Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ray Cuming. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ray Cuming. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2019

RY X - "UNFURL" (Infectious Music) "Nie obawiaj się fal"


   Muzyka australijskiego artysty może kojarzyć się z leniwym surfowaniem - fale są wyjątkowo łagodne, ślizgi bezpieczne, bo wszystko odbywa się jakby w zwolnionym tempie. Nawet gdy kapryśny i nieprzewidywalny ocean na chwilę spiętrzy przed nami wyjątkowo drapieżną grzywę i uniesie nas mocno w górę, to tylko dlatego, że stamtąd rozciąga się dużo lepszy widok na fragment plaży oraz miodową tarczę słońca, niespiesznie roztapiającą się na linii horyzontu. Ray Cuming, ukrywający się pod pseudonimem RY X, wielki pasjonat surfingu i wielbiciel twórczości Jeffa Buckleya, w swoich kompozycjach buduje krajobrazy wrażeń, odczuć, stanów emocjonalnych,  a jego kolejna płyta zatytułowana "Unfurl" po raz kolejny potwierdza, że robi to całkiem nieźle. Niemal trzy lata temu na łamach tego bloga opisywałem jego udany debiut fonograficzny, który nosił tytuł "DAWN" (kliknij tutaj).

  Powszechnie wiadomo, jak na przestrzeni ostatnich lat wyglądała sytuacja z debiutantami. Owszem,  te pierwsze wymarzone, wytęsknione, wyproszone (u wydawcy, który do końca potrafi mieć wątpliwości) płyty bywają udane albo i bardzo udane. Jednak jakże często przy okazji wydania drugich czy trzecich w kolejności albumów tych "nowych" wykonawców otwieramy ze zdziwienia usta, przecieramy zdumione oczy, zachodząc w głowę i zadając sobie tak samo brzmiące pytanie: "Co to... ( w tym miejsc wpisz ulubiony siarczysty epitet)... ma być?!". Po chwili pogłębionej refleksji dochodzimy do jedynie słusznego wniosku, że najwyraźniej postawiliśmy na niewłaściwego konia.

Na szczęście nic takiego nie miało miejsca w przypadku drugiego albumu RY X-a. Chociaż muszę przyznać, że przez pewien czas miałem wątpliwości. A wszystko przez to, że jakoś przegapiłem promocyjny singiel, który jesienią ubiegłego roku zwiastował nadejście nowego wydawnictwa. Pierwszym utworem z nowej płyty, który usłyszałem, była kompozycja "Foreign Tides". Nie zrobiła ona na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Po przesłuchaniu całego krążka uznałem ją za jedną ze słabszych. Naturalnie obok niej można znaleźć kilka znacznie lepszych piosenek, gdyż całości liczy sobie trzynaście utworów.
Nowy album RY X - "Unfurl" nie jest, moim zdaniem, lepszy od debiutu, ale nie jest też dużo gorszy, sceptyków raczej nie przekona, fanów powinien zadowolić, a co najważniejsze, nie przynosi żadnych rewolucji brzmieniowych, i ten fakt należy w tym kontekście zaliczyć do dużych plusów. Można było mieć obawy, że Australijczyk, idąc ślepym tropem ostatnich poczynań Bon Iver'a, do którego , chcąc nie chcąc, stylistycznie nawiązuje, wykorzysta w aranżacjach znacznie większy arsenał elektronicznych dodatków, które dziś oferuje studio nagraniowe. Jednak artysta pozostał konsekwentny i kontynuował ten sam sposób myślenia o dźwięku, któremu dał wyraz swoim udanym debiutem ( tym razem znacznie mniej jest gitary akustycznej, czego przyznam trochę mi brakuje). Nadal w centrum uwagi znajduje się głos Cuminga, kreacja intymnej przestrzeni oraz stworzenie sugestywnego nastroju. Wciąż liczy się po prostu piosenka i jej sedno - czyli krótka opowieść oraz linia melodyczna, a nie przystrojona w barwne piórka forma, która jakże często ma coś przykryć, coś zasłonić, odwrócić uwagę. Wciąż ważna jest specyficzna więź ze słuchaczem, którą Ray Cuming bez trudu nawiązuje. Niektórzy z nas będą mogli przekonać się o tym wszystkim osobiście, gdyż RY X pojawi się w Polsce, wprawdzie bez deski surfingowej, ale za to na koncercie na początku marca.

(nota 7/10)

  
 







I dla porównania moja ulubiona kompozycja "Sweat", z poprzedniego albumu "Dawn" (2016).







sobota, 7 maja 2016

RY X - "DAWN" Infectious Records




Za szyldem RY X ukrywa się australijski muzyk i kompozytor Ray Cuming. Właściciel "perłowego głosu", jak to całkiem zgrabnie określił jeden z recenzentów. Ray Cuming nie wziął się znikąd. Na koncie ma już epkę "Berlin" (kompozycja o tym tytule trafiła również na debiutancki album) wydaną w 2013, single oraz nagrody australijskiego przemysłu muzycznego. Wcześniej współpracował, czy też współtworzył takie projekty muzyczne jak Howling oraz The Acid. Wreszcie postanowił stworzyć i opublikować coś, za co tylko on byłby w pełni odpowiedzialny. Skojarzenia z jego debiutanckim albumem - wydanym przez oficynę Infectious Records - mogą być różne. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się te związane z Justinem Vernonem. Zdaje się, że Bon Iver odcisnął swoiste piętno na całym pokoleniu muzyków poruszających się w kręgu wszelkiej maści songwriterów. Pewien dziennikarz napisał, że na debiucie Cuminga: "Nick Drake spotyka Nilsa Frahma". Możliwe, nie będę specjalnie polemizował z tą opinią. W  muzyce RY X-a można doszukać się i takich elementów. Myślę, że nasz krajowy Fismoll znalazłby bez trudu wspólny język z RY X-em. A kto jest jednym z najważniejszych artystów dla samego Raya Cuminga? Australijczyk odpowiada bez cienia wahania, że jest nim Jeff Buckley.
Muzyka broni się sama. A płyta "Dawn" broni się według mojej opinii doskonale, gdyż nie zawiera "potknięć" czy słabych momentów. Z pewnością jest to muzyka specyficzna i adresowana dla wąskiej grupy odbiorców. Po debiutancki album RY X powinni sięgnąć wszyscy ci, którzy na co dzień interesują się takimi gatunkami jak indie-folk, indie-pop, i dla których termin "songwriter" nie jest kolejnym egzotycznym i pustym określeniem. Debiut Australijczyka raczej rozczaruje tych, którzy ponad wszystko oczekują dźwiękowej różnorodności, niezwykłych aranżacji,  nowych odkrywczych pomysłów na poziomie produkcji oraz zastrzyku olbrzymiej dawki energii. Nie ten album, nie ta półka, nie tędy droga. Dla Cuminga przede wszystkim liczy się nastrój, który umiejętnie i konsekwentnie buduje na całej płycie. A to budowanie wydaje się nie przysparzać Rayowi większego trudu. Artysta świetnie pokazuje, jak czasem niewiele trzeba, żeby stworzyć udaną kompozycję. Wolne nieco rozmyte akordy instrumentów klawiszowych, zwiewna mgiełka gitary akustycznej, dyskretne oddechy perkusji, barwne obłoki pogłosów - oto krajobraz dźwiękowy tego urokliwego albumu. Kruchość, delikatność, a jednocześnie dojrzałość i precyzja bije z tych dwunastu piosenek zawartych na debiutanckim albumie. Jedyne zastrzeżenie można mieć do realizacji "vocalu". Chciałoby się, żeby w kilku utworach głos wokalisty brzmiał nieco pełniej, nieco dokładniej, wyraźniej (żeby znalazł się niejako bliżej mikrofonu, a tym samym bliżej słuchacza). Choćby tak, jak w doskonałym utworze "Only".
Przeglądając moje posty na blogu oraz płyty, które przewinęły się w ostatnim czasie przez mój odtwarzacz, doszedłem do wniosku, że pierwsza połowa 2016 roku póki co wydaje się należeć do wokalistów.