sobota, 30 listopada 2024

GRIVE - "TALES OF UNCERTAINTY" (Talitres Rec.) "Posłuchać drozda"

 

    W głównej odsłonie dzisiejszego wydania bloga  wybierzemy się na spotkanie z nowym duetem w mieście, który przybrał nazwę "Grive". Większości z Was ta nazwa niewiele powie, więc nie ma co się przejmować. Ci nieco bardziej zorientowani w temacie muzyki alternatywnej, mogą skinąć głowami, kiedy odczytają nazwisko francuskiego gitarzysty Paula Regimbeau, który gra także w zespołach Mondkopf , czy recenzowanej na łamach bloga formacji Oiseaux-Tempete. Jego partnerką w muzycznym dialogu jest Agnes Gayraud, bynajmniej nie nowicjuszka, od kilkunastu lat eksplorująca pogranicze indie-popu w projekcie "La Feline". Absolwentka wydziału filozofii, krytyk sztuki, autorka tekstów dla dziennika "Liberation", wykładowca w Szkole Sztuk Pięknych w Lyonie, żona, matka i autorka książki zatytułowanej "Dialectique De La Pop" (2018).



Anges Gayraud już w pracy magisterskiej podjęła krytyczną analizę koncepcji "podmiotowości" według Theodora W. Adorno. Później jej zainteresowania skupiły się na nieco bardziej formalnej próbie filozoficznego uchwycenia muzyki popularnej. Można więc powiedzieć, że do twórczości muzycznej podeszła z nietypowej strony - którą w uproszczeniu można określić krytyczno-analitycznym ujęciem. Jak pokazują to liczne przykłady, zwykle niewiele dobrego wychodzi w momencie, kiedy krytyk sztuki, wykładowca akademicki, czy recenzent, zaczyna wyrażać się na niwie artystycznej. Niejeden dziennikarz boleśnie przekonał się o tym, że co innego kreślić czasem trafne krytyczne uwagi i błyskotliwe porównania na marginesie recenzji wydawnictw płytowych, a co innego wziąć do ręki pałeczki perkusji, czy chwycić "wiosło" i spróbować samemu wypłynąć na suchego przestwór oceanu. Przypadek Agnes Gayraud pokazuje, że niekiedy można pogodzić ze sobą wartki nurt świata teorii krytycznej, z przestrzenią praktyki, ponieważ jej debiutancki album zatytułowany - "Tales Of Uncertaint", który stworzyła wraz z Paulem Regimbeau, jest bardzo udany.

"Odkąd byłam małą dziewczynką, chciałam pisać piosenki (...). Tworzyłam muzykę po godzinach, jako samouk, z grupą przyjaciółek, a następnie rozwinęłam projekt La Feline, który trwa już piętnaście lat" - oświadczyła niedawno Gayraud.



Początkowy szyld dla ich duetu brzmiał "Swerve", jednak Agnes i Paul po namyśle stwierdzili, że francuska publiczność może mieć problem z wymową tej nazwy, więc szybko ją zmienili na "Grive" (drozd). Byli wtedy akurat w okolicach Saint-Erme, gdzie nagrywali pierwszy materiał, zawarty potem na epce, w pomieszczeniach dawnego klasztoru, a "drozd" był symbolem tego regionu. 

Pierwszy raz zetknęli się ze sobą kilkanaście lat temu, kiedy Paul Regimbeau poprosił Agnes, żeby ta zaśpiewała w kilku jego kompozycjach. Później była współpraca w trakcie tworzenia coveru piosenki "Comme Un Guerrier", francuskiego artysty Gerrarda Manseta. I to właśnie te chwile stały się punktem zwrotnym dla dalszych losów duetu, bowiem dokładnie wtedy pojawił się pomysł wspólnego zarejestrowania nieco obszerniejszego materiału.

Debiutancka epka Grive - "Grive Ep" pojawiała się w 2021 roku, i spotkała się z przychylnym odbiorem we francuskiej prasie branżowej. "W Grive rozgrywa się swego rodzaju "porzucenie"..., a w szczególności porzucenie gatunku, brzmienia. Paul i ja osadzamy się w dźwiękowym uniwersum i zanurzamy się w nim (...). Dzięki Grive opuściłam swoją strefę komfortu".

Gdybym koniecznie musiał wskazać ramy gatunkowe charakteryzujące poczynania francuskiego duetu, byłby to z pewnością slowecore, z elementami shoegaze'u lub stone-rocka. W odróżnieniu od macierzystej formacji Agnes Gayraud - La Feline, to brzmienie gitar nadaje strukturę utworom. W niektórych odsłonach tę rolę przejmują na moment syntezatory i elektronika. Warto dodać, ze na klawiszach zagrała Lea Moreau, a za zestawem perkusyjnym zasiadał Jean Michel Pires.

Kompozycje Grive charakteryzuje spokojne tempo, oszczędność środków stylistycznych i wewnętrzne czy też podskórne napięcie, które od czasu do czasu znajduje dla siebie chwilowe ujście, jak chociażby w "Wait And See", czy świetnym "Burger Shack", który przypomniał mi dawne nagrania grupy Low, z drugiej strony poniekąd również piosenki Mazy Star. Bardzo ciekawie brzmi "Go Up The River", który niesie wraz sobą dziwny spokój. Całość zmiksował Jean Charles Bastion (kompozytor muzyki filmowej), w Singular Studio, i może również dzięki temu można wyczuć tu i ówdzie filmowy charakter albumu.

(nota 7.5-8/10)


 



 W minionych dniach nie miałem zbyt wiele czasu na przesłuchiwanie nowych płyt. Zatopiłem oko w lekturze dwóch świetnych powieści (dwie kolejne książki czekają w kolejce, wczoraj nabyłem kolejne pięć pozycji, szaleństwo). Z pewnością wkrótce napiszę kilka słów o wrażeniach z lektury. Na dobry początek "Dodatków..." odwiedzimy miasto Detroit (stan Michigan), gdzie rezyduje grupa, a w zasadzie duet Bluhm, który niedawno opublikował nowy singiel.



Wczoraj ukazała się nowa płyta Karen Peris i jej formacji The Innocence Mission, zatytułowana "Midwinter Swimmers".



Kanadę i miasto Montreal reprezentuje nasz dobry znajomy Patrick Watson , który z gościnnym udziałem November Ultra, kilka dni temu opublikował nowy singiel.



Błyskawiczny skok przeniesie nas do Europy i miasta Rotterdam, gdzie od lat działa formacja Rats On Rafts, która niedawno przypomniała o sobie nowym utworem.



Miasto Hamilton leży w stanie Ontario, a nowa płyta grupy z tej miejscowości - Capitol nosi tytuł "Sounds Like A Place". Wybrałem z niej taki oto fragment.



Odrobinę zagęścimy atmosferę, pozostając na amerykańskiej ziemi (Pennsylvania). Charyzmatyczna wokalistka nazywa się Maura Pond, a jej grupa Luna Honey. Kilkanaście dni temu wydali nowy album zatytułowany "Bound".



Australia, miasto Melbourne, grupa Good Morning i miniaturka, lubię takie drobiazgi, z wydanego wczoraj albumu "The Accident".



W "kąciku improwizowanym" powrócimy na francuską ziemię, Airelle Besson (trąbka), Sebastian Sternal (fortepian), Jonas Burgwinkel (perkusja). Fragment z niedawno wydanej płyty "Surprise!".



"KOMPOZYCJA TYGODNIA" - wybrałem fragment z ostatniej i niedawno wydanej płyty "Sounds & Sequences"; Daniel Sommer (perkusja), Arve Henriksen (trąbka), Johannes Lundberg (bass).



Same gwiazdy znajdziemy na wydanej wczoraj płycie "Taking Turns" - Jakoba Bro, oprócz duńskiego gitarzysty w studiu nagraniowym pojawili się Jason Moran, Lee Konitz, Bill Frisell, Thomas Morgan, Andrew Cyrille.




 

sobota, 23 listopada 2024

TARWATER - "NUTS OF AY" (Morr Music) "Piruety w smole"

 

    Kilka tygodni temu zapowiadałem - całkiem zgrabnym i mocno wyróżniającym się singlem ( status "kompozycja tygodnia") - nadejście nowej płyty grupy Tarwater. Byłem zaskoczony, że berliński duet wciąż jest pośród żywych, funkcjonuje, a nawet próbuje przypomnieć o sobie po dziesięciu latach przerwy nowym wydawnictwem. Przyznam szczerze, że płyty Tarwater nigdy nie były moim pierwszym wyborem. Chcę przez to powiedzieć, że nie śledziłem szczególnie pilnie ich muzycznego rozwoju, raczej wybierałem dla siebie pojedyncze single czy piosenki. Co nie oznacza, że nie doceniałem ich kompozycji (przynajmniej tych najlepszych), a co za tym idzie, faktu i umiejętności stworzenia dla siebie odrębnej niszy, w trudnych czasach, gdzie rynek muzyczny jest nasycony i przepełniony wszelkimi możliwymi ofertami popu, rocka, metalu itd., i kiedy wydaje się, że wszystko już było.





Duet Tarwater powstał w 1995 roku w Berlinie, z inicjatywy Bernda Jestrama i Ronalda Lippoka, choć korzenie ich znajomości sięgają do wspólnego grania w mało znanym punkowym zespole Rosa Extra. Z punkowej estetyki panowie z pewnością zabrali oszczędność środków wyrazu i prostotę, którą przenieśli na grunt indie-popu, post-rocka, połączonego z elektronicznym brzemieniem. W ich kompozycjach często coś trzeszczała, zgrzytało, klikało, jakby odtwarzano je ze starych mocno zużytych płyt.

Kiedy myślimy o grupie Tarwater, w pierwszych skojarzeniach musi pojawić się także wytwórnia Morr Music (choć wydawali swoje albumy również w  Kitty-Yo, Gusstaff Records, czy Bureau B). Oficyna została założona w 1999 roku przez Thomasa Morra, który jak to często bywa, wydawał płyty artystów kierując się własnymi upodobaniami. Te zaś dotyczył głównie wszelkiej maści alternatywnego popu i post-rocka. Mniej więcej dwie dekady temu wytwórnia Morr Music miała swój "złoty okres", prezentując płyty takich wykonawców jak: Lali Puna, Ms.John Soda, Sing Fang, The American Analog Set, Mum, Masha Qrella, Teid & Tickled Trio, czy największa i nieco przypadkowa gwiazda, formacja The Notwist. Ten ostatni zespół odniósł spory i bardzo zaskakujący, również dla samych muzyków, sukces wydając album "Neon Golden". 




Duet Tarwater aż tak chwytliwych przebojów w swoim dorobku nie posiadał, więc i z tej przyczyny "zasięgi" miał o wiele bardziej ograniczone. Wynikało to głównie ze specyficznego podejścia do materii dźwiękowej Jestrama i Lippoka. Sporo w nim było eksperymentu, swoistego pójścia pod prąd lub na przekór, sporo prób zerwania z tradycyjnym myśleniem, schematami czy nabytymi nawykami. Jak sami przyznawali to w nielicznych wywiadach, lubili w kompozycjach coś zepsuć, złamać, wyprowadzić odbiorcę ze strefy komfortu.

"Kiedy pracujemy, staramy się w niczym nie ograniczać. Próbujemy pozostawić przestrzeń, w której możemy się rozwijać (...). Nasze podejście jest początkowo bardzo intuicyjne (...). Wszystkie dane wejściowe, w tym głos, traktujemy jednakowo".




 Trzynasty album, w zależności od przyjętej metodologii liczenia, zatytułowany "Nuts Of Ay", ukazał się w dniu wczorajszym. Wydawnictwo nie przynosi większych  zmian w sposobie estetycznej ekspresji niemieckiego duetu. Nadal jest to połączenie indie-popu i elektroniki. Czasem pojawiają się tony fletu lub jazzującej trąbki, nieco bardziej da o sobie znać gitara elektryczna lub sample. Bazą wielu kompozycji są drobne sekwencje dźwięków, które zapętlone i powtarzane dodają transowego charakteru.

Przy okazji prac nad albumem "Nuts Of Ay", przez studio nagraniowe przewinęło się sporo znajomych twarzy. W kompozycji "On Waves And Yers" maczał palce Carsten Nicolai, Schneider TM pojawił się w odsłonie zatytułowanej "Spirit Of Lux", a wspomniana już dzisiaj Masha Qrella dała o sobie znać w "Down Comes The Goose". Z kolei w tekstach znajdziemy bezpośrednie nawiązania i swobodne przetworzenie słów Dereka Jarmana ("All Nuns"), Jeana Kenbrovina (pseudonim trzech artystów ), Shane'a MacGowana ("USA") i Johna Lennona ("Everybody Had A Hard Year"). 

Trzeba przyznać, że duet Tarwater na opublikowanym wczoraj albumie "Nuts Of Ay" brzmi całkiem nieźle, zważywszy na fakt niemal dziesięcioletniej przerwy. W tym okresie panowie Jestram i Lippok nie próżnowali - pomagali innym artystom, nagrywali ścieżki dźwiękowe do spektakli teatralnych oraz oprawy muzyczne audiobooków. W moim subiektywnym odczuciu nowego wydawnictwa bronią przede wszystkim kompozycje ozdobione charakterystyczną warstwą wokalną (śpiew/recytacja), takie jak: "Trapdoor Spider", "Hideous Kiss", "USA", "On Waves And Years". Po niezbyt obiecujących wstępach, wiele z tych odsłon bardzo gustownie rozkwita w dalszych  częściach, co potwierdza umiejętności i możliwości tkwiące w berlińskim duecie.

(nota 7.5/10)

 


W strefie "Dodatków..." dziś jedynie same smakowite kąski. Rozpoczniemy od mocnego akcentu, czyli od kolejnego spotkania z naszym dobrym znajomym, reprezentującym Belgię - The Haunted Youth, który kilka dni temu opublikował nowy znakomity singiel. Coś dla "tańczących inaczej", z mocną finalną i rzadko spotykaną w tej stylistyce ekspresją.





Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że w ubiegłym tygodniu ukazała się najnowsza i zapowiadana przeze mnie płyta grupy Fazerdaze zatytułowana "Soft Power". Coś dla miłośników dream-popu/shoegaze'u.





Kilka dni temu ukazała się reedycja debiutanckiego albumu grupy The Sundays - "Reading, Writing And Arithmietic". Skorzystam z okazji, i przypomnę moją ulubioną piosenkę tej zapomnianej obecnie grupy, która nie znalazła się na tej płycie.





Wszyscy, którzy cenią sobie płyty z dobrze zrealizowanym dźwiękiem, powinni czym prędzej zapoznać się z albumem Johna Reseboro zatytułowanym "FOOLS". Jak utrzymuje autor tych kompozycji, specjalizuje się w gatunku "post-bossa". Będę jeszcze powracał do tego wydawnictwa w kolejnych odsłonach bloga.




Kolejny po Roseboro artysta z Brooklynu przybrał pseudonim Homer, i niedawno opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "Enstatina". Oto mój ulubiony fragment.





Przeniesiemy się do miasta Fresno w stanie Kalifornia, skąd pochodzi grupa Phantom Fruit, która niedawno opublikowała epkę - "Diamonded, Blonded, Jesus".






Całkiem zaskakujący album, jak na przedstawicieli alternatywnego grania na amerykańskiej ziemi. Grupa Lunar Noon - "A Circle's Rounds". Czyli wokalistka Michelle Zheng, aktywna sekcja dęta i przyjaciele.





"KOMPOZYCJA TYGODNIA", i jednocześnie zapowiedź płyty grupy pochodzącej z miasta Nashville (stan Tennessee) - ECHOLALIA, która ukaże się 28 lutego 2025 roku. Już zapisałem sobie powiadomienie w smartfonie. Przy okazji tej kompozycji mogą przypomnieć się płyty Roberta Wyatta, czy stare dobre East Of Eden, itp. CUDO!!!




I tak zupełnie niepostrzeżenie dotarliśmy do strefy:  "kącik improwizowany", gdzie posłuchamy wspólnie interpretacji znanego alternatywnego przeboju, którą można znaleźć na wydanej niedawno płycie Kyle Shepherd Trio - "A Dance More Sweetly Played".




Na koniec zostawiłem album tygodnia w kategorii muzyka improwizowana, zapowiadane już przeze mnie wydawnictwo brytyjskiego tria z miasta Leeds oraz grupy przyjaciół, czyli  Work Money Death - "People Of The Fast Flowing River".



sobota, 16 listopada 2024

FIONN REGAN - "O AVALANCHE" (Nettwerk Rec.) "LATO W BUTELCE"

 

   Twórczość Fionna Regana gościła już przed laty na łamach tego bloga. Sprawdziłem dokładnie, że to był kwiecień 2017 roku, kiedy zaprezentowałem udany album "The Meeting Of The Waters". Przy okazji recenzowania tamtego wydawnictwa wyraziłem nadzieję, że być może zostanie ono tym przełomowym w przekroju całego dorobku. Wcześniej artyście urodzonemu w 1981 roku w irlandzkim mieście Bray różnie się wiodło. Chociaż początki miał całkiem udane. Po świetnym debiucie Regan nominowany został do Mercury Music Prize, w prasie pojawiły się porównania do Nicka Drake'a czy Boba Dylana. Jednak kolejne płyty nie potwierdziły potencjału artysty. Może jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy były częste zmiany wytwórni płytowej. Przy tej okazji pojawiali się nowi producenci , których wizja brzmienia nie zawsze potrafiła pokazać muzykę oraz głos Regana w odpowiednim świetle. W trakcie pracy nad wydanym dwa tygodnie temu albumem "O Avalanche", irlandzki wokalista nawiązał współpracę z doświadczonym producentem Ianem Grimble. Ten ostatni zaczynał przygodę z dźwiękami w latach osiemdziesiątych, pomagając takim artystą jak: Marc Almond, The Fall, Peter Murphy czy Saint Etienne. Mam nieodparte wrażenie, że ta wyżej wspomniana dwójka na albumie "O Avalanche" stworzyła długimi fragmentami małe dzieło sztuki.




Żeby dopełnić blogowych formalności, wspomnę, że przed momentem zaprezentowałem "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA".

Ach, jak wspaniale brzmi. Przepięknie rozwija się ta melodia, która od pierwszych wspólnie zaśpiewanych słów wprawiła mnie w zachwyt. To jedna z najbardziej urokliwych piosenek tego roku. Utkana bardziej, niż nagrana podczas kolejnych żmudnych podejść w studiu. Jakże trzeba było być ostrożnym, tworząc subtelną, ale pełną magii, fakturę dźwiękową. W takim układzie jeden pochopny ruch, jeden zupełnie niepotrzebny gest, mógł zepsuć finalny efekt. Tytułowy utwór "O Avalanche" jest doskonałą wizytówką tego wydawnictwa i słusznie został wybrany na singla promującego album. To prawda. Dobre wieści są takie, że nie stanowi on przyjemnego pojedynczego wyjątku, zdecydowanie bardziej jest regułą, ponieważ cała płyta brzmi w ten sposób.

Jej autor Fionn Regan myślał o niej, jak o filmie rozwijającym się przy pomocy kolejnych sugestywnych ujęć. A skoro pojawiła się metafora filmowa, musi pojawić się także aktorka - Anna Friel (nominowana do Złotego Globu, niektórzy mogą ją pamiętać z obrazu "Jestem Bogiem"). To właśnie ona zaśpiewała w chórkach oraz w duecie piosenki "O Avalanche". Jako przyjaciółka zaprosiła artystę do odwiedzenia Majorki. Szczególnie chodziło jej o miejscowość Deia, położoną na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy, gdzie żył, tworzył i zmarł Robert Graves, autor książki "Biała bogini", która stanowi jedną z inspiracji tego wydawnictwa. 

"Myślę, że kiedy tam dotarłem, wszystkie piosenki zaczęły swobodnie płynąć, jak płynie złoto. Po prostu wylewały się i naprawdę czuliśmy, że odkrywamy wyspę lub coś podobnego z własnym kalendarzem i klimatem" - oświadczył Fionn Regan.




Ta urzekająca od pierwszych taktów "Island" swoboda, z jaką łączą się poszczególne tony, wyczuwalna lekkość przewijająca się przez kolejne odsłony albumu "O Avalanche", jak w przepięknym "Headphones", pełnym uroku "Deia/Liucalari", "Anja 1" nawiązującym nieco do najlepszym momentów twórczości Fleet Foxes, czy "Blood Is Thicker Than Wine", stanowi także o sile tego wydawnictwa. Jego podstawą jest brzmienie gitary akustycznej, lub  raczej gitar, gdyż w aranżacjach pojawia się ich więcej. To właśnie one cierpliwie tkają lepkie nitki babiego lata.

Czasem krajobraz wyspy odmalowany subtelnymi kolorami podkreśli drobna orkiestracja lub wymowny akcent perkusji. W innym miejscu pojawi się marzycielski chórek rozpięty na pajęczynie letniego nieba. Najbardziej urzekły mnie linie melodyczne, zwiewne, kruche, niemal przezroczyste. A dokładnie mówiąc, ich niespodziewane "twisty" - kiedy po klasycznym podziale "zwrotka/refren", gdzieś w końcówkach utworu, melodia meandruje, rozwija się w nieoczekiwany sposób, budząc w słuchaczu zachwyt. Nic dziwnego, że jeden z recenzentów napisał o tym albumie: "To płyta, przy której możecie się unosić, w której można się zanurzyć". A przecież właśnie takie wydawnictwa cenimy najbardziej.

"Jestem bardziej jak zorza polarna niż pokaz fajerwerków" - oświadczył Fionn Regan. Dlatego wydawnictwo "O Avalanche" wymaga skupienia, uwagi, odpowiedniego nastawienia. Tak łatwo przegapić wszystkie te inteligentnie wplecione drobiazgi, migotliwe smaczki, w otoczeniu których głos wokalisty zabrzmiał pełniej niż kiedykolwiek. To przy jego pomocy autor kompozycji powołał do życia krajobraz wyspy - "Czuję, że album ma w sobie sporo energii butelkowanego lata" - nawiązując do niego zarówno w tekstach, jak i w tytułach przywołujących konkretne miejsca: "Teix Mountains", "Deia Song/ Lucalari" ( w tej ostatniej wiosce mieszkał niegdyś Pablo Picasso). 

Chyba bez cienia przesady można powiedzieć, że w przypadku najnowszego albumu Regana mamy do czynienia z poetycką muzyką indie-folkową. Jednym z oddanych fanów twórczości Irlandczyka jest Justin Vernon ( Bon Iver), jakby nie patrzeć klasyczny dziś filar tego typu grania., który przed laty zamieścił cytat z piosenki Regana na swoim albumie. Płyta "For Emma, Forever Ago" (2007), błyskawicznie weszła do indie-fokowego kanonu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w przypadku najnowszej propozycji urodzonego w miejscowości Bray artysty, "Uczeń "( choć to odrobinę krzywdzące określenie w stosunku do Fionna Regana) przerósł dawnego "Mistrza"( Justin Vernon od dłuższego czasu nie potrafi wyplątać się z kłębowiska studyjnych kabli i elektronicznych zabawek). Gorąco polecam. Pozycja obowiązkowa!

(nota 8-8.5/10)


 


W strefie "Dodatki" pozostaniemy na brytyjskiej ziemi. Całkiem niedawno recenzowałem album  Caoilfhionn Rose, kilka dni temu ukazał się singiel, zawierający dwa nowe utwory.




Przed Wami kolejna rozmarzona kompozycja, którą znalazłem na ostatniej płycie zatytułowanej "Another Side Of Lowland Hum", amerykańskiej grupy Lowland Hum, która reprezentuje miasto Charlottesvile. 



Kilka dni temu Julia Holter przypomniała o sobie piosenką, która nie zmieściła się na jej ostatnim albumie -  "Something In Room She Moves".




Wczoraj ukazała się najnowsza płyta "Think Of Mist" grupy, która reprezentuje miasto Toronto, mam tu na myśli formację Dorothea Pass.



Do Belgii zaglądamy dość rzadko, a właśnie stamtąd pochodzi zespół Milan W., który kilkanaście dni temu wydał album zatytułowany "Leave Another Day".



Bardzo wpadł mi w ucho utwór brytyjskiej grupy Good Sad Happy Bad, który znalazłem na niedawno wydanym albumie "All Kinds Of Days"; choć cała płyta jest całkiem niezła.



W mieście Los Angeles rezyduje wiele ciekawych grup, między innymi wciąż niezbyt znany zespół Sun Colony, który kilka dni temu udostępnił nowy singiel.




Przeniesiemy się do Francji gdzie mieszka i tworzy nasz dobry znajomy Oan Kim - recenzję jego ostatniej płyty znajdziecie na blogu - oraz jego wesoła drużyna The Dirty Jazz. W tym tygodniu pojawiła się nowa kompozycja. Wyborne!!




Co może wydarzyć się, gdy pianista spotka basistę? Można przekonać się o tym słuchając najnowszej propozycji kolejnych znajomych z tego bloga: Billa Laurance i Michaela League - "Keeping Company'.




sobota, 9 listopada 2024

MICHELLE GUREVICH - "IT WAS THE MOMENT" "Zatrzymać chwilę"

 

     Wiele wskazuje na to, że bohaterka dzisiejszego wpisu - Michelle Gurevich - ma w naszym kraju grupę wiernych  fanów. Do tej pory wszystkie jej koncerty cieszyły się sporym powodzeniem. Ostatnie sceniczne występy miały miejsce w ubiegłym roku, wokalistka odwiedziła Gdańsk, Warszawę, Poznań oraz Katowice. Również wiele stron internetowych proponowanych przez popularne wyszukiwarki, gdzie zamieszono wzmianki o tej artystce, napisane zostały w języku polskim (choć powielają te same zdania). Troszkę może to dziwić, że głównie fani z Europy Środkowej lub Wschodniej docenili twórczość artystki. Można to wytłumaczyć faktem, że Michelle Gurevich posiada rosyjskie korzenie - matka była baletnicą, ojciec inżynierem - choć aktualnie posiada kanadyjskie obywatelstwo. W zdobyciu większej popularności z pewnością nie pomaga osobliwy upór wokalistki, która od samego początku wydaje kolejne albumy własnym sumptem, i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Z dużym prawdopodobieństwem to celowy zabieg i sposób funkcjonowania na rynku muzycznym. Jakoś nie potrafię uwierzyć w to, że tak charakterystyczna wokalistka nie mogła do tej pory znaleźć chociażby niszowego wydawcy.


Dwa dni temu, czyli przed tradycyjnym "premierowym piątkiem" Michelle Gurevich za pośrednictwem platformy Bandcamp udostępniła najnowszy album zatytułowany "It Was The Moment". Debiutowała krążkiem "Party Girl", który ukazał się w 2007 roku, zaś ostatnim wydawnictwem płytowym był album "Ecstasy In The Shadow Of Ecsasy" (2020). Zgodnie z moją tezą, również za albumem "It Was The Moment" stoi męski producent Chris Brown (współpracował z Radiohead, Muse). Całość zmiksował nasz dobry znajomy KRAMER, a na basie w tytułowym utworze zagrał Tymek Wojtewicz. Muzyka Michelle Gurevich w zamierzony sposób próbuje połączyć elementy kultury Wschodu i Zachodu. Z tej ostatniej czerpie wyraźnie wyczuwalną stylistykę indie, w której zanurzają się zwykle niespiesznie rozwijane mroczne lub nostalgiczne ballady.

Pierwsze utwory Kanadyjka nagrywała w sypialni, przykładając usta bardzo blisko mikrofonu. Jej charakterystyczny głęboki głos - kontralt - często płynnie przechodzi od śpiewu do recytacji. W dzieciństwie słuchała Pugaczowej, Adriano Celentano, Charlesa Aznavoura, Yoko Ono czy Nino Roty. Do lata 2016 roku używała pseudonimu "ChinaWoman" - jej matka posiada chińskie korzenie i stąd taka nazwa. Jednak po wielu listach, w których regularnie pojawiały się oskarżenia o rasizm, postanowiła to zmienić.

Michelle Gurevich początkowo zamierzała kręcić filmy, ale po zakupie syntezatora i gitary zmieniła zdanie. Założyła profil na stronie Myspace i opublikowała pierwszą piosenkę - "I Kiss Hand Of My Destroyer" (2005 ). Sześć lat później z Kanady przeniosła się do Berlina, a jej utwór "A Kiss In Taksim Square" stał się przebojem wśród tureckiej mniejszości. Kompozycje Gurevich trafiły również na ścieżki dźwiękowe głównie europejskich filmów, chętnie wykorzystywano je podczas pokazów mody. Kilka lat temu został matką, porzuciła stolicę Niemiec i przeniosła się do Kopenhagi.



Najnowszy bardzo udany album "It Was The Moment", podobnie jak poprzednie oszczędne produkcje, w brzmieniu nawiązuje do dark-popu, slowecore; jeden z krytyków dość trafnie określił styl kanadyjskiej wokalistki terminem "dark chanson". "Kiedy czuje się dobrze, nie mam czasu myśleć o pisaniu piosenek. Nie rozumiem, jak ludzie mogą pisać piosenki poprawiające nastrój" - zauważyła w jednym z wywiadów, żeby w kolejnej rozmowie z dziennikarzem dodać: "Być może wciąż piszę tę samą piosenkę".

W tej jednej, uparcie i na nowo rozwijanej pieśni, autorka porusza tematy przemijania, straty, miłości czy tęsknoty. Jej kompozycje przypominają utrwalone w kadrze migotliwe obrazy z filmów noir. Jeśli chodzi o moje prywatne porównania kilka bardzo udanych fragmentów płyty "It Was The Moment" skojarzyło mi się z płytami Melanie Di Biasio lub z twórczością nieco zapomnianej i niezbyt dobrze znanej grupy ILYA. Podobna wrażliwość, podobna głębia zanurzenia w materiał dźwiękowy - choć Michelle Gurevich używa niewielu instrumentów, dość starannie posługuje się brzmieniem - zbliżone stany melancholijnej refleksji. Wiele wskazuje na to, że to najlepsze wydawnictwo w jej całym dotychczasowym dorobku. Warto!

(nota 8/10) 

 


W strefie "Dodatków..." postaram się podtrzymać podobny nastrój. Na dobry początek artysta z Nowego Yorku, czyli Mark Trecka, który pod koniec października opublikował album zatytułowany "Fool Signal".



Hiszpanię reprezentuje duet Sophie Brightman i Javier Manrigueddara, czyli duet Sophie And Me, który w połowie października wydał epkę "For Those Unfinished Feelings".



Olivia Barchard mieszka w San Francisco, i ukrywa się pod pseudonimem Venus In Arms, oto jej najnowsza piosenka.



Gilles Dewalque i przyjaciele pochodzą z Belgii, tworzą grupę Pale Grey, która kilka dni temu opublikowała nowy singiel. 



Trzeba przyznać, że to był słaby rok dla wytwórni Bella Union, niewiele płyt nowych zespołów opublikowali, a starsi artyści wymownie milczeli. Wczoraj nakładem tej oficyny ukazał się album grupy Our Girl zatytułowany "The Good Kind".



Również w dniu wczorajszym ukazał się album "Why Is The Colour Of The Sky" australijskiej formacji Bananagun. Wybrałem z niego taki oto fragment.



Uważny Czytelnik zauważył pewnie, że zaprezentowałem już kilka urokliwych piosenek brytyjskiego duetu Deary, który tworzą  Ben Easton oraz Rebecca "Dottie" Cockram. W ubiegłym tygodniu pojawiała się ich epka zatytułowana "Aurelia". Oto przed Wami "PIOSENKA TYGODNIA".



W "kąciku improwizowanym" przeniesiemy się do Etiopii, skąd pochodzi formacja Mulatu Astatke, która wczoraj wraz z Hoodna Orchestra opublikowała nową płytę zatytułowaną "Tension".



Dawno nie słuchałem jakiegoś bootlega, jest ku temu dobra okazja, bowiem wczoraj ukazała się płyta Miles Davis Quintet - "Miles In France 1963 & 1964, The Bootleg Series vol.8".





sobota, 2 listopada 2024

THE CURE - "SONGS OF A LOST WORLD" (Fiction /Polydor) "Przyjaciel z przeszłości"

 

     Jak słusznie zauważył Jan Sowa w swojej sztandarowej pracy "Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą", "nostalgia" to zgrabne połączenie dwóch greckich słów, nostos - powrót do domu i "algia" (ból), tęsknota, na przykład za krajem ojczystym, za czymś, co minęło, za konkretnym miejscem lub momentem w historii albo za osobą. "W nostalgii dochodzi do szczególnego rodzaju synestezji: czas przejmuje właściwości przestrzeni i tęskniący podmiot uzyskuje zdolność poruszania się w nim w dowolnym kierunku, podobną do możliwości swobodnego przemieszczenia się w trzech wymiarach przestrzeni". 

To zjawisko całkiem nieźle tłumaczy fakt popularności wielu grup muzycznych, które na scenie funkcjonują z powodzeniem od wielu dekad, mając za sobą szacunek i oddanie rzeszy wiernych fanów. Podobnie jest z grupą The Cure, czego wymownym potwierdzeniem niech będą mniej lub bardziej emocjonalne wpisy zamieszczone w popularnym serwisie muzycznym, jako komentarze pod ich najnowszymi piosenkami. Wpisy, dodajmy na marginesie, pochodzące niemal z każdego zakątka ziemskiego globu.



"Mam 56 lat i płakałam jak dziecko. Czuje się, jakbym wracała DO DOMU"... "Mam 51 lat, czekałem na ten dzień szesnaście lat. Teraz czuję, jakbym znów miał szesnaście lat"... "Siedzę tutaj w wieku 53 lat. Płaczę, jak wspaniale brzmi Robert Smith i jego zespół. Zastanawiam się, gdzie uciekł mi ten czas"... "Mam 46 lat. To nagranie przeniosło mnie z powrotem do tych dni pełnych nadziei, kiedy miałem osiemnaście, dziewiętnaście lat. Mój kraj był wtedy piękniejszy. Nasze życie było lepsze. Teraz jestem w miejscu, gdzie moje marzenia nie są już tak prawdziwe. Ta piosenka jest jak PRZYJACIEL Z PRZESZŁOŚCI"... "Siedzę przed domem w samochodzie i słucham tej piosenki nocą. To absurdalne, jak wiele w tym tekście jest o mnie. Moja żona zostawiła mnie dwa miesiące temu i nie mogłem nic na to poradzić. Ta piosenka pojawiła się w sama porę."... "To niesamowite. To tak, jakby zespół nigdy nie zrobił sobie przerwy. Tak wiele innych grup, które wciąż istnieją, zmieniło się na przestrzeni lat, a tutaj wciąż mam ten sam klasyczny dźwięk The Cure z naszej młodości"... "Kurczę, nawet nie wiem co powiedzieć... The Cure wyciągnęło mnie z kilku głębokich depresyjnych momentów w moim życiu. Właśnie wtedy, gdy myślałem, że nie mogę dalej... The Cure staje się moim "cure". Modlę się o ich kolejną wizytę w Perth"...



Te szczere i pełne emocji wpisy wiele tłumaczą, prawda? W piosenkach zespołu The Cure również znajdziemy mnóstwo emocji, wyrażanych lepiej lub nieco gorzej przez jego lidera. Kiedy słyszymy, że ich autor tęskni, czuje się samotny lub porzucony, przeżywa gorsze dni, znalazł się na kolejnym życiowym zakręcie - możemy odnieść wrażenie, że jest człowiekiem z krwi i kości, że poniekąd jest jednym z nas. Tym samym, że ma na tyle determinacji, talentu oraz odwagi, żeby wyrazić także nasze lęki, obawy, przemyślenia, odczucia, stany emocjonalne itd. 

Kiedy ponad czterdzieści lat temu, w jednym z pamiętnych wersów, Robert Smith wspominał: "To bez znaczenia, skoro i tak wszyscy umrzemy", chyba nie przypuszczał, że nadchodzące lata tak boleśnie go doświadczą. Wszystkie te zwiewne metafory, zgrabne frazy, pochodzące z okresu dwóch znakomitych albumów "Faith" (1981) oraz "Pornography" (1982), intonowane później przez fanów lub wykrzykiwane w zbiorowej ekstazie podczas koncertów, były w tamtym okresie dla brytyjskiego wokalisty czymś na kształt mglistych przypuszczeń lub niejasnych wyobrażeń. "Wcześniej pisałem o rzeczach, które sądziłem, że rozumiem. Teraz wiem, że je rozumiem" - oświadczył niedawno w jednym z wywiadów.

Tym razem za tekstami zamieszczonymi na opublikowanym wczoraj albumie "Songs Of A Lost World" stoją realne i osobiste, bolesne doświadczenia. W ostatnim czasie Robert Smith pożegnał ojca, matkę oraz brata. Wydaje się, że egzystencjalne lęki młodego człowieka wyrażane czterdzieści lat temu znalazły przykre urzeczywistnienie lub potwierdzenie. W tym kontekście nie mogą specjalnie dziwić takie oto wersy zamieszczone w piosence "End Song" - "Wszystko odeszło. Nie pozostało nic z tego, co kochałem".



Najnowsza propozycja grupy The Cure - "Songs Of A Lost World" początkowo miała liczyć trzynaście kompozycji. Jednak zamiast dwupłytowego wydawnictwa dostajemy krążek zawierający osiem utworów. I to bez mojego ulubionego, jednego z najlepszych w ciągu ostatnich kilku dekad  - "It Can Never Be The Same". Jak to możliwe? Przecież ta piosenka tak wspaniale wpisałaby się w dość ponury nastrój najnowszej propozycji brytyjskiej formacji. Jeden z dziennikarzy zaciekawiony tym faktem, zapytał wprost Robert Smitha, o powód takiego stanu rzeczy. Ten ostatni odpowiedział w typowy dla siebie sposób. "Ach, no tak... Graliśmy ten numer od dłuższego czasu. Wydawał się być już znany i stary".

Tak czy inaczej, muzyka zawarta na albumie "Songs Of A Lost World", za którym stoi ponoć mnóstwo porzuconych sesji nagraniowych, wydaje się dość surowa, oszczędna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, na podobieństwo brzmienia, które charakteryzowało dwie wspomniane już dziś płyty: "Faith" oraz "Pornography". Podstawowa różnica jest taka, że czterdzieści lat temu młody brytyjski muzyk poruszał się niepewnie po nieznanym terytorium, podczas gdy obecnie z premedytacją wykorzystuje stare sprawdzone chwyty, żeby uzyskać pożądany efekt. Nie powtórzyłbym za jednym z recenzentów, który stwierdził, że : "Gitary dzwonią jak w dniach chwały wytwórni 4AD". Te ostanie raczej odzywają się miarowo i bez niepotrzebnych w tym układzie fajerwerków, zaprzęgnięte do żmudnej pracy, w celu podtrzymania specyficznego nastroju. 

Nie mogło być inaczej, skoro warstwa tekstowa tym razem dotyczy straty, żalu, rozmaitych zakończeń. Raz po raz brzmienie odrobinę się zagęści, jak w "Drone:NoDrone" lub w znakomitym, moim cichym faworycie - "Warsong". Najważniejsza wiadomość jest taka, że tym razem brytyjskiej załodze udało się uniknąć poważnych  mielizn. Również głos Roberta Smitha, w najlepszych momentach, o dziwo, brzmi tak dobrze jak przed laty. Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie wczoraj wydanej płyty do znakomitego, ikonicznego albumu "Disintegration" - to była inna epoka muzyczna, a różnice w podejściu do materii dźwiękowej widoczne są gołym okiem. Wydaje się, że najnowsze wydawnictwo formacji The Cure jest udaną propozycją na obecne czasy i na miarę aktualnych możliwości jednak mocno już wiekowej grupy. 

Na okładce płyty widnieje rzeźba autorstwa Janeza Pirnata, który zmarł był dokładnie w tym dniu, kiedy Robert Smith odnalazł do niego kontakt. Całość wyprodukował i zmiksował Paul Corkett, ten sam, który współpracował z grupą przy okazji wydawnictwa "Bloodflowers". 

Nie wiem, czy będę często wracał do tej płyty. Muzycznie chyba dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Odbieram ostatni album The Cure, zgodnie z dzisiejszym wstępem, przede wszystkim przez filtr nostalgii. Raczej pozostawię rozmowę z przyjacielem z dawnych lat na specjalne okazje. Na koniec zdanie, które świetnie podsumuje wczoraj opublikowane wydawnictwo. Jego autorem jest dziennikarz "Rolling Stone", który trafnie napisał: "I tak oto wyimaginowany chłopiec stał się zmaltretowanym rzeczywistością mężczyzną".

(nota 7.5/10)

 


Na początek strefy "Dodatki..." coś w stylu dawnego The Cure, czyli grupa z Chicago - Humdrum i fragment z ich wydanej przed dwoma tygodniami płyty "Every Heaven".



Do brzmienia The Cure nawiązuje również artysta z Berlina - Curses, płyta zatytułowana "Another Heaven" ukazała się przed tygodniem.



Kolejna artystka reprezentuje Kanadę, miasto Toronto - Tess Parks. Również przed tygodniem ukazała się jej płyta zatytułowana "Pomegranate". Oto mój ulubiony fragment.



Przeniesiemy się do Francji, gdzie trójka przyjaciół tworzy grupę Sinaive. W ubiegłym tygodniu opublikowali album "Pop Moderne". Ps. Martin Heidegger byłyby dumny, widząc taki tytuł piosenki "Dasein...".




HOO, czyli grupa złożona z byłych muzyków takich grup jak: Chapterhouse, Mojave 3 i Slowdive, przed tygodniem wydała nowy album zatytułowany po prostu "III". Wybrałem taką oto piosenkę.



Z Vermont pochodzi artysta Lutalo Jones, który pod koniec września opublikował wydawnictwo zatytułowane "The Academy". Tak wspaniale się rozpoczyna!!



Przed Wami szybka podróż do kluczowego stanu w najbliższych wyborach, czyli do Pensylwanii, miasto Pittsburgh reprezentuje grupa Colatura. Oto "Piosenka Tygodnia".


Klawiszowiec i kompozytor Surya Botofasina reprezentuje miasto Nowy York, wraz z kolegami i koleżanką przed dwoma tygodniami opublikował album zatytułowany "Ashram Sun".



"Kompozycja Tygodnia" w krainie muzyki improwizowanej należy do brytyjskiej grupy Work Money Death. 22 listopada opublikują nowy album zatytułowany "People Of The Fast Flowing River". Przyznam, że niecierpliwie czekam na to wydawnictwo.