Przyznam szczerze, że do najnowszej płyty greckiego artysty podszedłem tak, jak przed laty Anna Patrycy podejść zechciała, w klasycznej niegdyś reklamie, do opakowania podpasek - czyli: "Z pewną taką nieśmiałością". Jednak z każdą kolejną kompozycją zamieszczoną na tym udanym, jak później się okazało, albumie moja mina, wyrażająca początkowo sceptycyzm, coraz bardziej pogodniała i z chmurnego oblicza nieoczekiwanie przeobraziła się w twarz pełną zadowolenia i radości. Sporą niespodziankę sprawił mi multiinstrumentalista pochodzący z Grecji i ukrywający się pod pseudonimem Theodore. Fonograficznie debiutował pięć lat temu albumem zatytułowanym "7", utrzymanym w posto-rockowych, indie-rockowych klimatach i zawierającym zgodnie z tytułem siedem utworów. Jego poprzednia płyta "It Is But It's Not" została nieco bardziej dostrzeżona w wąskich kręgach poszukiwaczy i tropicieli, a także w środowisku muzycznym, jej autor zdobył kilka lokalnych nagród i wyróżnień. Warto przy tej okazji wspomnieć, że miksował ją Ken Thomas, znany ze współpracy z takimi grupami jak: Sigur Ros, M83, co oczywiście słychać było w brzmieniu poszczególnych kompozycji.
Najnowszy album wyprodukował Vagelis Moschos, a nagrywano go w kilku studiach, między innymi w "Clouds Hill" (Hamburg), "Katara Studios" (Doha), "Black Rock Studio" (Santorini). Theodore studiował naukę gry na fortepianie, pasjonował się tradycyjną grecką muzykę ludową, nagrał ścieżkę dźwiękową do spektakli teatralnych oraz do filmu; chociażby ta tworzona na żywo podczas projekcji filmu w reżyserii Bustera Keatona "Cameraman" ("Człowiek z kamerą"), w Świątyni Zeusa. Pobierał także lekcje w zakresie kompozycji muzycznej. I trzeba przyznać, że nauka nie poszła w tym przypadku w las.
W jego utworach słychać wyraźnie zamysł muzyczny, bez trudu możemy odkryć swoistą strategię działania czy funkcjonowania oraz fakt, że są to nagrania zdecydowanie bardziej skomponowane - w tradycyjnym tego słowa rozumieniu - niż, co jest obecnie modne, wyprodukowane. W wielu z tych dziesięciu kompozycji, wypełniających album "Inner Dynamics", możemy usłyszeć mniej lub bardziej rozbudowaną orkiestrację. Łagodne tony fortepianu mieszają się tutaj w dyskretny oraz inteligenty sposób z dobrodziejstwami współczesnej elektroniki, ambient wyciąga dłoń w stronę indie-rockowego grania i muzyki filmowej. Wszystko to razem wzięte sprawia, że płyty słucha się z dużą przyjemnością, ponieważ przy tak skomponowanych dźwiękach trudno się nudzić. Na szczęście nie ma tu zbyt gwałtownych przeskoków stylistycznych, rollercosterowej jazdy z muzycznego nieba do brzmieniowego piekła. Theodore (Thodoris Polichronopoulos) w przemyślany i subtelny sposób dozuje zarówno emocje, jak i napięcie. Muzyka greckiego artysty podoba mi się w dynamicznych oraz energetycznych fragmentach - "Towards?", "Disorientation", "Floating" - jak i w chwilach wyciszenia, w momentach intymnych zwierzeń, kiedy słychać tylko fortepian i jego głos - przepiękny (szczególnie w końcówce) "Not For You". Od czasu do czasu daje o sobie znać skłonność do budowania i rozciągania napięcia, sentyment do dłuższych dźwięków oraz fraz, nieskrywana zbytnio słabość do posługiwania się patosem. Być może w kilku momentach zabrakło mi spektakularnego gitarowego solo, albo krzyku trąbki lub lamentów saksofonu, co nie zmienia faktu, że chętnie powrócę do płyty raz, drugi i trzeci, przy najbliższej okazji.
W ostatnim czasie emocje związane z odsłuchiwaniem płyt przegrały w nierównej walce z emocjami, które towarzyszą grze w tenisa. Wiosenne zmagania tenisistów zwykle odbywają się na ceglanej mączce, a ja od lat mam nieskrywaną słabość akurat do tego typu nawierzchni. Oczywiście mączka mączce nierówna, są nawierzchnie szybsze i wolniejsze, lepsze, pod względem równości powierzchni oraz gorsze (Foro Italico). Najlepsze pod względem jakości są paryskie korty. Pomimo, iż moje pierwsze tenisowe kroki stawiałem na nawierzchni betonowej, to tenisa uczyłem się przede wszystkim od mistrzów popisujących się spektakularnymi uderzeniami na kortach położonych w 16 dzielnicy Paryża. Z kilku podstawowych nawierzchni, na których zwykle rozgrywane są mecze tenisowe, to właśnie podłoże trawiaste oraz mączka ceglana są najbardziej wymagające. O ile do wygrania spotkania na trawie często wystarczy dobry "serv and volley", o tyle, żeby wygrać mecz na popularnej "cegle", trzeba pokazać pełnię tenisowych umiejętności. Mączka ceglana nie wybacza i obnaża wszelkie słabości tenisowego rzemiosła. Boleśnie się o tym przekonało wielu dziś legendarnych mistrzów, którzy w tenisie osiągnęli niemal wszystko - wszystko oprócz zwycięstwa na kortach Rolanda Garrosa. Jest coś dla mnie magicznego w obrazie ceglanego kortu, zraszanego leniwymi strumieniami wody, otoczonego kręgiem drzew, za czubkami których z wolna chowa się miodowa tarcza słońca. Turniej w Paryżu rozpoczyna się w niedzielę, i w tym roku, zarówno zmagania pań, jak i panów, zapowiadają się wyjątkowo ciekawie. Już zacieram ręce.
Po takim wstępie, aż prosi się, żeby przedstawić artystę bądź zespół pochodzący z kręgu języka francuskiego. Jednak nic takiego, i godnego uwagi, nie przewinęło się przez mój odtwarzacz w ostatnich tygodniach. W oczekiwaniu na zbliżającą się wielkimi krokami premierę albumu Broken Social Scene, ("Hug of Thunder", 7 lipca), powróciłem do ich starych płyt. Szczególnie zawiesiłem się - i to nie po raz pierwszy - na jednym utworze, który jest dla mnie czymś na kształt definicji stylu kanadyjskiej formacji, ale również pokazem pełni możliwości. Swoboda, niczym nieskrępowana wyobraźnia, radość grania, żywioł i energia. Aranżacja i realizacja to w tym wypadku małe dzieło sztuki. I to coś niesamowitego, ulotnego, niby chwile zbliżającego się climaxu, które jakimś cudem udało się utrwalić w postaci cyfrowego zapisu. Obietnica spełnienia odnawiana po wielokroć oraz jej permanentne odroczenie. Balansowanie na krawędzi rozkoszy. Eros i Tanatos splątani w dzikim tańcu... To wszystko i jeszcze więcej przychodzi mi do głowy, za każdym razem, kiedy z głośników dobiega ten znakomity utwór. Albo słucha się tego na 90% mocy wzmacniacza, albo wcale. Sąsiedzi wybaczą.... (Ps. Oczami wyobraźni widzę niektórych krajowych polityków, którzy w takt tego czarownego utworu tańczą... Jive'a).
Jeśli przyjąć, że w utworze "Superconnected" zespołu Broken Social Scene długimi fragmentami mamy do czynienia z czymś na kształt "muzycznej orgii", to w porównaniu z tą kompozycją najnowsza płyta MT.WOLF wydaje się być wyjątkowo pruderyjna, szczególnie jeśli chodzi o partie wokalne. "AETHERLIGHT" to pierwszy album angielskiej grupy nagrany po odejściu wokalistki, która postanowiła robić solową karierę. Żeby formacja mogła istnieć dalej, trzeba było kimś ową krnąbrną panią zastąpić. Zastąpiono i to niejako w dwójnasób. Na płycie mamy bowiem dwie linie wokalne. Raz jest to nieśmiały, wycofany i delikatny falset, a innym razem męski głos, przywołujący skojarzenia z wokalistami sceny gotyckiej. Długie dźwięki, staranne frazowanie ("chóralne"), które momentami brzmi nieco pompatycznie, jakby ktoś próbował obwieścić prawdy wzniosłe i piękne. Ten niższy głos odrobinę przypomina sposób śpiewania oraz barwę głosu Davida Martina z zespołu iLikeTrains, tyle że zamiast przeszywających powietrze gitar - których, przyznam szczerze, w poszczególnych fragmentach albumu mocno mi brakowało - mamy mniej lub bardziej zgrabne orkiestracje (jak chociażby w "Heavenbound"). Bez trudu można również odnaleźć w niektórych utworach nawiązania do twórczości Sigur Ros czy wczesnego Bon Iver. Jak się okazało, te moje pierwsze skojarzenie nie były przypadkowe, ponieważ płytę produkował Ken Thomas, który wcześniej współpracował z takimi zespołami jak: Sigur Ros, M83, Daughter (stąd ten melodramatyczny charakter kilku piosenek). I pewnie fani wyżej wymienionych grup z radością przywitają na półkach sklepowych album "AETHERLIGHT". Jeśli chodzi o skromną osobę autora tego bloga, odczuwa on pewien niedosyt. Jednak po nałogowym obcowaniu z kompozycją "Superconnected", wiele nawet całkiem zgrabnie napisanych utworów może wydawać się dziwnie płaskich.