Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Hoholm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Hoholm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

BLIND YEO - "THE LEMOINE POINT" (Les Disques Bongo Joe Rec.) / SUPEREON - "PHASE 1" (Losen Records) "UDANE DEBIUTY"

 

    Wszystko zaczęło się od przytłaczającej atmosfery lockdownu, kiedy założyciel grupy BLIND YEO - Will Greenham, zamknął się w starej szopie na traktory, dzieląc czas z kozami, kurczakami i własnymi ponurymi myślami. To tam, w kompletnej izolacji zrodziła się tęsknota za muzyczną wspólnotą, która ostatecznie skrystalizowała się w podziemiach klubu The Cornish Bank w Falmouth. Dziś BLIND YEO to wielopokoleniowy kolektyw, który na swój debiut wybrał filmowe miejsce - opuszczone lotnisko w pobliżu St Anges. To właśnie w tym miejscu nagrywając na "setkę", bez zbędnych cyfrowych sztuczek, artyści próbowali uchwycić chemię, która powstała między nimi. Tytułowy "Punkt Lemoine'a" to w geometrii trójkąta ukryty punkt przecięcia się symbian.








 Sesja nagraniowa na opuszczonym lotnisku nie była zwykłym kaprysem czy fanaberią. Wielka przestrzeń starego hangaru stała się dla zespołu kolejnym, pełnoprawnym instrumentem. Naturalny pogłos to nie efekt cyfrowych wtyczek, tylko odpowiedź ścian na dźwięki generowane przez członków formacji. Muzycy celowo zrezygnowali z komputerowego montażu. "Chcieliśmy uchwycić moment, w którym popełniony błąd staje się nowym kierunkiem improwizacji, a nie powodem zatrzymania taśmy" - oświadczył lider grupy Will Greenham. 


Obok klasycznego transowego rockowego instrumentarium na płycie znajdziemy także afrykańskie kologo - tradycyjną dwustrunową lutnię o pudle z tykwy, na której gra się za pomocą plektronu (popularna w Ghanie). Ten instrument, zakupiony podczas jednej z egzotycznych podróży, nadaje kompozycją plemiennego charakteru. W odsłonie zatytułowanej '"Colour Pillow/Kologo" ta egzotyczna lutnia zderza się z hipnotycznym rytmem (motorik beat), kojarzonym z klasycznymi płytami NEU! czy Can. Warto dodać, że ta krautrockowa sekcja rytmiczna napędza cały album. Tekst do kompozycji "Frik And Frack" zainspirowany został twórczością Italo Calvino.








 

Ciekawym elementem jest również wielopokoleniowa więź, która scala ten egzotyczny kolektyw. W składzie Blind Yeo grają synowie i ojcowie. Płyta "The Lemoine Point" świetnie żongluje skrajnymi emocjami. Co nieźle podsumował lider zespołu. "Muzyka to dla mnie sposób znoszenia podziałów. "The Lemoine Point" bada tę słodko-gorzką przestrzeń, w której głęboka żałoba i bezgraniczna radość współistnieją obok siebie, a miłość - choć piękna - potrafi ciążyć człowiekowi niczym kornwalijski granit". 


Przełomem w karierze zespołu, który otworzył możliwość trafienia pod skrzydła prestiżowej oficyny Bongo Joe, były ich udane występy podczas festiwali. Po wydaniu debiutanckiej kasety epki - "Echoes" (2023), grupą zainteresowały się brytyjskie media (BBC Radio 6). Kluczowym punktem ich biografii był znakomity koncert we Francji, w trakcie trwania festiwalu "Trans Musicales" w Rennes, gdzie zespół został odkryty przez szefów wytórwni Bongo Joe, którzy zaproponowali podpisanie kontraktu płytowego. 


"The Lemoine Point" to album, który wymyka się prostym podziałom. Kornwalijczycy z Blind Yeo chcieli pokazać, że w czasach totalnej cyfryzacji muzyki, najbardziej rewolucyjny okazuje się swoisty powrót do korzeni. Wspólne granie w jednym ciekawym pomieszczeniu, z domieszką analogowego brudu i wielopokoleniowym entuzjazmem. 


(nota 7.5-8/10)




 







  

    Kiedy w ubiegłym tygodniu nakładem oficyny Losen Records ukazała się debiutancka płyta norweskiej formacji SUPEREON, jasne stało się, że skandynawska scena ma wciąż do zaoferowania sporo dobrego. Alexander Hoholm (kontrabas), Martin Sandvik Gjerde (fortepian), Raymond Lavik (perkusja) w czerwcu ubiegłego roku zamknęli się w "Studio Martin" w Roros, i bez wielkiego przygotowania oddali się nieskrępowanej improwizacji. Powstał hipnotyczny album, zawieszony gdzieś pomiędzy minimalistyczną repetycją spod znaku Steve'a Reicha, a filmowym ambientem kojarzonym z dokonaniami Nilsa Frahma.







   Kluczem do zrozumienia płyty "PHASE 1" jest radykalne podejście Martina Gjerde do partii fortepianu. Artysta świadomie zrezygnował z melodyjnego blichtru. Raczej unikał grania lepszych lub gorszych solówek, czy rozwijania tradycyjnych tematów. Zamiast tego postawił na hipnotyczną repetycję. Z uporem maniaka długimi fragmentami powtarzał te same sekwencje akordów, czyniąc z fortepianu instrument niemal perkusyjny. Jakby chciał przez to powiedzieć: "W tym królestwie rządzi rytm i trans". 


"Wszystko, co słychać na tym albumie, powstało w ułamku sekundy, bez zbędnych wcześniejszych ustaleń. Chcieliśmy uchwycić czysty moment, w którym muzyka tworzy się sama" - oświadczyli muzycy w notce prasowej. Tylko w finale albumu mamy coś na kształt próby zburzenia monolitycznej struktury. Pianista wyrzucił z siebie potok dźwięków. Brzmi to tak, jakby w tym jedynym fragmencie Gjerde zagrał tyle dźwięków, ile na całej płycie razem wziętej. Osobnym bohaterem tego wydawnictwa jest świetna realizacja dźwięku. Cudownie nagłośniona perkusja Raymonda Lavika pozwala usłyszeć każdy niuans -  od najzwyklejszego muśnięcia blach, aż po głębokie uderzenia stopy. Podobnie jest z kontrabasem Alexandra Hohlma. Słuchacz może odnieść wrażenie, że stoi tuż obok instrumentu, słyszy każde szarpnięcie i rezonans strun. Duża w tym zasługa znakomitej realizacji dźwięku. Za konsoletą "Studia Martin" czuwał David Aleksander Sjowe.


 SUPEROEN jako osobny projekt narodził się niedawno, bo w sierpniu 2024 roku. Jednak muzyczna chemia między artystami nie wzięła się znikąd. Trzon tego tria stanowią ludzie, którzy znają swoje artystyczne języki. Drogi pianisty i basisty przecięły się już wcześniej na skandynawskiej scenie jazzowej, chociażby w ramach międzynarodowego Rastko Obradovic Quartet. Jak sami członkowie tria przyznają, Superoen powstał z czystej potrzeby ucieczki od skostniałych struktur akademickiego jazzu na rzecz kolektywnego budowania przestrzeni. "PHASE 1" to album, który wciąga słuchacza w swój osobny mikrokosmos. Norweskie trio podąża własną ścieżką. Ich granie jest mniej motoryczne, a znacznie bardziej przestrzenne. Tam, gdzie dajmy na to The Necks stawiają na rytmiczny, mechaniczny trans, skandynawska załoga szuka powietrza, północnego chłodu i filmowej melancholii. W ten sposób udowadnia, że w formule tria fortepianowego wciąż można powiedzieć coś świeżego.  


(nota 7.5/10)