Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzech Piotrowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzech Piotrowski. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 września 2026
sobota, 11 kwietnia 2026
PAUL BERGMANN - "CONNECTICUT COWBOY" "Muzyka żalu i nocnej przestrzeni"
Są artyści, którzy, jak wielu innych, tworzą kolejne płyty, ale są również tacy, którzy po prostu kontynuują jeden długi wewnętrzny monolog. Paul Bergmann z miasta New Haven raczej należy do tej drugiej kategorii. Jego wydany wczoraj album zatytułowany "Connecticut Cowboy" nie jest próbą redefinicji stylu, ani krokiem w stronę większej przystępności - to kolejny rozdział w konsekwentnie rozwijanej opowieści o samotności, nieprzystosowaniu, cichym sprzeciwie wobec migotliwej rzeczywistości.
Już sam tytuł - poniekąd odrobinę ironiczny - sugeruje jakieś napięcie. "Kowboj" to figura wolności, mitu amerykańskiej przestrzeni. Zestawiona zostaje z Connecticut - stanem, który kojarzy się z uporządkowaniem, dobrobytem, spokojnymi miasteczkami, uniwersytetem Yale, a nie z dzikością oraz swobodą. To zderzenie jest celowe. Bohater tekstów Bergmanna nie pasuje ani do jednego, ani do drugiego świata. I właśnie z tego osobliwego pęknięcia rodzi się jego muzyka.
"Connecticut Cowboy" sprawia wrażenie nagrania bardziej odnalezionego niż stworzonego. Jakby istniało już wcześniej, a artysta jedynie uchwycił je w charakterystyczne dla siebie ramy. To wrażenie nie jest przypadkowe. Bergmann od lat (debiut 2015 rok) buduje swoją twórczość na intuicji, niedopowiedzeniu i przekonaniu, że prawda - nie tylko w muzyce, ale w szeroko pojętej sztuce - ujawnia się mimochodem, a nie poprzez precyzyjne konstrukcje.
"Usłyszałem kilka lokalnych zespołów grających mroczną westernową muzykę. To było bardzo w stylu Los Angeles. Trafiło to we mnie (...). Zawsze niepokoiło mnie coś w tym, że tam (Kalifornia) jest ciągle słonecznie. Jakby pod spodem kryło się coś mrocznego (...). Myślę, że wiele z tego wypływa z tęsknoty. Jestem jedną z tych osób, które są wiecznie niezadowolone. Trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, zawsze za czymś tęsknię. To nie ma być smutna muzyka, ale jest zakorzeniona w nostalgii" - Paul Bergmann.
Twórczość Bergmanna od lat kręci się wokół kilku ulubionych wątków. Jeden z nich można zamknąć w zdaniu - "Jak żyć i tworzyć w świecie, który powoli się rozpada". To nie są łatwe i proste historie. W dużej mierze mają coś z poetyckiego strumienia świadomości. Bardziej przypominają fragmenty myśli niż tradycyjne narracje.
Mocnym punktem ostatniej płyty jest jej brzmienie. Jakby wszystko nagrano w jednym pomieszczeniu, za jednym podejściem lub z minimalną techniczną obróbką. Stąd w nagraniach tyle "powietrza" między dźwiękami. Odbiorca może odnieść wrażenie, że oto słucha muzyki w opuszczonym domu. Gitary pracują bardzo oszczędnie - podobnie jak klawisze - bywają suche, niemal matowe, to znów zadziorne czy drapieżne. Produkcja w zamierzeniach jest celowo daleka od doskonałości; wpisuje się w tryb niedbałego "lo-fi", a nie w ryzy doskonałego masteringu.
Wokal Bergmana jest kluczowy. Nie tyle prowadzi narrację, co raczej ją komentuje, przy okazji akcentuje wybrane momenty. Może być odbierany zarówno jako śpiew, ale także jako wewnętrzny monolog. Co tylko wzmacnia wrażenie, że słuchamy także myśli autora, a nie tylko piosenek.
Od samego początku, czyli od pierwszego przesłuchania, największe wrażenie zrobił na mnie utwór zamykający płytę, czyli wspaniała kompozycja "Blue Light Cowboy". Ten wyborny utwór pokazuje człowieka, który próbuje sobie wyobrazić siebie jako "kowboja". W rzeczywistości żyje w zwyczajnym świecie, który niewiele ma wspólnego z westernowym mitem. Wspomnienia chwil wolności są raczej wyobrażeniem niż realnym doświadczeniem. Bohater zostaje z poczuciem, że nie spełnia żadnych oczekiwań, ani wobec siebie, ani wobec innych. Cały utwór pokazuje życie jako ciągłe "jechanie dalej", które jest bardziej ucieczką niż podróżą. I taka właśnie jest ta płyta. Nie próbuje opowiadać konkretnej historii, tylko buduje stan mentalny. Brzmieniowo to indie-folkowy/rockowy minimalizm doprowadzony tu i ówdzie do bardzo emocjonalnej fazy.
Największą siłą albumu jest w moim odczuciu to, że nie przynosi ulgi, nie daje wytchnienia czy ukojenia. Nawet momenty wspomnień, relacji lub ruchu w przestrzeni nie prowadzą do żadnego "katharsis". Zamiast tego wszystko rozmywa się w kolejnym obrazie, następnym miejscu. W kolejnym oddechu...
Ps. Uwielbiam ten moment. Oto przed wami "KOMPOZYCJA TYGODNIA".
(nota 7.5/10)
Ten album również warto wysłuchać w całości. Norwegia, grupa LES IMPRIMES, i płyta "FADING FORWARD", która ukazała się w dniu wczorajszym. Oto moje ulubione nagranie, które świetnie uzupełni nastrój albumu Paula Bergmanna.
Przeniesiemy się do stanu Kalifornia, o którym wspominał Paul Bergmann. Miasto San Diego i grupa MEMORY SPELLS i JORDAN WHITLOCK - z płyty wydanej dwa dni temu - "THIS WHAT IT FEEL LIKE".
Cóż, że ze Szwecji, formacja HATER, która w marcu opublikowała album zatytułowany "MOSQUITO".
Warto mieć jakiś francuski akcent, szczególnie podczas trwania turnieju ATP Monte Carlo. Marion Brunetto to paryska wokalistka i filar grupy Requin Chagrin. Oto ich nowy singiel.
Przeniesiemy się do Cardiff, żeby posłuchać, jak brzmią połączone siły grup z tamtego regionu, czyli dobrze nam znany WHY HORSES? AND SPIRITED FOLLOWERS. Oto ich nowy singiel.
Tylko na tym blogu zapowiedź czerwcowej premiery, grupa z miasta Minneapolis, czyli AMERICAN CREAM BAND oraz fragment z płyty "TWIN".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim na dobry początek wspaniała kompozycja artysty z Nowej Szkocji. Saksofonista ANDREW MACKELVE i jego grupa MANY WORLDS. Mój ulubiony fragment z wydanej w marcu płyty "MANY WORLDS".
Tampere w Finlandii jest siedzibą formacji HOT HEROS, która 17 kwietnia opublikuje album zatytułowany "TAHTISILMA".
Na koniec nasz dobry znajomy GRZECH PIOTROWSKI, który niedawno wraz z gitarzystą EIVINDEM AARSETEM i perkusistą TERJE ISUNGSETEM opublikował wydawnictwo zatytułowane "HORIZON".
Etykiety:
American Cream Band,
Andrew Mackelve,
Eivind Aarset,
Grzech Piotrowski,
HATER,
Hot Heros,
Jordan Whitlock,
Les Imprimes,
Memory Spells,
Paul Bergmann,
Reqiun Chagrin,
Why Horses
wtorek, 24 lipca 2018
SHINYA FUKUMORI TRIO - "FOR 2 AKIS" (ECM ) "Osaka-Monachium-Pernes-les-Fontaines"
Dawno nie sprawdzaliśmy, co dzieje się w "jazzowej krainie łagodności". Inna sprawa, że artyści poruszający się w tej stylistyce nie rozpieszczali nas ostatnio intrygującymi krążkami. Kilka wydawnictw z tego nurtu wywołało u mnie atak ziewania, połączony z głośnymi westchnieniami, i mówieniem do samego siebie: "Cholera, już to gdzieś słyszałem. Ile można?!".
Album Shinaya Fukumori Trio - "For 2 Akis", który pojawił się wiosną tego roku, stanowi debiut japońskiego artysty. Shinaya Fukumori to 34-letni absolwent prestiżowej uczelni Boston's Berklee College. Zanim zdecydował się na perkusję, wcześniej próbował swoich sił na gitarze, skrzypcach i fortepianie. Waltera Langa japoński muzyk po raz pierwszy usłyszał w Osace. Gra niemieckiego pianisty zrobiła na nim spore wrażenie, dlatego postanowił zaprosić go do wspólnego przedsięwzięcia. Do składu sympatycznego trio dołączył 35-letni saksofonista Matthieu Bordenave. Francuski artysta studiował jazz, jego nauczycielami byli: Chris Potter, Louis Scalvis, Paolo Frescu, Jean-Marc Velta. Swoją edukację kontynuował w Monachium, gdzie otrzymał nagrodę dla najlepszego studenta zagranicznego. Później występował u boku Lee Konitza, czy choćby Floriana Webera, który był gościem tego bloga( TUTAJ ). W jego dorobku znajdziemy płyty z trio Le Cafe Bleu czy w kwartecie. Bordenave jest również wykładowcą w szkole muzycznej.
Najstarszy w omawianym przeze mnie trio jest 57-letni pianista Walter Lang, absolwent Berklee School of Music oraz School of Arts w Amsterdamie. W latach osiemdziesiątych dopełnił skład kwartetu Ricka Hollandera, z którym to nagrał pięć płyt. Na przełomie wieków założył własne trio, które często zmieniało skład. Był również pianistą w Trio ELF, obok basisty Petera Cudeka i perkusisty Gerwina Eisenhauera. Skoro nadarzyła się okazja proponuję wspólnie posłuchać, kto wie czy nie najlepszej, z pewnością mojej ulubionej kompozycji Tria Elf. Otwiera ona płytę "MusicBoxMusic" (Yellowbird Records 2016). Jak dla mnie - kameralna pianistyka z górnej półki, pełna subtelności, magicznego klimatu. Ilekroć wracam do tego utworu, później długo nie potrafię się od niego uwolnić. Szkoda, że tak wspaniałe kompozycje przepadają właściwie bez echa.
Album "For 2 Akis" otwiera i zamyka ta sama kompozycja - "Hoshi Meguri No Uta" autorstwa Kenji'ego Miyazawy. Nie trzeba zerkać do książeczki i sprawdzać autora, żeby wyczuć w niej orientalne przyprawy. Krótki, wpadający w ucho, motyw saksofonu uzupełniają tony fortepianu i muśnięcia perkusji. I właściwie cały album tria brzmi podobnie - lekko, zwiewnie, delikatnie, jak perkusjonalia pobudzane do życia przez Fukumori'ego, który jest twórcą większości kompozycji - dwie napisał Walter Lang, jedną Bordenave - i dla którego wzorem jazzowej perkusji jest legendarny Paul Motian. Album został nagrany w Studios La Buissonne, w Pernes-les-Fontaines na południu Francji.
Warto podkreślić w tym miejscu rolę pianisty, którego gra jest niczym pomost łączący subtelne dialogi saksofonu i perkusji. W tym układzie bezcenna okazała się być dojrzałość muzyczna Waltera Langa. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie kompozycje - "Ai San San" czy tytułowa "For 2 Akis", które wypełniają środek albumu. To własnie w tych momentach płyty mamy coś na kształt definicji, czy kwintesencji kameralnego jazzu. Cudowne, niespieszne, leniwe granie, pełne głębokich oddechów, subtelnych pauz, kolejne dźwięki trafione w punkt, a podawane od niechcenia, mimowolnie, jakby to melodia prowadziła muzyków, kierowała dłońmi pianisty, sterowała palcami Matthieu Bordenave. Wyobraźcie sobie coś tak delikatnego jak.. dotyk warg, muśnięcie, pocałunek i... przełóżcie to na język muzyki, a otrzymacie kompozycje ukrywające się pod indeksem 3 oraz 4. Tych dobrych utworów jest oczywiście znacznie więcej, bo i "The Light Suite", Spectacular", i "Mangetsu No Yube", mienią się pastelowymi barwami. W tego typu stylistyce liczy się przede wszystkim stworzenie i podtrzymanie odpowiedniej aury oraz melodia, jej poszczególne składniki, frazy, gustowne ornamenty wydobyte na jaw przez muzyków.
Na krajowym podwórku podobny nurt eksploruje Grzech Piotrowski, który organizuje również festiwal "Wschód Piękna" - jego czwarta odsłona ( tym razem nieco bardziej egzotyczna) rozpocznie się 27 lipca i potrwa przez cały najbliższy weekend. Album Shinya Fukumori Trio z pewnością powinien przypaść do gustu fanom tego artysty. "For 2 Akis" to długimi fragmentami - szkoda, że nie dłuższymi - bardzo wyrafinowane granie, którego jednak i mimo wszystko trzeba nauczyć się słuchać, a tym samym niejako uwrażliwić na taki rodzaj muzyki, co w czasach "łatwych dźwięków", "pozornej głębi", szybkich decyzji i ciągłego pośpiechu może stanowić nie lada wyzwanie.
Czego więc zabrakło autorowi tego wpisu do pełni szczęścia? Chciałbym, żeby niektóre kompozycje były jednak nieco bardziej przemyślane, rozbudowane, ale przede wszystkim, żeby było ich nieco mniej, a za to, żeby trwały trochę dłużej niż 4, czy 5 minut. Pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu tego albumu odczuwałem niedosyt. I kiedy po kilku tygodniach, przy okazji pisania owej recenzji, powróciłem do tej płyty, ponownie pojawiło się to osobliwe odczucie. A może taki był zamysł i ukryty cel, być może taka była swoista strategia sympatycznego tria. Tak sobie pomyślałem, że płyta "For 2 Akis" to całkiem niezły album nie tylko dla wyrobionych słuchaczy, ale także dla wszystkich tych, którzy do tej pory jeszcze nie obcowali z wydawnictwami sygnowanymi nazwą "ECM". Monachijska wytwórnia wydaje sporo płyt, jedne są mniej udane (pomińmy je stosownym milczeniem), inne bardziej, ale krążek "For 2 Akis" mogę spokojnie polecić na... dobry początek, długiej muzycznej przygody.
(nota 7.5-8/10)
Album Shinaya Fukumori Trio - "For 2 Akis", który pojawił się wiosną tego roku, stanowi debiut japońskiego artysty. Shinaya Fukumori to 34-letni absolwent prestiżowej uczelni Boston's Berklee College. Zanim zdecydował się na perkusję, wcześniej próbował swoich sił na gitarze, skrzypcach i fortepianie. Waltera Langa japoński muzyk po raz pierwszy usłyszał w Osace. Gra niemieckiego pianisty zrobiła na nim spore wrażenie, dlatego postanowił zaprosić go do wspólnego przedsięwzięcia. Do składu sympatycznego trio dołączył 35-letni saksofonista Matthieu Bordenave. Francuski artysta studiował jazz, jego nauczycielami byli: Chris Potter, Louis Scalvis, Paolo Frescu, Jean-Marc Velta. Swoją edukację kontynuował w Monachium, gdzie otrzymał nagrodę dla najlepszego studenta zagranicznego. Później występował u boku Lee Konitza, czy choćby Floriana Webera, który był gościem tego bloga( TUTAJ ). W jego dorobku znajdziemy płyty z trio Le Cafe Bleu czy w kwartecie. Bordenave jest również wykładowcą w szkole muzycznej.
Najstarszy w omawianym przeze mnie trio jest 57-letni pianista Walter Lang, absolwent Berklee School of Music oraz School of Arts w Amsterdamie. W latach osiemdziesiątych dopełnił skład kwartetu Ricka Hollandera, z którym to nagrał pięć płyt. Na przełomie wieków założył własne trio, które często zmieniało skład. Był również pianistą w Trio ELF, obok basisty Petera Cudeka i perkusisty Gerwina Eisenhauera. Skoro nadarzyła się okazja proponuję wspólnie posłuchać, kto wie czy nie najlepszej, z pewnością mojej ulubionej kompozycji Tria Elf. Otwiera ona płytę "MusicBoxMusic" (Yellowbird Records 2016). Jak dla mnie - kameralna pianistyka z górnej półki, pełna subtelności, magicznego klimatu. Ilekroć wracam do tego utworu, później długo nie potrafię się od niego uwolnić. Szkoda, że tak wspaniałe kompozycje przepadają właściwie bez echa.
Album "For 2 Akis" otwiera i zamyka ta sama kompozycja - "Hoshi Meguri No Uta" autorstwa Kenji'ego Miyazawy. Nie trzeba zerkać do książeczki i sprawdzać autora, żeby wyczuć w niej orientalne przyprawy. Krótki, wpadający w ucho, motyw saksofonu uzupełniają tony fortepianu i muśnięcia perkusji. I właściwie cały album tria brzmi podobnie - lekko, zwiewnie, delikatnie, jak perkusjonalia pobudzane do życia przez Fukumori'ego, który jest twórcą większości kompozycji - dwie napisał Walter Lang, jedną Bordenave - i dla którego wzorem jazzowej perkusji jest legendarny Paul Motian. Album został nagrany w Studios La Buissonne, w Pernes-les-Fontaines na południu Francji.
Warto podkreślić w tym miejscu rolę pianisty, którego gra jest niczym pomost łączący subtelne dialogi saksofonu i perkusji. W tym układzie bezcenna okazała się być dojrzałość muzyczna Waltera Langa. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie kompozycje - "Ai San San" czy tytułowa "For 2 Akis", które wypełniają środek albumu. To własnie w tych momentach płyty mamy coś na kształt definicji, czy kwintesencji kameralnego jazzu. Cudowne, niespieszne, leniwe granie, pełne głębokich oddechów, subtelnych pauz, kolejne dźwięki trafione w punkt, a podawane od niechcenia, mimowolnie, jakby to melodia prowadziła muzyków, kierowała dłońmi pianisty, sterowała palcami Matthieu Bordenave. Wyobraźcie sobie coś tak delikatnego jak.. dotyk warg, muśnięcie, pocałunek i... przełóżcie to na język muzyki, a otrzymacie kompozycje ukrywające się pod indeksem 3 oraz 4. Tych dobrych utworów jest oczywiście znacznie więcej, bo i "The Light Suite", Spectacular", i "Mangetsu No Yube", mienią się pastelowymi barwami. W tego typu stylistyce liczy się przede wszystkim stworzenie i podtrzymanie odpowiedniej aury oraz melodia, jej poszczególne składniki, frazy, gustowne ornamenty wydobyte na jaw przez muzyków.
Na krajowym podwórku podobny nurt eksploruje Grzech Piotrowski, który organizuje również festiwal "Wschód Piękna" - jego czwarta odsłona ( tym razem nieco bardziej egzotyczna) rozpocznie się 27 lipca i potrwa przez cały najbliższy weekend. Album Shinya Fukumori Trio z pewnością powinien przypaść do gustu fanom tego artysty. "For 2 Akis" to długimi fragmentami - szkoda, że nie dłuższymi - bardzo wyrafinowane granie, którego jednak i mimo wszystko trzeba nauczyć się słuchać, a tym samym niejako uwrażliwić na taki rodzaj muzyki, co w czasach "łatwych dźwięków", "pozornej głębi", szybkich decyzji i ciągłego pośpiechu może stanowić nie lada wyzwanie.
Czego więc zabrakło autorowi tego wpisu do pełni szczęścia? Chciałbym, żeby niektóre kompozycje były jednak nieco bardziej przemyślane, rozbudowane, ale przede wszystkim, żeby było ich nieco mniej, a za to, żeby trwały trochę dłużej niż 4, czy 5 minut. Pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu tego albumu odczuwałem niedosyt. I kiedy po kilku tygodniach, przy okazji pisania owej recenzji, powróciłem do tej płyty, ponownie pojawiło się to osobliwe odczucie. A może taki był zamysł i ukryty cel, być może taka była swoista strategia sympatycznego tria. Tak sobie pomyślałem, że płyta "For 2 Akis" to całkiem niezły album nie tylko dla wyrobionych słuchaczy, ale także dla wszystkich tych, którzy do tej pory jeszcze nie obcowali z wydawnictwami sygnowanymi nazwą "ECM". Monachijska wytwórnia wydaje sporo płyt, jedne są mniej udane (pomińmy je stosownym milczeniem), inne bardziej, ale krążek "For 2 Akis" mogę spokojnie polecić na... dobry początek, długiej muzycznej przygody.
(nota 7.5-8/10)
sobota, 22 lipca 2017
RAIN SULTANOV - "INSPIRED BY NATURE" (Ozella Music) "Wschód Piękna"
Zwykle to podwójna radość, kiedy odkrywaniu nowej płyty towarzyszy odkrycie wcześniej zupełnie nieznanego artysty. Tak właśnie było przy okazji albumu - "Inspired by nature", a owo odkrycie dotyczyło aż dwóch muzyków.
Pierwszy z nich to saksofonista, kompozytor, i twórca festiwalu jazzowego - Rain Sultanov - którego nazwiskiem sygnowany jest ten krążek. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej tego azerskiego artysty, który w swojej twórczości często odwołuje się do bogactwa kultury ojczystego regionu. Choć, kiedy tak teraz o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że musiałem natknąć się na to nazwisko, tylko po prostu tego nie zapamiętałem. Na oficjalnej stronie Sultanova możemy przeczytać, że ma już w dorobku dziewięć albumów. Jego debiut fonograficzny miał miejsce aż dwadzieścia lat temu. Sultanov wraz z bratem powołali do życia jazzową, jakżeby inaczej, formację SYNDICATE. Ich pierwszy album ujrzał światło dzienne w 1997 roku i nosił tytuł "Last moment". Stylistycznie w grze azerskiego saksofonisty można odnaleźć podobieństwa do Jana Garbarka, chociażby z okresu wydania takich płyt jak: "Twelve moons", czy "Rites".
Podczas odsłuchiwania "Inspired by nature" pomyślałem sobie, że Grzech Piotrowski mógłby serdecznie uściskać Sultanova, odnajdując w nim bratnią duszę, i podając lewą dłoń ("tę bliżej serca"). Dopiero później ze zdumieniem odkryłem, że Rain Sultanov gościł już w Polsce. W ubiegłym roku był gościem drugiej edycji festiwalu "Wschód piękna", który organizuje nie kto inny, jak... Grzech Piotrowski.
Drugi artysta, który skupił na sobie moją uwagę, przy okazji odsłuchiwania "Inspired by nature", to pianista Shahin Novrasli. Muzyk, kompozytor pochodzący z Baku, który w tym roku obchodził czterdzieste urodziny. Ten artysta w swojej twórczości również nawiązuje do azerskiej kultury. W bogatym CV ma występy u boku nieodżałowanego Kenny Wheelera. W jego pianistyce można odnaleźć inspiracje grą Keitha Jarretta, Brada Mehldau'a, czy Bobo Stensona. Widać, że ten bardzo uzdolniony muzyk wciąż wzbogaca swoją pianistykę, wciąż poszukuje indywidualnego stylu.
Poza wyżej wymienioną dwójką międzynarodowy skład grupy zasilili: Linnea Olsson (wiolonczela), Yashuito Mori (kontrabas), Yasef Eyvazov (Oud), Peter Nilsson i Irakli Koiava (bębny i perkusja). Rejestracji nagrania dokonano w legendarnym studio Rainbow Studio w Oslo, pod czujnym okiem i uchem Jana Erika Kongshauga.
"Inspired by nature" - to zgodnie z tytułem inspirowana malowniczymi azerskimi krajobrazami, fauną i florą, wyprawa pełna barw, refleksów światła oraz kojącego cienia. Warto podkreślić dobre zgranie formacji, oraz fakt, że owe, wspomniane już przeze mnie wyżej, wątki etniczne w żadnym momencie nie są dominujące. Zostały umiejętnie i subtelnie wplecione w muzyczną tkankę. W grze saksofonisty oraz pianisty - Shahina Novrasliego - można odnaleźć cały wachlarz umiejętności i odczuć. Kiedy trzeba Novrasli, i znakomicie partnerujący mu Sultanov, są liryczni, delikatni, potrafią grać ciszą, stworzyć sugestywny klimat. Innym razem, jak chociażby w kompozycjach: "The White Birds of Qizilagac" czy "Wild Wind of Zuvend", odkrywają przed słuchaczem nieco bardziej dynamiczną stronę. Długimi fragmentami najnowszy album Raina Sultanova to jazzowa kraina łagodności.
Zapowiedziany przez magiczne intro "On the Trail of Shirvan's Gazelles", to przepiękny temat i cudownie urokliwa kompozycja na saksofon, fortepian i wiolonczelę. Ach, ile razy jeszcze odtworzę ten utwór? Nie mam pojęcia, ale nie chcę, nie potrafię się od niego uwolnić. Jest w tych niespiesznie podawanych dźwiękach tyle szlachetnego smutku, trochę żałości, odrobina nostalgii, skandynawskiego saudade, choć w tym przypadku należałoby powiedzieć, wschodniego saudade. Jakże adekwatne wydaje się określenie "Wschód Piękna". Bo to nie tylko kraina geograficzna, ale coś, co rodzi się na naszych oczach i uszach. I to niezapomniane solo saksofonu, pełne barwnych ornamentów, refleksów światła. I ta partia fortepianu - Novrasli zaczął łagodnie, jakby dopiero szukał odpowiednich dźwięków, swojej frazy. Z czasem jego narracja nabrała kolorów i tempa, moje skojarzenia popłynęły wtedy w stronę takich mistrzów jazzowej pianistki, jak: John Taylor, czy Brad Mehldau. Duża klasa!
Na koniec warto również wspomnieć o wciąż mało znanym instrumencie, jakim jest Oud, który w odpowiednich rękach zawsze potrafi dodać egzotyki i kolorytu. Na albumie "Inpired by nature" dochodzi do głosu w kompozycjach "Wild Wind of Zuvend" i "The Breath of an Caspian Volcano".
Dzisiejszy wpis zacząłem od napomknięcie o podwójnej radości, ale ta radość, wynikająca z obcowania z najnowszym albumem Raina Sultanova, jest potrójna. Dzięki tej bardzo udanej płycie odkryłem również wcześniej nieznaną wytwórnię - Ozella Music - w której to katalogu z pewnością i wkrótce znajdę coś dla siebie, o czym od razu poinformuję szanownych czytelników na łamach tego bloga.
(nota 8/10)
Niestety, najlepszej kompozycji na płycie "On the trail of Shirvan's Gazelles" jest tylko fragment, ale całkiem nieźle oddaje on charakter utworu, jak i klimat całej płyty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





