Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurent Bardainne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurent Bardainne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 marca 2024

LAURENT BARDAINNE & TIGRE D'EAU DOUCE - "EDEN BEACH CLUB" (Heavenly Sweetness Rec.) "Francuski łącznik"

 

   Pewnie każdy z nas posiada jakieś mniej lub bardziej trafne skojarzenia z terminem "piosenka francuska". Kiedy słyszymy ów zwrot, raczej do głowy przychodzą nam dawne czasy, głównie przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, oraz takie nazwiska jak: Edith Piaf, Serge Gainsbourg, ogłoszony niegdyś "królem francuskiego popu", Joe Dassin, Charles Aznavour, lub odrobinę mniej oddalone w czasie Vanesssa Paradis, Alizee itd. Gdyby zapytać o nieco bardziej współczesnych artystów z kręgu języka znakomitej Annie Ernaux , mogą pojawić się spore problemy. Samo określenie "Chanson Francaise" odnosi się raczej do kompozycji, w której podstawową rolę odgrywa poetycki tekst. Co ciekawe, podobną opinię reprezentuje nasz dzisiejszy główny bohater - od urodzenia, (niemal pół wieku temu), z dziada pradziada mieszkaniec terenów rozciągniętych w pobliżu Sekwany i Loary - który nie ma najlepszego zdania o francuskiej scenie pop. "Pochodzę z kraju, w którym nie ma dobrej muzyki - oświadczył całkiem szczerze, w jednym z wywiadów, siedząc na przeciwko brytyjskiego, co warto podkreślić, dziennikarza. - W piosenkach francuskich ważny jest tylko tekst, a ja tak naprawdę nie słucham francuskich piosenek". Może również z tego powodu, na każdym wydawnictwie sygnowanym nazwą Laurent Bardainne & Tigre D'Eau Douce, regularnie i przewrotnie zamieszcza kilka kompozycji z linią wokalną oraz tekstem.



Laurent Bardainne początkowo zamierzał zostać łyżwiarzem, tak sobie upodobał kreślenie fantazyjnych esów-floresów na gładkiej tafli lodu. Później wybrał saksofon, głównie dlatego, że chciał zrobić dobre wrażenie na kilku pięknych paniach. Oprócz tego gra również na fortepianie, czyta nuty, i w miarę sprawnie jej zapisuje na pięciolinii, tworząc intrygujące kompozycje rozciągnięte na pograniczu popu, jazzu, czy indie-rocka. Wpadająca w ucho melodia, dobry i warty rozbudowania temat, zawsze stanowią ważny element jego artystycznych poczynań. 

Francuska publiczność usłyszała i ciepło przyjęła postać oraz nazwisko Bardainne w 2006 roku, kiedy ukazał się debiutancki album grupy Poni Hoax. W 2017 roku za krążek "Lost", z wokalistką Camelią Jordan, zdobył cenną nagrodę francuskiego przemysłu fonograficznego. Jako absolwent Konserwatorium Paryskiego był wziętym muzykiem sesyjnym, współtworzył trio Limousine, grał u boku Tony Allena, Pharrella Williamsa czy Davida Murraya, dopełnił składu Thomas De Pourquery And Supersonic, ich ostatni album recenzowałem na łamach tego bloga (wczoraj ukazała się solowa płyta lidera tej formacji).



 

Opublikowana także wczoraj płyta "Eden Beach Club" to trzecie wydawnictwo w dorobku grupy, która powstała w 2018 roku. Jej zawartość muzyczna, jak to zwykle bywa w przypadku saksofonisty oraz jego kwartetu, stanowi ciekawe połączenie różnych gatunków. W kompozycjach o charakterze instrumentalnym zgrabny temat zwykle intonuje lider kwartetu, wokół którego zostają rozbudowane pozostałe warstwy. Próżno w nich szukać zapierających dech w piersi solowych popisów, czy niezwykłych uniesień, jest za to francuski wdzięk i solidne rzemiosło. Przede wszystkim zwracają na siebie uwagę barwne filmowe motywy, podane lekko i ze smakiem, nawiązujące przy okazji i od czasu do czasu do przeszłości. "Od samego początku byłem vintage. Wykorzystuję coś starego, żeby zrobić cos nowego" - oświadczył Bardainne. 

Najbardziej wyróżniającym się fragmentem jest z pewnością "La Marche Des Animaux", który właściwie mógłby zamykać to udane wydawnictwo. Świetnie rozpisany, jeszcze lepiej zagrany, z urokliwą orkiestracją, pokazuje możliwości francuskiego saksofonisty oraz jego kwartetu. Nie tylko przy tej okazji mogą pojawić się skojarzenia z płytami  grupy The Blue States. Równie dobrze brzmi "Gobules Rouges", gdzie głosu użyczyła Pupajim, czy "Meilleur", z mało znaną wokalistką w roli głównej  Jeanne Added, w pozostałych kompozycjach tam i tu w chórkach pojawia się - Laetita N'Diaye. Słuchając urokliwej odsłony zatytułowanej "Welcome", przypomniały mi się lekkie frazy Yuri Honinga, z początkowego okresu działalności. Album "Eden Beach Club" wyprodukował Romain Clisson, znany ze współpracy z recenzowaną przeze mnie grupą This Is The Kit. Dobra płyta na ciepły, miejmy nadzieję, wiosenny czas. Kto wie, może dość krytyczny w stosunku do rodzimej produkcji Laurent Bardainne, tuż po wydaniu najnowszego albumu, zacznie słuchać nieco więcej płyt francuskich artystów. 

(nota 7.5/10)

 


Skoro padło wcześniej nazwisko Thomasa De Pourquery, to powinien zabrzmieć singiel z jego nowej płyty "Let The Monster Fall", która ukazała się wczoraj.



 Pozostaniemy we Francji, turniej na kortach w Monte Carlo (117 edycja!) od 6 kwietnia. Kilka dni temu Oan Kim zaprezentował video promujące jego ostatnią recenzowaną przeze mnie płytę "Rebirth Of Innocence". Lepiej późno niż wcale.



 Grupa Efterklang przypomniała o sobie nowym singlem, gdzie gościnnie wystąpił Zach Condon, lider grupy Beirut.



 Zajrzymy na chwilę do Manchesteru, gitarzysta i wokalista Ryan Kennedy oraz jego grupa Horsebeach, i fragment z ich płyty "Things To Keep Alice". 



Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, miasto z muzycznymi tradycjami - Bristol, i grupa Dreamwave prezentująca nowy singiel.



Tessa Murray i Greg Hughes, czyli grupa Still Corners, oraz fragment z ich nowej płyty zatytułowanej "Dream Talk", której premiera będzie miała miejsce 5 kwietnia.



I po raz kolejny Francja, miasto Nantes, grupa My Name Is Nobody, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album "Bonjour Cheval". Wybrałem z niego początkowy fragment.




Miasto Nowy York, dzielnica Brooklyn, i zespół DIIV, którego jeden, najlepszy album, posiadam nadal w swojej kolekcji. Czy będę miał następny, trudno powiedzieć, póki co, jest nowy singiel grupy.



Nagranie tygodnia należy do kanadyjskiej grupy Big Brave, która 19 kwietnia opublikuje najnowsze wydawnictwo "A Chaos Of Flowers"; wygląda na to, że może być bardzo mroczne.



Nasza dobra znajoma, urodzona na Islandii, mieszkająca w Szwecji, śliczna Anna Greta, przywitała wiosenny czas nowym wydawnictwem zatytułowanym "Star of Spring". Oto mój ulubiony fragment.


Rzadko pojawia się grupa jazzowa z Los Angeles, 3 maja formacja Sun Atlas opublikuje nowy album zatytułowany "Return To The Spirit". Co ciekawe, pomoże im w tym oficyna Macambo Records, mająca siedzibę w Hamburgu.







sobota, 2 marca 2024

AMATORSKI - "CURVES AND BENDS, THINGS VEER" (Carmmed Disc) "Polskie inspiracje"

 

     Inspiracji można dziś poszukiwać wszędzie, szczególnie, kiedy nowoczesna technologia pomaga nam szybko i bezboleśnie przekraczać kolejne granice, zarówno te fizyczne, jak i te zamknięte w ramach nieubłaganie upływającego czasu. Nasi krajowi artyści od dawna i chętnie, niekiedy zbyt często, spoglądają na to, co dzieje się w muzyce brytyjskiej czy amerykańskiej, rzadziej francuskiej lub skandynawskiej. W literaturze modny ostatnio stał się temat rustykalny, przy okazji nieco mitologizowany -"Wsi spokojna, wsi wesoła!" -  rozwijany w ramach swoistego powrotu do korzeni na poziomie reportażu, esejów czy kreacji nieco bardziej fabularnych (nad skromnymi ontologiami łatwiej zapanować, zwłaszcza, jeśli te wpisują się w ramy klasycznych wartości). Niegdyś popularna była Azja, bardziej Japonia niż wciąż odlegle i tajemnicze Chiny, choć raczej nie w muzyce, tylko w szeroko pojętej sztuce, sporadycznie również w postaci dość wybiórczo jednak potraktowanej twórczości literackiej. Wciąż odkrywana bywa Afryka oraz Ameryka Południowa, głównie za sprawą nietypowych dla nas Europejczyków podziałów rytmicznych, znacznie rzadziej jako egzotyczna melodyka. A co z naszym krajowym kulturowym podwórkiem? Czy bywa ono inspiracją dla zachodnich artystów? 

Jeśli tak, to z pewnością nie są to, i prawdopodobnie nigdy nie będą, piosenkarze, ani tym bardziej nasze wdzięczące się nie tylko do mikrofonu wokalistki, bo o tych w Londynie, Paryżu, czy Nowym Jorku (nawet tym alternatywnym) nikt nie mówi. Chyba, że napomkniemy o muzykach jazzowych, którzy systematycznie przewijają się przez różne międzynarodowe składy lub kolaboracje i od dawna są światową marką. Dlatego warto wspomnieć, że jest pewien belgijski zespół, który upodobał sobie twórczość Krzysztofa Kieślowskiego do tego stopnia, że swoją nazwę "Amatorski" zaczerpnął od tytułu jednego z jego wczesnych filmów "Amator".



Cudze chwalicie, swego nie znacie. To prawda. Ciekawe, że jeśli wymienia się nasz piękny kraj - "gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała" - oraz naszą kulturę, jako źródło inspiracji, to zwykle w tym kontekście amerykański lub europejski artysta nadal chętnie powołuje się na twórczość Krzysztofa Kieślowskiego (zmarł w 1996 roku). Warto dodać, że członkowie dawnego składu grupy Amatorski - gdyż ten uległ zmianie - przede wszystkim zaś gitarzysta, zachwalali także polską literaturę, chociaż żadne konkretne nazwiska nie padły. 

Padnie za to nazwisko Inny Eysermans, która wraz z grupką znajomych poznanych w konserwatorium muzycznym w Gandawie, w 2008 roku założyła zespół Amatorski. Nie jest to formacja, która jakoś szczególnie rozpieszczałaby swoich nielicznych fanów i zasypywała ich stosem kolejnych wydawnictw płytowych. Tych długogrających w dyskografii znajdziemy trzy - debiutancka "TBC" (2012), "From Clay To Figures" (2014), oraz wydany wczoraj, po dziesięciu latach przerwy "Curves And Bends, Things Veer". 

Od samego początku belgijska grupa miała swój rozpoznawalny styl, który łączył w sobie oniryczną atmosferę, miękką elektronikę oraz brzmienie post-rockowych gitar. Tego ostatniego elementu próżno szukać na wydanym w dniu wczorajszym albumie. Może dlatego, że zmienił się skład formacji, kilka osób odeszło, ktoś inny zajął wolne miejsce. A może z tego powodu, że taka była wizja artystyczna wokalistki i autorki teksów, tym razem inspirowanych twórczością Ursuli K. Le Guin. Belgijska formacja popularność - zwłaszcza w ojczyźnie - zyskała głównie dzięki serialowi "The Missing" (bardzo udany), gdzie w czołówce wykorzystano ich kompozycje "Come Home"; później ten sam utwór pojawił się w reklamie lokalnej wody. Ten charakterystyczny nastrój obecny w tej piosence, przewija się przez wiele odsłon ich płyt czy singli, czasem bywa odrobinę mroczniej, innym razem kompozycje rozświetli mgliste oniryczne światło albo samotny melancholijny ton. Z braku lepszych pomysłów wielu krytyków ich twórczość porównywało do pieśni Sigur Ros czy Portishead.



Przy okazji płyty "Curves And Bends, Thingd Veer", warto nadmienić, że tym razem postawiono na miks monofoniczny (wyjątek stanowią dwa utwory), którego dokonał Yves De Mey. W ten poniekąd symboliczny sposób nieco bardziej mogliśmy wejść w intymny świat wokalistki Inny Eysermans, która jest częściowo głucha. Myślę, że ten album - mimo sporego udziału zaproszonych gości (gitara, wibrafon, obój, perkusja, nagrania terenowe) jest jej najbardziej autorskim dziełem. Kruche, delikatne, niespieszne i nieco rozmyte, kobiece kompozycje przy pobieżnym potraktowaniu łatwo pominąć. Szczególnie, że na płycie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, czy to na poziomie aranżacji czy wykonania. Warto jednak pamiętać, że muzyka belgijskiej grupy nigdy nie krzyczała jaskrawością formy lub przekazu. Była za to dyskretna, wycofana, raczej i zdecydowanie częściej zachęcała, żeby odrobinę zwolnić, na moment choć przystanąć i łagodnie zatopić się w tym przyjemnym nurcie. Najnowszy album nie zwiera również "przebojów", na miarę tego, którym otworzyłem dzisiejsze wydanie bloga, albo tych, które potem lepiej lub gorzej wykorzystano w filmach i reklamach. W trakcie słuchania "Come To Dust" może przypomnieć się grupa Broadcast, w innych momentach, jak w "Welcome", mogą pojawić się skojarzenia z piosenkami duetu Beach House. W tych migotliwych odsłonach, niczym w drobinach pyłu unoszącego się w powietrzu, odbija się także oblicze wokalistki. Zgrabna, ciepła, wiosenna i bardzo krótka płyta, której charakter mocno odzwierciedla sugestywna okładka.

(nota 7/10)

 


Równie sugestywna okładka znajduje się na singlu grupy March Mallow, który ukazał się kilka dni temu. Francuska formacja także nie rozpieszcza fanów ilością wydawanych płyt. Dlatego warto cieszyć się z takiego skromnego upominku.



Pozostaniemy we Francji. Całkiem niedawno prezentowałem singiel z płyty Laurenta Bardainne - "Eden Beach Club", która ukaże się 29 marca. Oto kolejny z gościnnym udziałem wokalistki Jeanne Added.



Rui Gabriel to artysta pochodzący z Wenezueli, który znalazł dla siebie przystań w Nowym Orleanie, i wraz z grupą przyjaciół stworzył zespół sygnowany własnym imieniem oraz nazwiskiem. Oto jeszcze ciepły singiel tej formacji.



Rzadko prezentuję polskie utwory, z różnych powodów, o których już kiedyś wspominałem, ale skoro dziś temat "Polskie inspiracje", a kilka dni temu ukazała się nowa płyta Tomasza Makowieckiego, to muszę zrobić wyjątek. Moja ulubiona piosenka z tego wydawnictwa, taki nasz Krgovic, Shabason i Harris, w jednym. Ślicznie.



Przyszła kolej na brytyjskiego muzyka - Daniela Landa, który jakiś czas temu opublikował album zatytułowany "Out Of Season". Oto mój ulubiony fragment.



Z Minneapolis pochodzi formacja Prize Horse, która kilka dni temu opublikowała nowy album zatytułowany "Under Sound".



Dziś sporo miękkich brzmień, oto kolejny przykład. Grupa Plum pochodzi z Los Angeles, i kilka dni temu wydała nowy singiel.



Kompozycja tygodnia należy do Cornelii Nilsson, szwedzkiej perkusistki, która kilka dni temu wydała płytę zatytułowaną "Where Do You Go?", na basie zagrał duński muzyk Daniel Frank, a na fortepianie Aaron Parks. Oto mój ulubiony fragment. Przypomniała się płyta Davida Chesky'ego.



Ukazała się również kolejna reedycja klasycznego dziś dzieła niezapomnianych  twórców - Juliana Cannonball Adderleya oraz Bill Evansa - "Know What I  Mean", pierwszy raz wydanego w 1962 roku.




środa, 22 września 2021

THOMAS DE POURQUERY & SUPERSONIC - "BACK TO THE MOON" (Lying Lions Productions) "Księżycowy pył z dzielnicy Saint-Denis"

 

    Muzyka znad Sekwany dociera do nas bardzo rzadko, w szczególności zaś ta, w której charakterze znajdziemy wątki improwizowane. Może to drobinę dziwić, zważywszy na fakt, jak wiele renomowanych festiwali jazzowych lub sesji koncertowych, co roku odbywa się na terytorium Francji. Francuzi znani są z tego, że akcentują, bronią, a także dbają o przestrzeń i tożsamość własnej kultury, którą wspierają nie tylko telewizje czy rozgłośnie radiowe, ale również poważni sponsorzy. Patronat nad rozwojem kariery dzisiejszego bohatera - Thomasa De Pourquery - objął francuski bank (BNP Paribas). Wydaje się, że nie jest to tylko kwestia związana z popularnością języka. W przypadku płyty "Back To The Moon" mamy angielskie tytuły, a wszystkie teksty zostały zaśpiewane również w języku Juliana Barnesa. Wychodzi na to, że Amerykanie i Brytyjczycy wciąż kontrolują rynek muzyczny (także ten związany z wydawnictwami alternatywnymi), choć oczywiście już nie tak jak przed laty. Stąd też nazwy grup z Londynu, Manchesteru czy Leeds przewijają się w prasie muzycznej znacznie częściej, niż szyldy artystów pochodzących z Paryża, Nancy czy Bordeaux.

Thomas De Pourquery to, na przekór brytyjskim recenzentom, artysta pełną gębą - muzyk, autor kompozycji, wokalista, ale również w ostatnim czasie aktor. Urodził się w miejscowości Bondy dnia 7.07.1977 roku. Nic więc dziwnego, że francuski saksofonista wierzy w magię liczb. Na alcie zaczął grać w wieku czternastu lat. Ponoć ojciec w dzieciństwie wypowiedział do niego takie oto pamiętne zdanie: "Jeśli chcesz polecieć na księżyc, wybierz te najbardziej odległe galaktyki". Potem była nauka w Narodowym Konserwatorium w Paryżu, gra w Narodowej Orkiestrze Jazzowej, fascynacja dokonaniami grupy Sun Ra Arkestra i poszukiwanie własnej muzycznej drogi. Nazwę dla swojego sekstetu - Supersonic -  zaczerpnął właśnie od jednej z ulubionych płyt Sun Ra - "Super-Sonic Jazz", zarejestrowanej w 1956 roku, w RCA Studios, w Chicago, dla wytwórni Saturn Records. Zanim De Pourquery powołał do życia grupę Supersonic, nagrywał z Magnetic Ensemble, wraz z Maximem Delpierre tworzył piosenki w duecie VKNG, współpracował z Red Star Orchestra (płyta "Broadways"), z Fredem Pallem, a także znaną, chociażby z wpisów na tym blogu, grupą Francoise And The Atlas Mountains, czy zespołem Metronomy. Laurenta Bardainne (saksofon tenorowy) poznał w  Studio Des Islettes, a krótko po tym epizodzie panowie złożyli punkowy zespół Rigolusi. Nic więc dziwnego, że kiedy Thomas De Pourquery postanowił zestawić upragniony skład, jako pierwszego do zacnego grona zaprosił właśnie Laurenta Baradainne. Resztę sekstetu Supersonic uzupełnili muzycy sesyjni: Fabrice Martinez (trąbka, instrumenty perkusyjne), Arnaud Roulin (fortepian, syntezatory, elektronika), Frederick Galiay - bas, i Eduard Perraud - bębny. Debiutancki krążek zatytułowany "Supersonic Play Sun Ra" (Quark Records 2014), odniósł we Francji spory sukces. W zamierzeniach Supersonic miał być jednorazowym projektem. Jednak lider sekstetu tuż po trasie koncertowej miał proroczy - jak później  się okazało - sen. Był to jeden z nielicznych muzycznych snów, jak podkreśla Thomas De Pourquery, w którym to, pod zamkniętymi powiekami, nie tylko ujrzał swoich kolegów z zespołu, ale również usłyszał, jak grają. Idąc za podszeptem intuicji, postanowił kontynuować działalność sekstetu, czego owocem był kolejny album "Sons Of Love". W międzyczasie Thomas zdążył otrzymać prestiżowe wyróżnienia, został artystą roku w kategorii "Jazz".



W tym roku zespół Supersonic obchodzi 10-lecie, i w związku z tym, po czterech latach przerwy wydawniczej postanowił obdarować fanów nowym albumem zatytułowanym "Back To The Moon". Myślę, że nie ma większego sensu porównywać, choćby i fragmentów najnowszych kompozycji, do twórczości Sun Ra, czy Charlesa Mingusa, do czego zdaje się, przyzwyczaili się niektórzy recenzenci, mając w pamięci debiut francuskiego sekstetu. Nie tędy droga. Fascynacje czy granie nawet udanych coverów, to jedno, a funkcjonowanie w oparciu o własne wypracowane i rozpoznawalne brzmienie, to drugie. Na upartego można doszukać się wielu podobieństw na różnych poziomach. Dajmy na to, że tony trąbki, w dłoniach Fabrice Martineza rozpięte są pomiędzy oniryzmem Kenny Wheelera, a energią Christiana Scotta, itd. Stylistycznie trzeci w dorobku krążek finezyjnie flirtuje z wieloma różnymi gatunkami: pop, jazz, rock, fussion, muzyka brazylijska itp. "Mieszam gatunki, ponieważ taki jestem" - oświadczył Thomas De Pourquery. Od samego początku albumu "Back To The Moon" słuchacza zachwyca lekkość i swoboda, z jaką przeplatają się i przenikają poszczególne wątki. W perspektywie całości krążka momenty przejścia od improwizacji do treści piosenki, i znów do solowych popisów instrumentów dętych, są łagodne i zrobione z rzadko spotykanym wdziękiem. Trudno znaleźć drugi taki zespół, który robiłby to tak subtelnie, a jednocześnie z takim rozmachem. Jakby echa zaczerpnięte z jazzowej klasyki połączyć z dokonaniami The Flaming Lips, i osadzić to wszystko w okruchach zwiewnej melodyki Serge'a Gainsbourga. Tematy, jak i same piosenki, są zwarte i spójne, płynnie prowadzą od jednej do drugiej, w tej barwnej księżycowej podróży. "Jazz jest niezwykły, ponieważ jest muzyką, która żywi się innymi gatunkami" - stwierdził Thomas De Pourquery, a potwierdzenie tych słów z pewnością znajdziemy pośród trzynastu nagrań. Tytułowy "Back To The Moon" wita nas improwizacją instrumentów dętych, które niejako przygotowują scenę, dla pojawienia się łagodnej wokalizy Thomasa De Pourquery, któremu towarzyszy męski chórek. "Joy" - zaczyna się od frazy fortepianu i blach perkusji, krótkie i zwarte tony basu napędzają całość kompozycji. Radosne i przestrzenne oddechy trąbki są pełne światła, a także nieskrępowanej radości. Do takich fragmentów od razu chce się wracać. Podobnie jak do utworu "Yes, Yes, Yes, Yes", popowego w charakterze, świetnie zaśpiewanego, mającego w sobie jakąś indie-folkową nutę, okraszonego drobną orkiestracją oraz chórkiem. Jeden z recenzentów określił najnowsze wydawnictwo francuskiego sekstetu mianem "Pikantnego orkiestrowego popu". Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Problem polega jednak na tym, że można próbować wcisnąć twórczości Thomasa De Pourquery i jego kompanów do dowolnej szufladki, i tak będzie z niej wystawać. 

Album "Back To The Moon" został częściowo zainspirowany filmem krótkometrażowym w reżyserii Vincenta Paronnauda, a także dokonaniami Frederico Felliniego (podobny barokowy przepych) oraz Rene Barjevela. "W każdej piosence jest motor, rytm, idea, wokół której obracają się zdarzenia...". "Wolf Smile" - przynosi w konsekwencji drobny ukłon w stronę lat sześćdziesiątych i spirutal-jazzu. "I Gotta Dream" to radosny indie-popowy numer, troszkę w stylu mojego niegdyś ulubionego Broken Social Scene, a porywająca pulsującym rytmem kompozycja "O Estrangeiro" pochodzi z repertuaru Caetano Veloso. I tak oto Thomas De Pourquery, który zamienił piłkę do rugby na miłość do muzyki i saksofonu, w studiu "Question De Son", mieszczącym się w paryskiej dzielnicy Saint-Denis (49 Rue De Faubourg), przy pomocy przyjaciół i wsparciu inżyniera dźwięku - Arnaud Picharda, stworzył zdecydowanie najlepszą płytę w całej dyskografii. Gorąco polecam!

(nota 8-8.5/10)


 


A na deser, oczywiście tytułowe nagranie z płyty "Back To The Moon", kolektywu Thomas De Pourquery & Supersonic.



W kąciku improwizowanym fragment z płyty "Back To The Moon". Smacznego!