To siódma płyta długogrająca w dorobku załogi z Kolonii. Album "Objects, Beings & Parrots" łączy różne stylistyki, do czego przyzwyczaiły nas obecnie funkcjonujące zespoły. Wspólnym mianownikiem wielu tych kompozycji jest krautrockowy rytm. Pulsujący bas, bębny odmierzające jednostajne nieco hipnotyczne takty, syntezatory uparcie powtarzające te same akordy. Całość umiejętnie - w końcu dorobek do czegoś zobowiązuje - splata rytmiczne repetycje z sonicznymi eksperymentami. W ten sposób powstają dźwiękowe "tripy", tak typowe dla poczynań niemieckiej formacji. W zamierzeniach płyta miała oddawać atmosferę podróży. Stąd też taki, a nie inny tytuł - "Obiekty, istoty i papugi" - jako coś w rodzaju punktów orientacyjnych na mapie wycieczki.
Pewnie mało kto wie, że zespół URLAUB IN POLEN funkcjonuje już od 27 lat na scenie muzycznej. Nazwę grupy można przetłumaczyć jako: "Wakacje w Polsce". Ta wzięła się od złośliwego komentarza przyjaciela członków grupy, który po jednej z pierwszych prób miał powiedzieć, że ich muzyka przypomina mu: "drastyczne wspomnienia z wakacji w Polsce". Urlaub In Polen to duet - Georg Brenner - multiinstrumentalista, wokalista, gitarzysta oraz odpowiedzialny za rytm perkusista - Jan Philipp Janzen. Zespół wydał kilka płyt, a po opublikowaniu" Boldstriker" (2011), zawiesił działalność. Po dziewięciu latach Jan i Georg powrócili na scenę z nowym materiałem "All" (2020).
"Jesteśmy bardziej bezpośredni oraz intuicyjni. Nie komplikujemy rzeczy, nie wymyślamy trudnych riffów, tylko po to, żeby pokazać, jakimi jesteśmy "mistrzami". Wolimy wersję zredukowaną, która daje nam więcej mocy" - oświadczył Georg Brenner.
Tytułowy "Abacus", który otwiera wydany wczoraj album , to z jednej strony narzędzie do liczenia, ale także zgrabna metafora do "obsesyjnego uporządkowania rzeczywistości". "Washing Machine" - czyli "pralka" to jeden z najbardziej codziennych obiektów, z którego korzystamy. Bohater znakomitego serialu "Fargo" (sezon 1) lubił wpatrywać się w mechaniczny ruch bębna pralki. I ta kompozycja ma coś z tego osobliwego nastroju. Autor tekstu sugeruje, że niektóre zdarzenia "dzieją się same". W tak kreślonej perspektywie, człowiek może być tylko czymś w rodzaju wsadu do obracającego się bębna (jak pranie). Nic tak naprawdę nie zostaje oczyszczone, wszystko wraca do tej samej formy.
Każda z odsłon pokazuje nieco odmienna formułę krautrocka., choć wciąż mamy do czynienia z powtarzalnymi strukturami. Te w zamierzeniach twórców kompozycji mają spróbować uporządkować chaos otaczającego nas świata, co oczywiście nigdy w pełni nie może się udać, ale warto próbować. Płyta "Objects, Beings & Parrots" nie jest ani kolejnym powrotem do starej sprawdzonej stylistyki, ani też radykalną próbą zerwania. Raczej stanowi pogłębienie tego, z czym zespół z Kolonii bywa kojarzony.
Urlaub In Polen zaczął muzyczną przygodę ćwierć wieku temu, od połączenia surowego krautroacka z elementami post-rockowymi - płyty "Persec" (2002) oraz "White Spot" (2004). Z kolei album "Liquid" (2009) wydaje się po czasie bardziej dojrzałą i przestrzenną próba duetu. Teksty na tych pierwszych wydawnictwach miały charakter raczej marginalny, bez takiej wagi semantycznej jak obecnie. W kompozycjach niemieckiego duetu rytm był zawsze nadrzędną siłą. Ich wczesne albumy nie tyle opowiadały historię, co raczej ją "wykonywały" (motoryczny aspekt). W takim układzie repetycja była naturalnym środkiem ekspresji. Album "Objects, Beings & Parrots" nie proponuje nowego języka, raczej stawia nieśmiałe pytania o sens dotychczasowego. Tym razem wspomniana dziś wielokrotnie repetycja nie służy tylko transowi, lecz staje się jednym z tematów.
(nota 7-7.5/10)
Miniony tydzień nie był okresem, który zapisze się złotymi zgłoskami w historii muzyki. A mimo to udało mi się odnaleźć kilka znakomitych singli, które przy Waszym współudziale postanowiłem ocalić od zapomnienia. Rozpoczniemy od wizyty w mieście Los Angeles, gdzie działa grupa OMNIHELL, która 20 lutego opublikuje album zatytułowany "Extreme Suffering". Oto znakomity singiel promujący to wydawnictwo.
Zespół PILIGRIMS powstał w Chile, a potem członkowie grupy przenieśli się do USA. 13 lutego ukaże się ich album zatytułowany "Gemini".
Tej pani chyba nikomu, kto regularnie zagląda na tę stronę, nie muszę przedstawiać - KIM GORDON. Przyznam szczerze, że kiedy usłyszałem ten singiel promujący nowy album "PLAY ME", miałem ciarki. Premiera całego wydawnictwa 13 marca.
Kolejna wizyta w Los Angeles przyniesie spotkanie z grupą THE ALBUM LEAF, który w nowym singlu wsparła Aisha Badru.
Formacja THE LEAF LIBRARY reprezentuje Londyn, 20 marca pojawi się ich najnowszy album zatytułowany "After The Rain, Strange Seeds".
MISS TYGODNIA - tym razem powędruje do Berlina, gdzie obecnie mieszka i nagrywa wokalistka LUCIA CADOTSCH. Oto mój ulubiony fragment z jej ostatniej, wydanej jesienią ubiegłego roku, płyty - "Does It Make You Love Your Life".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - pianista WAJDI RIAHI pochodzi z Tunezji, ale mieszka obecnie w Brukseli, wraz ze swoim trio w połowie listopada ubiegłego roku opublikował album "Zabonpres Sessions". Oto moja ulubiona kompozycja.
Na początku stycznia tego roku włoska formacja, która przyjęła lakoniczną nazwę ZU, opublikowała album zatytułowany "Ferrum Sidereum".
Przyznam, że odrobinę wahałem się, co powinno być daniem głównym, a co deserem. Tak się złożyło, że i jedna, i druga dzisiejsza propozycja jest równie ciekawa. Pierwsza przenosi nas w krainę alternatywnego rocka, druga zaś do wyrafinowanego popu. Obydwie płyty zostały nagrane przez wokalistki, które stawiają dopiero swoje pierwsze, mniej lub bardziej odważne, kroki na scenie muzycznej. Obydwa wydawnictwa zwracają na siebie uwagę bardzo dobrą produkcją. Śmiem twierdzić, że gdyby nie obecność takich, a nie innych panów siedzących za konsoletą w studio nagraniowym, żadna z tych pań nie przyciągnęłaby na dłużej mojego spojrzenia. Postanowiłem pochylić się nieco bardziej nad debiutanckim krążkiem Tamar Aphek - "All Bets Are Off", głównie za sprawą moich gitarowych korzeni. Wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie... itd. Poza tym krążek Arlo Parks - "Collapsed In Sunbeams" jest od kilku dni szeroko komentowany w prasie branżowej. Więc zainteresowanych odsyłam do odpowiednich stron w sieci.
Brzemienia przesterowanych gitar na płycie wydanej nakładem oficyny Kill Rock Stars nie brakuje. Dość powiedzieć, że rodzimy, dla Tamar Aphek, Izraelski magazyn "Timeout" określił ją mianem "bogini gitary". Nie chcę z tą opinią zbytnio polemizować, nagłówki w prasie rządzą się swoimi prawami, ale niemal każdy, kto nieco bardziej interesuje się muzyką alternatywną, potrafi wymienić kilka pań których technika gry na gitarze prezentuje o wiele większy poziom wyrafinowania. Sympatyczna pani Tamar Aphek, rezydująca w stolicy Izraela, nie zawsze była taka drapieżna i niepokorna. Przez dziesięć długich lat sumiennie zmierzała do gmachu konserwatorium, żeby w jego przestronnych wnętrzach pobierać lekcję gry na fortepianie. Jakby tego było mało, po godzinach stała grzecznie w drugim lub trzecim rzędzie, pośród równie grzecznych kolegów i koleżanek, i uczestniczyła w próbach chóru. Co ciekawe, w jej sposobie śpiewania nie ma obecnie żadnych naleciałości z tamtego okresu. Barwa jej głosu to przyjemna dla ucha i raczej niewyróżniająca się średnica. Zmiana, czy też swojego rodzaju przebudzenie artystki z Tel Awiwu nastąpiło gdzieś w okresie uzyskania przez nią pełnoletności. To mniej więcej wtedy nasza dzisiejsza bohaterka odkryła dla siebie płyty Sonic Youth, zapomnianego już Slint, Shellac czy Blonde Redhead. Dźwięki wyżej wymienionych grup odnajdziemy tu i ówdzie na właśnie wydanym debiucie "All Bets Are Off".
Już przy okazji pierwszego przesłuchania tego krążka zwraca na siebie uwagę praca i realizacja perkusji. Nagrań dokonano w Nowym Yorku, w kultowym dla niektórych Daptone Records Studio, o którym wspominałem na łamach tego bloga. Za suwakami konsolety zasiadł Greg Calbi (nagrywał Dawida Bowie czy the Ramones) oraz Daniel Schlett (wspólpracował z The War On Drugs czy Diiv). Tamar Aphek ma już na koncie kilka solowych kompozycji. Parę lat temu jej nagrania znalazły się na ścieżce dźwiękowej do filmu "One Week And A Day" (2016), który znalazł uznanie w oczach jury podczas festiwalu w Cannes. Kolejnym punktem zwrotnym, o którym artystka chętnie opowiada był zakup pierwszego wzmacniacza i pierwszej - jak podkreśla - taniej gitary. Później znalazła odpowiednich partnerów do gry: basistę Uri Kauthera i perkusistę Yuvala Garina, który zaznaczył swoją obecność na omawianym dziś wydawnictwie.
Najgorzej prezentuje się otwarcie tej płyty. W moim odczuciu, patrząc na pozostałe utwory, gorzej nie można było zacząć. "Russian Winter" wita słuchacza mocnym gitarowym akcentem. A mówiąc wprost, wali przesterowanym jazgotem między uszy, przypominającym odrobinę nieudolną próbę swobodnej improwizacji. Banalna melodia pogrąża "kompozycję" jeszcze bardziej. Na szczęście ten radykalny początek trwa tylko 2 minuty i 25 sekund, i nie ma obowiązku, żeby wysłuchać go do końca. Dalej jest już tylko lepiej. Jednak pomimo deklaracji bywa dość schematycznie. Ten schemat wyraża się w energetycznych, niekiedy brudnych gitarowych początkach. W dalszych częściach utwory znacznie łagodnieją, rozwijają przestrzeń oraz budują nastrój. W "Show Me Your Pretty Side" pojawia się brzmienie saksofonu, które wniosło sporo dobrego. "Too Much Information" przykuwa uwagę ciekawą pracą perkusji. Jeszcze więcej akcentów perkusyjnych znajdziemy w "Crossbow" czy "Beautiful Confusion". "Nothing Can Surprise Me" - przywołuje skojarzenia z nagraniem dokonanym podczas jednej z prób. Tamar Aphek lubi zderzenie przeciwieństw (miłość - nienawiść, wojna - pokój itp.), szuka również równowagi pomiędzy skrajnościami. Sama artystka metodologię swojej pracy określa metaforą "dialogu pomiędzy złym, a dobrym policjantem". "Chciałam nagrać piosenkę w stylu Johnny Cash'a, którą potem otuliłabym szalonymi etiopskimi rytmami w stylu Maxa Roacha". Tamar Aphek momentami brzmi jak kolejna córka Kim Gordon i Thurstona Moore'a, a fragmentami spokój w jej głosie przywołuje skojarzenia z dokonaniami Leatiti Sadier. Całość "All Bets Are Off" zamyka udany cover "As Time Goes By" - tematu z filmu "Casablanca".
(nota 7/10)
W dodatku deserowym fragment z bardzo udanego albumu Arlo Parks - "Collapsed In Subeams". Ta płyta również ujmuje słuchacza dobrą produkcją, ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi oraz delikatnym dziewczęcym głosem. Wybrałem kompozycję "Black Dog" nie tylko dlatego, że w tekście pojawia się taka oto subtelna fraza: "You Do Your Eyes Like Robert Smith".