MICHAEL COLUMBIA - "MIRROS, SHAPES, OBJECTS" (Cuneiform Records) / STEFANO GUZZETTI - "IN A STRANGE PLACE" (Glass Modern)
Czasem zerkam na listy z nowościami płytowymi i zastanawiam się, co działo się z artystami, którzy ponad dwie dekady temu poruszyli we mnie czułą strunę, a potem po prostu rozpłynęli się w powietrzu. Jakąś odpowiedź na to pytanie przynoszą ich nowe dokonania. Chicagowskie trio MICHAEL COLUMBIA po wydaniu płyty "These Are Colored Bars" (2004) zniknęło na długie lata. W świecie pędzącego streamingu to cała wieczność. Rówieśnicy muzyków założyli rodziny, doczekali się potomstwa i zdążyli o nich zapomnieć. A młodzi słuchacze nigdy nie mieli szansy ich poznać. Kiedy więc odnalazłem niedawno ich najnowszy krążek - "Mirrors, Shapes, Objects", poczułem drobny dreszcz ekscytacji, który nieraz towarzyszy odkopaniu starego listu w butelce. Zajrzymy do środka.
Pierwsze kilka minut obcowania z płytą "MIRRORS, SHAPES, OBJECTS" i szybko staje się jasne, że ten album nie powstał z chłodnej kalkulacji lub z nudy. To brzmienie organiczne, fizyczne, w którym słychać każdy ruch palca na gryfie. Każde mocniejsze uderzenie pałeczki o napięta membranę. Realizacja dźwięku w studiu Jamadek Studios zasługuje na osobny rozdział. Zrezygnowano z nowoczesnego cyfrowego odseparowania instrumentów. Zamiast tego dostajemy ciepłą przestrzenną produkcję. Czuć tutaj, nieraz przeze mnie podkreślane w rozmaitych recenzjach, świeże powietrze, naturalne warunki studia, do tego wzajemne zrozumienie się muzyków.
Aranżacje na płycie przypominają misterną konstrukcję z klocków lego. Trio Michael Columbia raczej unika tradycyjnego podziału na sekcję rytmiczną oraz instrumenty solowe. Tutaj każdy ma tyle samo do powiedzenia. Kompozycje rozwijają się falami - od ambientowych pejzaży, po niemal math-rockowe wypowiedzi. Muzycy z dużą precyzją dawkują napięcie. Potrafią przez dwie minuty grać zapętlony motyw, żeby nagle za sprawą pojedynczego akordu całkowicie zmienić kierunek, w którym zmierza utwór.
Ważnym akcentem tego wydawnictwa są dialogi między elektroniką a instrumentami dętymi. Saksofony - sopranowy oraz altowy - w rękach Davida McDonnella potrafią zgrzytać, żeby chwilę później wypuścić cudownie refleksyjną frazę. Dylan Ryan nie tylko trzyma rytm, co momentami go odmalowuje. W takich odsłonach, jak znakomite otwarcie "Eagles Of The Sea" czy później jego gra na talerzach i nietypowych przeszkadzajkach tworzy gęsta fakturę. Uwagę przykuwają: psychodeliczny "Speed Boat", filmowy "The Ghola" czy instrumentalny "Hunted By Cougars".
W tych dynamicznych fragmentach trio rzeczywiście może przypominać King Crimson - jak sugerują to niektórzy recenzenci - z okresu ich wybitnej płyty "Discipline". Z kolei chórki i partie wokalne kierują nasze skojarzenia do nagrań grupy YES. Tam, gdzie muzyka zaczyna transowo oddychać i odpływać w stronę przestrzeni krautrockowej, kłania się niemiecki Can lub eksperymentalne dokonania Kraftwerk.
"Mirror, Shapes, Objects" - to album, który bezczelnie domaga się naszego czasu oraz pełnej uwagi. To wydawnictwo nie znosi półśrodków. Michael Columbia stworzyli dzieło ambitne, idące w poprzek współczesnych trendów. Po tylu latach milczenia przynieśli nam materiał bezkompromisowy, gęsty od znaczeń i muzycznej erudycji. Jeśli macie w sobie odrobinę odwagi i tęsknicie z czasami, kiedy albumy tworzyły zamkniętą i przemyślaną opowieść - to jest adres, pod który musicie zajrzeć.
(nota 7.5-8/10)
Starsi fani wciąż dobrze pamiętają oniryczne płyty formacji THIS MORTAL COIL, stanowiące coś w rodzaju wizytówki brytyjskiej wytwórni 4AD. Dobrze pamięta je także STEFANO GUZZETTI, który na swoim wczoraj wydanym albumie "IN A STRANGE PLACE" postanowił złożyć im najszczerszy hołd. To nie jest zwykły album z coverami - Nicka Drake'a, Bauhaus, His Name Is Alive, Briana Eno, Johna Martyna itd. To przy okazji sugestywne zaproszenie do krainy melancholijnych wspomnień. Tytuł albumu zaczerpnięto od jednego z moich ukochanych utworów grupy His Name Is Alive - "How Ghosts Affect Relationships". Idealnie oddaje stan emocjonalny, w jaki artysta pragnie wprowadzić słuchacza. Te "dziwne miejsce" stają się również schronieniem. Azylem przypominającym nastoletnie czasy, kiedy ukrywaliśmy się w zaciszu własnych pokoi, żeby przeżywać kolejne muzyczne uniesienia.
Stefano Guzzetti to włoski pianista, kompozytor. Jak wieść gminna niesie, jego utwory przekroczyły próg 32 milionów odtworzeń w portalach streamingowych. Od wielu lat tworzy muzykę do filmów, również tych dokumentalnych. Jego twórczość zachwyciła dyrektorów domu mody Dolce& Gabbana, i stanowiła wymowne tło dla pokazów wyreżyserowanych przez Giuseppe Tornatore. W swoich kompozycjach łączy intymne brzmienie fortepianu, z subtelną elektroniką i głębią instrumentów dętych.
Tym razem do studia zaprosił znakomitych gości - mojego ulubionego brytyjskiego wokalistę z lat młodości Domnica Appletona (filar legendarnej grupy Breathless oraz samego This Mortal Coil). Emmę Anderson (grupa Lush), Iana Mortersa (Pale Saints), Heidi Barry i Paulę Frazer (duet Liles On Mars). Warto wiedzieć, że Stefano Guzzetii i założyciel wytwórni 4AD - Ivo-Watts Russell są bliskimi przyjaciółmi. Choć ten drugi dawno wycofał się z przemysłu muzycznego, był zaangażowany w powstanie tej płyty. To właśnie on sukcesywnie podsuwał Guzzettiemu propozycje coverów. Żona Watts Russella, Alicia, jest autorką fotografii wykorzystanych w oprawie wizualnej albumu.
Większość kompozycji powstała pięć lat temu. Ich autor celowo cierpliwie czekał, sprawdzając, czy przetrwają próbę czasu. Emma Anderson nagrywała swoje wokalizy do "Love' Riddle" w domu sąsiadki - Heidi Berry. Słysząc to nagranie Heidi spontanicznie dopisała swoje partie wokalne. Z kolei zamykający album "Hope ( Te Archa)" skrywa inny sekret. Opiera się na nagraniu, które Stefano zarejestrował w Wenecji podczas podróży poślubnej.
Guzzetti podszedł do tych coverów radykalnie - przede wszystkim maksymalnie zwolnił ich tempo. Do tego podkreślił przestrzeń. Kluczowe dla brzemienia tego album było przepuszczenie ścieżek dźwiękowych przez stare magnetofony szpulowe Revoxa. Fortepian (często preparowany, z wyciszonym filcem), został zarejestrowany przy użyciu bliskiego mikrofonu. Co sprawia, że mamy wrażenie, jakby artysta siedział obok nas. Głosy wokalistów celowo osadzono głęboko w miksie. Otulone zostały gęstą mgłą ambientowych syntezatorów.
Album "In A Strange Place" wydaje się być płytą pomostem, zawieszonym pomiędzy neoklasycznym minimalizmem współczesności, a złotą erą brytyjskiego dream-popu. Stefano Guzzetti nie stworzył prostej płyty z coverami - starał się dokonać dekonstrukcji nagrań i próbował umieścić je w nostalgicznej tkance. Trudno porównywać ze sobą wydawnictwa This Mortal Coil i propozycję Guzzettiego. Dzieli je kilka muzycznych epok - to były inne czasy, inne podejście, inna wrażliwość. Album "In A Strange Place" wydaje się być niebo bardziej schematyczny. Z drugiej strony autor przełożył wybrane piosenki na swój indywidualny język muzyczny. Można również zastanowić się nad wyborem określonych utworów. Dlaczego właśnie te?
Jeśli chodzi o moje prywatne odczucia, póki co jakoś nie potrafię wejść w ten świat odmalowany przez włoskiego artystę. Muszę podjąć kolejną próbę. Zdaje się, że dużo bliżej źródła dawnej estetyki 4AD był projekt HOPE BLISTER na albumie "... smile's Ok" (1998). Jedno nie ulega wątpliwości. Albumy This Mortal Coil pozostaną ze mną na zawsze, również jako pewien symbol - mimo, iż w ostatnich latach nie wracałem do nich szczególnie często. Na koniec wypadałoby zaprezentować przykład muzyczny z wydawnictwa "In A Strange Place". Nie będzie to cover tytułowego utworu His Name Is Alive. Uwielbiam tę "pieśń" w oryginalnej wersji i nic bym w niej nie zmienił (mimo upływu lat jest nie do ruszenia!). Nie będzie to również fragment, gdzie pojawia się urokliwy głos Domnica Appletona, o dziwo. Z tego zestawu nagrań póki co najbardziej do mnie przemówił "What Is And Was" - w wykonaniu Pauli Frazer.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz