Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Wyatt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Wyatt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2020

ORLANDO WEEKS - "A QUICKENING" (Play It Again Sam) "Dzień Ojca"

    "...ślady tego, kim byliśmy w dzieciństwie i jak przeszliśmy proces socjalizacji, trwają, nawet jeśli zmieniły się warunki naszego dorosłego życia, nawet jeśli pragniemy oddalić się od przeszłości"
          "Powrót do Reims" - Didier Eribon

   Pewnie niektórzy z Was całkiem dobrze pamiętają grupę The Maccabees - wprawdzie w naszym kraju  - "gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała..." - nie zdobyli oni większej popularności, ale w Wielkiej Brytanii ich płyty sprzedawały się niczym ciepłe bułeczki, a kolejne single okupowały listy przebojów (te niecenzurowane). Gdzieś na przełomie 2016/2017 roku członkowie tej formacji podzielili się z fanami druzgocąca nowiną, o zakończeniu działalności. Cóż poradzić, ponoć nic nie trwa wiecznie, z upływem czasu miara nieuporządkowania w zjawisku rośnie (entropia). Liderem i wokalistą tej formacji był nasz dzisiejszy bohater - Orlando Weeks. "Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że tak się stanie. Trudno nam było nagrać ten ostatni album; doszliśmy do kresu" - stwierdził w jednym z wywiadów. Orlando Weeks długo nie zastanawiał się, co ze sobą począć. Na jakiś czas przeniósł się z partnerką do Berlina, potem odwiedził Lizbonę, podróżował po Europie, żeby znów powrócić do Wielkiej Brytanii. W tak zwanym międzyczasie zdążył opublikować drugą w dorobku ilustrowaną książkę zatytułowana "Gritterman". Pierwszą nowelę graficzną pokazał światu w 2012 roku, nosiła tytuł "Young Colossus", i do niej również została dołączona płyta, zawierająca coś na kształt ścieżki dźwiękowej.

Przede wszystkim Orlando Weeks został niedawno ojcem. I to właśnie ten fakt sprawił, że artysta zupełnie inaczej spojrzał na otaczającą go rzeczywistość. Zainspirowany narodzinami syna postanowił podzielić się wrażeniami, przeżyciami, emocjami, jakie stały się jego udziałem, kiedy oczekiwał narodzin potomka. I o tym właśnie, w dużym skrócie, traktuje jego solowy debiut - "A Quickening". Warto podkreślić, że przebieg tej liryczno-muzycznej narracji jest odwrotny, niż sugerowałby tradycyjnie rozumiany w takim przypadku porządek. Utwór otwierający album "Milk Breath" wita nas widokiem niemowlęcia, a w kolejnych odsłonach cofniemy się do oczekiwania na poród, towarzyszenia matce dziecka w różnych prozaicznych czynnościach (kupowanie ubranek), aż do badań prenatalnych i potwierdzenia radosnej nowiny - "Dream". Troski, nadzieje, pragnienia i obawy ojca/rodzica - to pozostałe główne wątki, które rozwija narrator. I tak tytuł "St. Thomas" odnosi się do nazwy londyńskiego szpitala, gdzie wybranka Weeksa oczekiwała na poród. Z kolei fraza: "Safe, For The New Man", pochodzi od tytułu filmu dokumentalnego "The New Man" (autorstwa Baum i Appignanesi).

"Tworzyłem przy fortepianie, na drugim końcu mieszkania, starając się nie obudzić śpiącego dziecka" - wspominał Orlando Weeks.  Album "A Quickening" to również, nie tylko w warstwie metaforycznej, historia narodzin nowego artysty. Weeks zrywa bowiem z indie-rockową przeszłością, żeby odkryć dla siebie głębie wyrafinowanych tekstur, znaczenie ciszy i subtelne kreacje przestrzeni. W wywiadach podkreśla wagę bezcennych rad Nicka Nella (występuje jako Casually Here), który zmiksował i wyprodukował cały album.
W centrum wydarzeń poszczególnych kompozycji znajduje się delikatny głos Orlando Weeksa, przywołujący skojarzenia z Markiem Hollisem czy Bon Iver. Były lider The Maccabees w ubiegłym roku wystąpił na koncercie poświęconym pamięci wokalisty Talk Talk. Na pochwałę zasługują przede wszystkim smakowite aranżacje, których niuanse odkrywa się wraz z kolejnymi przesłuchaniami - usłyszymy w nich fortepian, elektronikę, ciekawe harmonie wokalne, ale również trąbki czy puzon, który autor intymnych pieśni zakupił całkiem niedawno na pchlim targu w Brighton.
Co ciekawe, w mojej pamięci najbardziej  zapisały się te nieco bardziej "dynamiczne" utwory, lub mówiąc precyzyjnie, te oparte na żywszym rytmie, jak chociażby znakomity "Safe In Sound", w którym usłyszałem dalekie, bo dalekie, ale jednak echa twórczości Roberta Wyatta (genialna kompozycja "Little Red Ridding Hood Hit The Road"), w przypadku Weeksa jest oczywiście zwiewnie i delikatnie, natomiast Wyatt położył nacisk na psychodeliczne tony. W cudownym "All The Things" odnajdziemy ślady myślenia o dźwięku w stylu zbliżonym do nieodżałowanej francuskiej formacji BED, z okresu "Spacebox", a w "Blame Or Love Or Nothing" brytyjski wokalista znalazł się najbliżej swojego mistrza Marka Hollisa. Trzeba uczciwie przyznać, że krążek "A Quickening" to bardzo udane nowe otwarcie.

(nota 7.5-8/10)





sobota, 14 maja 2016

RADIOHEAD - "A moon shaped pool" XL Recordings ("Forma wypełniona treścią")




                                                                                          (fot.internet)



Przyznam szczerze, że jakoś specjalnie nie czekałem na nowy album grupy Radiohead. Ostatnie dokonania brytyjskiego zespołu nie tyle, co rozczarowały mnie, ile mocno i zwyczajnie zmęczyły. Jeszcze kilka lat temu obcowanie z ich najnowszymi "produkcjami"(to bardzo w tym przypadku adekwatne określenie) przypominało zmaganie się z tym, co trudne (a w niektórych wypadkach niemalże bolesne). Nie było to doświadczenie, które przyniosłoby wymierne efekty na poziomie poznawczym, czy też na płaszczyźnie związanej z pogłębianiem swojej wrażliwości. Ostatnie kompozycje grupy Thoma Yorke'a w przeważającej większości były mdłe, rozmyte i ciężkie w odbiorze. Stanowiły doskonały przykład na to, co zwykle określa się zwrotem: "przerost formy nad treścią" (albo kolokwialnie rzecz ujmując "przeprodukowaniem"). Wyglądało to trochę tak, jakby zespół za wszelką cenę starał się wszystkim udowodnić, jaki to jest na wskroś nowoczesny, nowatorski, wyprzedzający dane mu miejsce oraz czas, w jaki to niezwykły sposób potrafi zapanować nad skomplikowaną materią dźwiękową. W efekcie końcowym tych formalnych popisów, słuchacz zamiast zestawu lepiej lub gorzej zaaranżowanych piosenek otrzymywał zapis brzmieniowych eksperymentów. W tamtym okresie prym wiodła elektronika we wszelkich jej możliwych odmianach - loopach, samplerach, pogłosach, zniekształceniach, zagęszczeniach struktur formalnych itd. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, po co Thomowi Yorkowi potrzebny zespół, skoro ich utwory brzmią tak, jakby nad całością sprawował pieczę nie muzyk rockowy, ale informatyk lub programista. Co ciekawe, i warte w tym miejscu szczególnego podkreślenia, zespół wciąż miał rzeszę wiernych fanów, których dodatkowo przybywało z roku na rok. To swoisty paradoks oraz fenomen godny socjologiczno-kulturowej analizy. Oto zespół, jakby na przekór wszystkim, brnie dalej w dźwiękowe eksperymenty, jak tylko może komplikuje materię brzmieniową utworów, a fanów wciąż przybywa. Zupełnie tak, jakby nastąpił zwrot, czy też przechył - co przecież przytrafia się wielu zespołom - w stronę bardziej komercyjnego(a tym samym przystępnego) grania. Miejmy nadzieje, że ten okres jest już za nimi.
    Ubiegły tydzień nieoczekiwanie - przynajmniej dla mnie - przyniósł nowy singiel grupy Radiohead zatytułowany "Burn the witch" oraz zapowiedź ukazania się nowej płyty. Przesłuchałem ten utwór raz i drugi, obejrzałem teledysk, bez wielkiego entuzjazmu. Nadal, po niemal tygodniu obcowania z albumem, uważam, że piosenka "Burn the witch" jest najsłabszym utworem na płycie(który dodatkowo album otwiera), a także wyjątkowo nietrafionym singlem, który ma promować nowe wydawnictwo. Jednak na tym kończą się złe informacje, ponieważ dalej, z każdym kolejnym fragmentem płyty "A moon shaped pool", jest już tylko lepiej. 
Do następnego utworu na płycie również powstał teledysk. Piosenka "Daydreaming" skupiona jest wokół nostalgicznej partii klawiszy. Charakterystyczny głos Thoma Yorke'a  buduje niepowtarzalny oniryczny klimat i przeprowadza słuchacza przez kobierzec subtelnych dźwięków. 





Spokojny nastrój zostaje utrzymany w "Decks dark", gdzie na scenie muzycznej królują partie klawiszy. Z czasem wyłania się miękki pulsujący bas oraz rytmiczne akordy gitary. "Desert Island Disk" otwiera akustyczna gitara, jak żywcem wyjęta z płyt, któregoś z czołowych przedstawicieli americany. To jej repetytywna fraza stanowi bazę całego utworu. Senną atmosferę budują dodatkowo plamy dźwięków, które tworzą barwne tło. "Ful stop" to najbardziej dynamiczny fragment płyty. Przywołuje skojarzenia z krautrockiem czy spacerockiem, lub dokonaniami zapomnianego już Regular Fries. Powtarzalne struktury dźwiękowe, żywy rytm (muzyczne perpetuum mobile) bez trudu wprowadzają słuchacza w hipnotyczny trans. "Ful stop" jest jak jazda samochodem przez mroczne i niebezpieczne dzielnice pogrążonego we śnie miasta. Nikt nie wie, co za chwilę może wyłonić się z ciemności. Rozmyte smugi świateł, szum wiatru, odbicie twarzy w lusterku...już za późno, żeby się zatrzymać... 
"Glass Eyes" - przynosi ukojenie. Subtelna i wyjątkowo poruszająca linia melodyczna od razu zapada w pamięć. Instrumenty smyczkowe przydają temu fragmentowi dodatkowej szlachetności, barwy, uroku. 
"Indetikit" i "The numbers" to aranżacyjny popis, odsłaniający ogromne możliwości zespołu. Zachwyca świadomość i konsekwencja w budowaniu nastroju, sceny muzycznej oraz rozmaitych planów brzmieniowych. To również doskonały pokaz tego, na czym polega praca w studiu nagraniowym.  "The numbers" przywołuje dodatkowo ducha lat 70-tych. Na samym początku mamy coś na kształt niewinnego i pewnie zupełnie niezamierzonego cytatu z twórczości Roberta Wyatta. W finale utworu pojawiają się instrumenty smyczkowe, które toczą barwny dialog z fortepianem. Ta piosenka doskonale sprawdziłaby się jako fragment ścieżki dźwiękowej do serialu "Vinyl"(tak lekko, tak swobodnie, jak w "The numbers" Radiohead nie grali od lat).  "Present tens" - obok "The numbers" , i póki co, mój ulubiony utwór na płycie, to kolejne aranżacyjne cudeńko. Łagodny kołyszący puls, niespieszne takty nakreślone przez gitarę akustyczną, pogłosy, zapętlony vocal Thoma Yorke'a, a na deser - anielski chór odsłaniający fragment muzycznego nieba. Ten utwór to wzorzec tego, jak może brzmieć wyrafinowany pop, avant-pop przyszłości.W moim wymarzonym świecie tak właśnie wyglądałyby "popowe piosenki". Całość albumu "A moon shaped pool" wieńczą: "Tinker tailor" i "True love waits". Dwa ostatnie oddechy, dwa ostatnie westchnienia przed zapadnięciem w błogi sen. 
Co jest szczególnie warte podkreślenia, to brzmienie najnowszej płyty Radiohead. Nawet w najbardziej dynamicznych momentach albumu(może oprócz mocno "nabitego", i jakby nad wyraz zagęszczonego w średnich rejestrach "Burn the witch") poszczególne kompozycje nic nie tracą ze swojej subtelnej miękkości, czystości, gładkości, wyrazistości (jakby na przekór panującej tendencji do sztucznego podbijania dynamiki, mam tu na myśli nie brzmienie "fizycznego krążka", ale aspekty technicznej realizacji). Niezależnie od gustów muzycznych czy preferencji gatunkowych, to naprawdę wyjątkowa przyjemność móc obcować z tak nagraną płytą.
Radiohead to wciąż kreatywny zespół, a nie tylko grupa odcinająca kupony od swojej bogatej 30-letniej przeszłości. Jednak w odróżnieniu od wielu wcześniejszych produkcji na ostatnim albumie owa kreacja nie była celem samym w sobie. W przypadku "A moon shaped pool" wyraźna, czytelna i wyrafinowana długimi fragmentami forma została po brzegi wypełniona treścią. Zdaje się, że muzycy znów znaleźli złoty środek pomiędzy dążeniem do szukania nowych estetycznych rozwiązań, a zwykłą radością wynikająca ze wspólnego grania.





sobota, 9 stycznia 2016

BED - "SPACEBOX" Ici D'Ailleurs







Bed to belgijsko – francuski projekt muzyczny powołany do życia w 1995 roku przez kompozytora i aranżera Benoita Burello. Na gitarze zwykle towarzyszy mu Olivier Mellano. Pozostali członkowie zespołu, to perkusista Jean Michel Pires oraz basista Vincent Fernand (pojawią się również Colin Ozanne  grający na klarnecie basowymi i Daniel Paboeuf – saksofon oraz klarnet). Początki, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, uwiecznione zostały na taśmach. Bardzo chciałbym usłyszeć te pierwsze muzyczne dokonania zespołu, ich nieśmiałe próby. Chciałbym poznać, jak kształtowało się to wyjątkowo brzmienie zespołu BED. Ile z tych pierwszych dźwiękowych elementów przetrwało do dziś, a z ilu, w ramach kolejnych prób, analiz koncepcji estetycznych, długich rozmów, postanowiono zrezygnować.
Kwiecień roku 2001 przynosi znakomity debiutancki album „ The Newton plum”. Na gitarze pojawił się tu Yann Louineau, dodatkowo współautor lirycznych, poetyckich tekstów. Niemal od pierwszych chwil tej wyjątkowej płyty wyrobiony muzycznie słuchacz bez trudu rozpozna, z czym ma do czynienia. Z jakiej rodziny muzycznej wywodzi się zespół BED lub też, do czego aspirował dokonując rejestracji pierwszych prób w ciasnej sali lub już w studiu „The  Cabin” w Bordeaux czy w studiu „Electric city” w Brukseli. Zespoł BED to niemal w prostej linii spadkobiercy sposobu myślenia o dźwięku, który zapoczątkował szczególnie na swojej ostatnie płycie zespół Talk Talk. Nie bez powodu Benoit Burello przez niektórych krytyków muzycznych – tych nielicznych, którzy mieli to szczęście zapoznać się z twórczością zespołu – bywa nazywany: „francuskim Markiem Hollisem” lub „francuskim Robertem Wyattem”.
W takim sposobie grania, jak i również w procesie rejestracji materiału dźwiękowego, szczególną wagę przywiązuje się do ciszy, długości trwania „tonów”, swobody ich wybrzmiewania. Uwagę słuchacza przykuwa subtelność brzmienia, jego delikatność, wyrafinowanie, jeśli chodzi o sposób użycia i zastosowania poszczególnych instrumentów. Gitara, bas, klarnet, saksofon, fortepian w kluczowych momentach nie grają melodii rozumianej tradycyjnie jako skończona całość. Skupiają się raczej na poszczególnych tonach, długości ich trwania. W takim podejściu wagę zyskuje to, co pojawia się między dźwiękami. Powtarzalność struktur dźwiękowych i budowanie przestrzeni stało się tutaj niejako znakiem rozpoznawczym.
Jak nazwać ów gatunek muzyczny? Jakim mianem określić ramy, w które wpisuje się twórczość zespołu BED?. Spotkałem się z różnymi określeniami. „Dream-jazz”, „intymny pop”, chyba najlepiej ujmują to, co mimo wszystko wymyka się jednoznacznej definicji. W muzyce belgijskiego zespołu słychać i jazzowe harmonie, jak i wyrafinowaną popową melodykę. Odnaleźć można także podobieństwo do takich zespołów jak Bark Psychosis czy O.Rang.











Album „Spacebox” wydany został w 2002 roku przez wytwórnię Ici d'ailleurs. Płytę otwiera utwór „The Gap”. Zaczyna się on od dźwięków gitary, którym towarzyszą delikatne szarpnięcia basu i miarowe oddechy zestawu perkusyjnego muskanego szczotkami. W 2min. 40sek. utworu następuje krótkie rozwinięcie głównego tematu. Jednak – w ramach obwiązujących tutaj reguł – poszczególne instrumenty nie tworzą tradycyjnie rozumianych linii melodycznych. Raczej nanizane są niczym barwne koraliki na oś czasu. Pojawia się również kilka tonów klarnetu i saksofonu, kilka akcentów gitary. Mamy coś na kształt nieśmiałych szeptów, dyskretnych wtrąceń wydobytych na powierzchnie. Coś jakby chwilowe wynurzenie się z tej osobliwej dźwiękowej toni. Zaczerpnięcie oddechu, mrugnięcie powiekami, rozchylenie warg. Świadectwo własnej obecności. Dodatkowe odcienie barw, które ani nie wpisują się w tło, ani też nie stanowią podstawowych motywów. Są gdzieś pomiędzy, na pograniczu światów (głównej linii melodycznej).
Właśnie ten sposób grania zapoczątkował wcześniej, wyżej przeze mnie wymieniany, zespół Talk Talk. Ślady takiego myślenia słychać również całkiem wyraźnie w niektórych utworach Cassandry Wilson, chociażby na takich płytach jak „New moon daughter” czy „Closer to you”. Całość palety dźwiękowej utworu „the gap”, dopełnia charakterystyczny głos Benoita Burello. Rozpoznawalny i rzeczywiście odrobinę podobny do tonu Roberta Wyatta. Głos Burello utrzymany raczej w górnych rejestrach, delikatny – jak i cała muzyka Bed – stanowi doskonałe uzupełnienie brzmienia zespołu.
Utwór ukrywający się pod indeksem 5 - „Polder one”(ukazał się również na promocyjnym singlu), mógłby zostać ich największym przebojem(gdyby tylko rozgłośnie radiowe chciały go odtwarzać tak często – i z taką konsekwencją – jak często serwują nam durne i banalne, szmirowate piosenki "popowych artystów” ; a przecież szmira jest niczym więcej jak tylko odmianą kiczu). „Polder one” rozpoczyna się od kilku dźwięków basu. Gitara Oliviera Mellano powtarza określoną sekwencję dźwięków, które stanowią  główny temat utworu. Całość napędza żywy rytm perkusji, który od razu przykuwa uwagę słuchacza. Repetycja, minimalizm, ciąg zapętlonych tonów oraz głos powielony dodatkowo przy pomocy echa.
Dwa najpiękniejsze utwory na płycie „Spacebox”, to jednocześnie dwa ostatnie jej fragmenty. „The silent bees” oraz „the wood bunch”. W „The silent bees” głos Burello znajduje się tym razem znacznie bliżej mikrofonu. Słuchacz odnosi wrażenie, że rozchylające się wargi wokalisty niemal ocierają się o stojący przed nim mikrofon. To trochę tak jakby Benoit Burello sugerował nam, żebyśmy również podeszli nieco bliżej, zamknęli oczy(co zresztą pojawia się w tekście) i w ten sposób zyskali intymny kontakt (nie bez powodu ucho stanowi główny element okładki). Znów powielona przy pomocy pętli sekwencja dźwięków gitary pełni rolę malowniczego tła. Dla uzyskania kontrastu i położenia dodatkowego akcentu pojawiają się również tutaj dźwięki instrumentów dętych. Moment kulminacyjny utworu podkreśla brzmienie saksofonu wzbogacone plamami tonów uzyskanych przy pomocy klawiszy.
BED to z pewnością zespół godny uwagi oraz największych pochwał. Warto zapoznać się z dwoma doskonałymi płytami - „ The Newton plum”, „Spacebox”. Trzeci w dorobku grupy album - „New lines” - nie był już, moim zdaniem, tak udany. Stanowił on z perspektywy czasu chyba niepotrzebny zwrot w stronę szeroko pojętego alt-popu. Kompozycje zawarte na tej płycie nie były już tak wyrafinowane. Brzmienie wyraźnie straciło na głębi i jakości.
Rok 2015 przyniósł dobre wieści dla fanów zespołu BED. Oto Benoit Burello postanowił reaktywować zespół. Miejmy nadzieję, że prace nad nową płyta już dobiegają końca.