sobota, 11 kwietnia 2026

PAUL BERGMANN - "CONNECTICUT COWBOY" "Muzyka żalu i nocnej przestrzeni"

 

Są artyści, którzy, jak wielu innych, tworzą kolejne płyty, ale są również tacy, którzy po prostu kontynuują jeden długi wewnętrzny monolog. Paul Bergmann z miasta New Haven raczej należy do tej drugiej kategorii. Jego wydany wczoraj album zatytułowany "Connecticut Cowboy" nie jest próbą redefinicji stylu, ani krokiem w stronę większej przystępności - to kolejny rozdział w konsekwentnie rozwijanej opowieści o samotności, nieprzystosowaniu, cichym sprzeciwie wobec migotliwej rzeczywistości.







 Już sam tytuł - poniekąd odrobinę ironiczny - sugeruje jakieś napięcie. "Kowboj" to figura wolności, mitu amerykańskiej przestrzeni. Zestawiona zostaje z Connecticut - stanem, który kojarzy się z uporządkowaniem, dobrobytem, spokojnymi miasteczkami, uniwersytetem Yale, a nie z dzikością oraz swobodą. To zderzenie jest celowe. Bohater tekstów Bergmanna nie pasuje ani do jednego, ani do drugiego świata. I właśnie z tego osobliwego pęknięcia rodzi się jego muzyka.

"Connecticut Cowboy" sprawia wrażenie nagrania bardziej odnalezionego niż stworzonego. Jakby istniało już wcześniej, a artysta jedynie uchwycił je w charakterystyczne dla siebie ramy. To wrażenie nie jest przypadkowe. Bergmann od lat (debiut 2015 rok) buduje swoją twórczość na intuicji, niedopowiedzeniu i przekonaniu, że prawda - nie tylko w muzyce, ale w szeroko pojętej sztuce - ujawnia się mimochodem, a nie poprzez precyzyjne konstrukcje.


"Usłyszałem kilka lokalnych zespołów grających mroczną westernową muzykę. To było bardzo w stylu Los Angeles. Trafiło to we mnie (...). Zawsze niepokoiło mnie coś w tym, że tam (Kalifornia) jest ciągle słonecznie. Jakby pod spodem kryło się coś mrocznego (...). Myślę, że wiele z tego wypływa z tęsknoty. Jestem jedną z tych osób, które są wiecznie niezadowolone. Trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, zawsze za czymś tęsknię. To nie ma być smutna muzyka, ale jest zakorzeniona w nostalgii" - Paul Bergmann.






Twórczość Bergmanna od lat kręci się wokół kilku ulubionych wątków. Jeden z nich można zamknąć w zdaniu - "Jak żyć i tworzyć w świecie, który powoli się rozpada". To nie są łatwe i proste historie. W dużej mierze mają coś z poetyckiego strumienia świadomości. Bardziej przypominają fragmenty myśli niż tradycyjne narracje. 

Mocnym punktem ostatniej płyty jest jej brzmienie. Jakby wszystko nagrano w jednym pomieszczeniu, za jednym podejściem lub z minimalną techniczną obróbką. Stąd w nagraniach tyle "powietrza" między dźwiękami. Odbiorca może odnieść wrażenie, że oto słucha muzyki w opuszczonym domu. Gitary pracują bardzo oszczędnie - podobnie jak klawisze - bywają suche, niemal matowe, to znów zadziorne czy drapieżne. Produkcja w zamierzeniach jest celowo daleka od doskonałości; wpisuje się w tryb niedbałego "lo-fi", a nie w ryzy doskonałego masteringu. 

Wokal Bergmana jest kluczowy. Nie tyle prowadzi narrację, co raczej ją komentuje, przy okazji akcentuje wybrane momenty. Może być odbierany zarówno jako śpiew, ale także jako wewnętrzny monolog. Co tylko wzmacnia wrażenie, że słuchamy także myśli autora, a nie tylko piosenek.

Od samego początku, czyli od pierwszego przesłuchania, największe wrażenie zrobił na mnie utwór zamykający płytę, czyli wspaniała kompozycja "Blue Light Cowboy". Ten wyborny utwór pokazuje człowieka, który próbuje sobie wyobrazić siebie jako "kowboja". W rzeczywistości żyje w zwyczajnym świecie, który niewiele ma wspólnego z westernowym mitem. Wspomnienia chwil wolności są raczej wyobrażeniem niż realnym doświadczeniem. Bohater zostaje z poczuciem, że nie spełnia żadnych oczekiwań, ani wobec siebie, ani wobec innych. Cały utwór pokazuje życie jako ciągłe "jechanie dalej", które jest bardziej ucieczką niż podróżą. I taka właśnie jest ta płyta. Nie próbuje opowiadać konkretnej historii, tylko buduje stan mentalny. Brzmieniowo to indie-folkowy/rockowy minimalizm doprowadzony tu i ówdzie do bardzo emocjonalnej fazy.

 Największą siłą albumu jest w moim odczuciu to, że nie przynosi ulgi, nie daje wytchnienia czy ukojenia. Nawet momenty wspomnień, relacji lub ruchu w przestrzeni nie prowadzą do żadnego "katharsis". Zamiast tego wszystko rozmywa się w kolejnym obrazie, następnym miejscu. W kolejnym oddechu...

Ps. Uwielbiam ten moment. Oto przed wami "KOMPOZYCJA TYGODNIA".

(nota 7.5/10)

 






Ten album również warto wysłuchać w całości. Norwegia, grupa LES IMPRIMES, i płyta "FADING FORWARD", która ukazała się w dniu wczorajszym. Oto moje ulubione nagranie, które świetnie uzupełni nastrój albumu Paula Bergmanna.







Przeniesiemy się do stanu Kalifornia, o którym wspominał Paul Bergmann. Miasto San Diego i grupa MEMORY SPELLS i JORDAN WHITLOCK - z płyty wydanej dwa dni temu - "THIS WHAT IT FEEL LIKE". 






Cóż, że ze Szwecji, formacja HATER, która w marcu opublikowała album zatytułowany "MOSQUITO".






Warto mieć jakiś francuski akcent, szczególnie podczas trwania turnieju ATP Monte Carlo. Marion Brunetto to paryska wokalistka i filar grupy Requin Chagrin. Oto ich nowy singiel.







Przeniesiemy się do Cardiff, żeby posłuchać, jak brzmią połączone siły grup z tamtego regionu, czyli dobrze nam znany WHY HORSES? AND SPIRITED FOLLOWERS. Oto ich nowy singiel.






Tylko na tym blogu zapowiedź czerwcowej premiery, grupa z miasta Minneapolis, czyli AMERICAN CREAM BAND oraz fragment z płyty "TWIN".






KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim na dobry początek wspaniała kompozycja artysty z Nowej Szkocji. Saksofonista ANDREW MACKELVE i jego grupa MANY WORLDS. Mój ulubiony fragment z wydanej w marcu płyty "MANY WORLDS".







Tampere w Finlandii jest siedzibą formacji HOT HEROS, która 17 kwietnia opublikuje album zatytułowany "TAHTISILMA".







Na koniec nasz dobry znajomy GRZECH PIOTROWSKI, który niedawno wraz z gitarzystą EIVINDEM AARSETEM i perkusistą TERJE ISUNGSETEM opublikował wydawnictwo zatytułowane "HORIZON".


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz