda na tę stronę, nie muszę przedstawiać - KIM GORDON. Przyznam szczerze, że kiedy usłyszałem ten singiel promujący nowy album "PLAY ME", miałem ciarki. Premiera całego wydawnictwa 13 marca.
Kolejna wizyta w Los Angeles przyniesie spotkanie z grupą THE ALBUM LEAF, który w nowym singlu wsparła Aisha Badru.
Formacja THE LEAF LIBRARY reprezentuje Londyn, 20 marca pojawi się ich najnowszy album zatytułowany "After The Rain, Strange Seeds".
MISS TYGODNIA - tym razem powędruje do Berlina, gdzie obecnie mieszka i nagrywa wokalistka LUCIA CADOTSCH. Oto mój ulubiony fragment z jej ostatniej, wydanej jesienią ubiegłego roku, płyty - "Does It Make You Love Your Life".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - pianista WAJDI RIAHI pochodzi z Tunezji, ale mieszka obecnie w Brukseli, wraz ze swoim trio w połowie listopada ubiegłego roku opublikował album "Zabonpres Sessions". Oto moja ulubiona kompozycja.
Na początku stycznia tego roku włoska formacja, która przyjęła lakoniczną nazwę ZU, opublikowała album zatytułowany "Ferrum Sidereum".
Głównym bohaterem dzisiejszej odsłony bloga jest rdzenny mieszkaniec Alaski - Nicholas Galanin. Po ciężkim wypadku (złamał kręgosłup oraz żebra, ale lekarze jakoś go poskładali w jedną całość) ojciec nadał mu imię - YEIL YA TSEEN, co oznacza: "Kruk, który przetrwa". I to właśnie zmarłemu w 2021 roku ojcu Galanin poświęcił swój najnowszy wydany wczoraj album zatytułowany "STAND ON MY SHOULDERS". Ów tytuł miał w zamierzeniach autora jedenastu kompozycji symbolizować wdzięczność wobec przodków plemienia TLINGIT oraz spuścizny artystycznej. Na okładce, która również odwołuje się do lokalnej tradycji, możemy dostrzec reprodukcję zdjęcia ojca, w tradycyjnym stroju TLINGIT.
To druga płyta Nicholasa Galanina, po nieźle przyjętym debiucie "INDIAN YARD" (2021). Tym razem autor wszystkich kompozycji postanowił zaprosić do współpracy kilku artystów. Wśród nich znajdziemy osoby nieco bardziej rozpoznawalne jak: Portugal The Man, czy Meshell Ndegeocello oraz te nieco mniej - Anel Figueroa czy Hanna Ben, co przy okazji podkreśla kolektywny charakter tego wydawnictwa. Album "STAND ON MY SHOULDERS" poszerza artystyczną wizję YA TSEENA, zarówno muzycznie, jak i tematycznie. Wiele z tych piosenek jest bardzo starannie dopracowana. Przykuwają uwagę specyficzną lekkością i charakterystycznym brzmieniem.
Nicholas Galanin jest znanym, głównie lokalnie, artystą wizualnym i performerem. Posiada tytuł magistra sztuk pięknych. Jego muzyka nie jest projektem pobocznym, tylko jednym z narzędzi wypowiedzi artystycznych, obok rzeźby ( w drewnie), instalacji czy performensów. Mieszkaniec Alaski z pewnością nie stylizuje się na "rdzennego artystę" , tylko działa z wnętrza ciągle żywej kultury TLINGIT. Ta ostatnia to przestrzeń starannie kultywowana przez mieszkańców południowo-wschodniej Alaski. Opiera się na ciągłości pokoleń, szacunku do świata natury, odpowiedzialności wobec przodków i przyszłych generacji. Nicholas Galanin mówi wprost: "To, co robię istnieje również dlatego, że ktoś był przede mną". W innym wywiadzie dodał: "To świadoma próba odejścia od narracji o bolesnych historiach i skupienia się na wyzwoleniu jako akcie oporu (...). Mamy miłość, mamy radość, mamy rodziny i dzieci. Nie definiuje nas tylko trauma".
Warto podkreślić, że w wypadku prac tego artysty nie mamy do czynienia z lokalnym folklorem. Przeszłość to nie muzeum - tylko jeden ze sposobów odniesienia się do teraźniejszości. Dlatego niektórzy odbiorcy mogą być odrobinę zaskoczeni, lub nawet zawiedzeni, że na albumie "STAND ON MY SHOULDERS" nie znajdą żadnych "etnicznych wstawek". Muzyka zaproponowana przez artystę jest jak najbardziej współczesna - indie-pop, elektronika, eksperyment. W jego przekonaniu stanowi jakąś formę ciągłości kulturowej. Z jednej strony jest to długimi fragmentami bardzo udana indie-popowa płyta. Z drugiej jak najbardziej współczesny głos przedstawiciela kultury TLINGIT, który stara się wypowiadać aktualnym językiem.
YA TSEEN ma wyraźną słabość do syntezatorów analogowych, które kolekcjonuje. Brzmienie tych ostatnich stanowi osnowę wielu kompozycji. Te z kolei najbardziej przypomniały mi, tu i ówdzie, dokonania grupy Washed Out. Podobna dream-popowa aura, swoboda w kreśleniu zgrabnych linii melodycznych. Z kolei linie rytmiczne są sprężyste, miejscami nieco syntetyczne, choć wiele utworów posiada hipnotyczny rytm, który niesie słuchacza. Mimo użycia elektroniki słychać w tych nagraniach dużo oddechu - żywe instrumenty, sporo nakładek wokalnych, przestrzeń w miksie. Ta płyta ma więcej atutów niż pozornie się wydaje.
(nota 7-7.5/10)
Spotkanie z naszymi dobrymi znajomymi z Londynu - DEARY. Ich piosenki kilka razy pojawiały się w dodatkach. Ta najnowsza, utrzymana w duchu Slowdive, zwiastuje premierę nowej płyty - "BIRDING" (3 kwietnia).
Wizyta w Norwegii przyniesie nową muzykę grupy MISTY COAST. Przy okazji zapowiedź płyty zatytułowanej "ALWAYS SUN", która pojawi się 24 kwietnia.
Niemiecki twórca Sascha Ring, czyli Apparat, również zapowiada nowy album zatytułowany "HUM OF MAYBE" (20 lutego). Oto świeży singiel z tego wydawnictwa.
Pozostaniemy w Berlinie, grupa GOLDEN HOURS dnia 6 lutego opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "BEYOND WIRES".
Przed nami Manchester. Wczoraj ukazała się nowa płyta formacji SHAKING HAND zatytułowana po prostu "SHAKING HAND". Oto wybrany fragment.
MISS TYGODNIA - to czysta ROZKOSZ słuchać takiego wspaniałego NAGRANIA... i móc je zaprezentować. Obawiam się, że jest kompletnie nieznane, podobnie jak grupa, nawet nie ma swojego odpowiednika w serwisie YT. Londyńskie trio PRACTICAL ANARCHY jest dopiero na początku "kaiery", w dorobku jedynie dwie epki. Barwa głosu wokalistki - Julia Biel - przypomniała mi odrobinę naszą krajową Marsiję, znaną chociażby z występów na płytach Silver Rocket. W połowie grudnia PRACTICAL ANARCHY opublikował drugi krótki materiał zatytułowany "EP 2". A tam, na samym końcu, znalazłem to wyborne cudeńko, z którym oczywiście się nie rozstaję. Przy okazji wrzucę drobny kamyczek do ogródka twórców - dlaczego, ach, dlaczego, ta KOPMPOZYCJA nie trwa przynajmniej 10 min? Jak można było przerwać taką rozkosz tak szybko. Cóż, może w wersji koncertowej potrwa nieco dłużej.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - w nim znany już nam artysta z Nowego Yorku - ILHAN ERSAHIN, który wczoraj opublikował nowy album zatytułowany "ISTANBUL SESSIONS: MAHALLE".
Skoro byliśmy dzisiaj na Alasce, na koniec musi zabrzmieć projekt ALAASKA, za którym to szyldem ukrywa się francuski muzyk Jerome Plasseraud. Wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Monoi".
To w ostatnich tygodniach kolejna nasza wizyta w Portugalii. Ten skrajny rejon Europy rzadko bywa kojarzony z muzyką alternatywną. Całkiem niedawno zaprezentowałem bardzo udany album "MERCADO 48" - DANIELA KNOXA, który większość zarówno krajowych, jak i zagranicznych recenzentów niestety przegapiła. Od tego są takie blogi, żeby odnajdywać wartościowe propozycje niesłusznie lub z jakichś innych tajemniczych powodów pominięte. Tym razem zamiast wycieczki po malowniczym mieście PORTO, zajrzymy do równie urokliwej Lizbony. To właśnie tam mieszka i tworzy JEAN PAUL SIMOES, który wraz z grupą przyjaciół ukrywa się pod pseudonimem BLOOM. Pod koniec grudnia 2025 roku ukazała się trzecia w dorobku i zdecydowanie najlepsza płyta tego artysty zatytułowana "DO NOT DISTURB".
Wcześniej portugalski muzyk wyrażał się artystycznie w bardzo słabo znanej formacji BELLE CHASE HOTEL. Jednak postanowił odnaleźć nieco inny rodzaj języka oraz rozwinąć kontakt z pewnymi ulubionymi w ostatnim okresie estetykami - americana, indie-folk - które stały się dla niego ważne. Tak powstał projekt BLOOM. Debiutancka płyta, wydana w 2016 roku - "Tremble Like A Flower", skupiła się na delikatnych melodiach, wokół których rozbudowaną wspomnianą wcześniej indie-folkową stylistykę. Druga w kolejności "Drafty Moon" przyniosła wraz z sobą sporą zmianę brzmienia. To ostatnie stało się dużo bardziej energetyczne, zagęszczone, nawiązywało do indie-rocka, w świadomy sposób akcentowało rolę gitary elektrycznej.
Najnowsze wydawnictwo zatytułowane "DO NOT DISTURB", to powrót do miejsca, gdzie portugalski twórca czuje się najlepiej. Zawiera ono refleksyjne, pogłębione kompozycje, w których znajdziemy znów mnóstwo spokoju i przestrzeni. Brzmienie skupia się wokół głosu oraz instrumentów akustycznych - gitara, kontrabas, skrzypce, saksofon. Warto podkreślić, że Jean Paul Simoes tym razem postanowił zrezygnować z klasycznie pojętej perkusji. Kolejne takty można odmierzać na różne sposoby.
Od pierwszych dźwięków najnowszej propozycji czuć, że JP. SIMOES traktuje wokal nie tylko jak nośnik tekstu, ale także jako podstawowy instrument o indywidualnym charakterze. Głęboka barwa, tu i ówdzie przypomniała mi tembr Kurta Wagnera z grupy Lambchop, to podstawowy składnik tej płyty. Inne skojarzanie bliższe lub dalsze to - Nick Drake, Mark Kozelek, Bill Callahan. W dużym uproszczeniu mógłbym powiedzieć, że BLOOM momentami brzmi jak Lambchop, tyle że nagrany w europejskim mieszkaniu, późną nocą, bez klasycznej sekcji rytmicznej i bez potrzeby bycia zespołem.
Tematyka poszczególnych piosenek zawiera cały bogaty wachlarz skojarzeń - od refleksji nad samotnością, aż po celebrację przyjaźni "Beautiful Friends". Sporo tutaj subtelnych obrazów, swobodnych skojarzeń, pozbawionych taniego sentymentalizmu, co sugerowałby liryczny charakter tych kompozycji. Po drodze znajdziemy urokliwe ornamenty skrzypiec, jak chociażby "If I Was Someone Lovely",czy instrumentalne odsłony, wypełnione tonami saksofonu "Underwater Converstaion", lub zmysłowy i zamykający całość, tytułowy "Do Not Disturb". W drugiej części płyty czegoś mi zabrakło, może wyraźniejszych akcentów itp. Stąd moja nota.
Muzyka grupy BLOOM niczego nie próbuje udowadniać światu. Ta płyta ma raczej coś do zaoferowania wszystkim tym, którzy naprawdę zechcą poznać to wydawnictwo. Autor sugeruje nieśmiało, że to być może ostatnia jego płyta pod tym szyldem. Czas pokaże, co zostanie z tych sugestii.
(nota 7-7.5/10)
Dziękuję wszystkim za życzenia i pozdrowienia - odpowiadam zbiorowo. Oby Nowy Rok nie był gorszy od poprzedniego. Zawsze jest czego słuchać i co czytać. W strefie "Dodatki..." zapowiedź wiosennej premiery (12 marca) płyty "DEATH MOTELS", kalifornijskiej grupy THIS LONESOME PARADISE.
Zatrzymamy się w Londynie, nasi dobrzy znajomi z grupy DRY CLEANING wczoraj opublikowali nowy album zatytułowany "Secret Love".
Podgrzejemy atmosferę przenosząc się do Michigan. Trzy dni temu grupa PROSTITUTE przypomniała o sobie "nowym-starym" singlem, który promował ich ostatni album "Attempted Martyr".
Zawitamy do miasta Detorit. Wczoraj ukazała się ciekawa i zapowiadana przeze mnie płyta zespołu WINGED WHEEL - "Desert So Green". Warto zapoznać się z całym wydawnictwem.
MISS TYGODNIA - nie był to zły początek roku, skoro mogłem znaleźć takie prestiżowe wyróżnienie. Przed Wami połączone siły japońsko-amerykańskie, czyli SHUTARO NOGUCHI AND THE ROAD HOUSE BAND, wyborny i zdecydowanie najlepszy fragment z ich jesiennej płyty "ON THE RUN". Czasem wystarczy kilka pierwszych taktów i już wiesz..., że to TWOJA MUZYKA!
KĄCIK IMPROWIZOWANY - w Kapsztadzie było dziś 28 stopni, a właśnie stamtąd pochodzi ASHER GAMEDZE, który 27 lutego opublikuje album zatytułowany "A Semblance: Of Return". Kilka dni temu pojawił się nowy singiel z tego wydawnictwa.
Pamiętam, że przed rokiem bardzo chwaliłem wznowienie płyty "ABENDMUSIKEN" niemieckiego kwartetu z Marbergu, który przyjął nazwę GREEN COSMOS (warto do niej wrócić, wyborna rzecz!!). Kilkanaście dni temu, w grudniowy czas ukazał się kolejny zestaw rzadkich nagrań "MORGENMUSIKEN". Wprawdzie nie jest tak udany jak poprzedni, ale każdy fan spiritual-jazzu powinien na nim znaleźć coś dla siebie.