Pokazywanie postów oznaczonych etykietą She's Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą She's Green. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2026

SHE'S GREEN - "SWALLOWTAIL" (Photo Finish Records) / BLUE STATES - "WHERE THE FADES MEET" "MUZYKA MCHU I PAPROCI"

 

  Czasem myślę - cóż za śmiałe wyznanie - że muzyka, szczególnie ta utkana z pogłosu i niedopowiedzeń, nie służy tylko do słuchania. Lecz również do przypominania, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy, jaka jest nasza muzyczna biografia itd. Istnieją płyty, które podobnie jak mini album pięciorga młodych ludzi z miasta Minneapolis (gości turniej golfowy w ten weekend), ukrywających się pod nazwą SHE'S GREEN - nie tylko pojawiają się w naszej teraźniejszości, co dość mocno zwracają się ku naszej przeszłości. Słuchając ich najnowszej propozycji zatytułowanej "SWALLOWTAIL", człowiek może odczuć nostalgię za starymi dobrymi czasami. Mam tu na myśli początek lat 90-tych, kiedy tego typu granie przeżywało swój złoty okres.







  W świecie, gdzie wszystko jest natychmiast nazywane, musi posiadać swoją etykietę i łatkę, ten młody kwintet, okrzyknięty przez skłonnych do przesady brytyjskich dziennikarzy: "największą nadzieją roku" - proponuje nam coś innego. Dobrowolne zagubienie się we wnętrzu przyjemnego, intymnego kokonu. Kwintet z Minneapolis tym razem stworzył dzieło nieco lżejsze, bardziej  mieniące się barwami, niż ich wcześniejsze "hałaśliwe dokonania". Przy okazji ukrył w nim ciekawe detale, które nie pozwalają o tym wydawnictwie tak łatwo zapomnieć. 


Przez lata shoegaze przyzwyczaił nas do tego, że bywa niczym gęsta mgła - gitary potrafią rozmyć się niczym jeden potężny dźwiękowy dron. Na albumie "Swallowtail" (nazwa odnosi się do rodziny motyli), grupa nieco zmieniła taktykę. Jak zauważyli recenzenci, panowie i pani grają tym razem niczym rasowy, rockowy zespół, który zakochał się w pogłosie (efekt reverb). Największym atutem najnowszego krążka może być zmiana nastroju. Singlowy "Mettle" potrafi przejść od sielanki do grunge'owego rocka. Akustyczny "Empty House" może kojarzyć się z bedroom folkiem. Przy okazji tej odsłony wokal znajduje się blisko słuchacza, jakby Zofia Smith śpiewała kolejne wersy tekstu tuż obok nas. Z kolei zamykający wydawnictwo, siedmiominutowy "Close Your Eyes" to wymowny pokaz dojrzałości oraz cierpliwości.






  Głos wokalistki Zofii Smith wydaje się być nieco bardziej  wyeksponowany niż to bywało na poprzednich płytach. Jej śpiew ma w sobie coś hipnotyzującego. Potrafi przemienić się w oniryczną kołysankę albo w pełen tęsknoty, rozdzierający krzyk. Szukając punktów odniesienia warto zwrócić się do wspomnianej już dziś przeze mnie przeszłości. Można wymienić chociażby takie grupy, jak mało znaną obecnie THE SUNDAYS. W niektórych momentach, w tych spokojnych chwilach, wokaliza Zofii Smith zbliża się barwą, nastrojem,  do głosu Harriet Wheeler z początku lat 90-tych. Zgrabna melodyka i chłodny blask gitar może przypominać dokonania formacji Slowdive. Amerykańska wokalistka wspominała w wywiadach, że koncerty Slowdive za każdym razem: "całkiem ją obezwładniają". Finałowe minuty "Close Your Eyes" czy dynamika partii "Mettle" mają w sobie epicki post-rockowy rozmach, kojarzony z płytami Sigur Ros lub Mogwai.



  "Muzyka mchu - to drobna rzecz, która odżywia swoje otoczenie i jest bardzo mocna i gęsta, ale jednocześnie puszysta i miękka. Myślę, że to naprawdę opisuje nasze brzmienie. Czasami słychać dźwięk miłości, i jest go dużo; czasami jest ciężki, a czasem jest w nim ta delikatność. Celem naszej muzyki jest stworzenie otoczenia, w którym człowiek może nakarmić swoją duszę" - Zofia Smith.


   Album "Swallowtail" udowadnia, że formacja SHE'S GREEN to nie jest kolejny zespół kopiujący bezmyślnie popularne trendy reklamowane na Tik-Toku. Zespół gra intymną, wielowymiarową muzykę, która niczym wspominany przez nich mech, powoli obrasta słuchacza, zostając z nim na dłużej niż tylko czas trwania tych nowych siedmiu kompozycji. 


(nota7.5/10)













 

  W ludzkiej pamięci są strefy, które z braku lepszego słowa można nazwać zapomnieniem. Choć w rzeczywistości często bywają jedynie pewnym zawieszeniem. Mgłą, w której rzeczy minione spokojnie czekają na swój powrotny ton. Pomyślałem o tym, kiedy po latach milczenia usłyszałem pierwsze takty płyty "WHERE THE FADES MEET" grupy BLUE STATES. Za nazwą ukrywa się ANDY DRAGAZIS. Człowiek, którego twarzy pewnie większość z nas w ogóle nie kojarzy (być może podobnie jak nazwiska). Natura jego rzemiosła, intymnego montowania dźwięków w odosobnieniu wiejskiej stodoły w Sussex, domaga się raczej niewidzialności niż blasku reflektorów. Otóż artysta ten powrócił, i w dniu wczorajszym opublikował nowy całkiem udany album.







 

  Nazwa "BLUE STATES", wybrana przed niemalże trzydziestoma laty, nie była, jak sądzili niektórzy deklaracją polityczną, ani geograficznym przypadkiem. Był to opis kondycji ludzkiej duszy. Ów stan, kiedy niebieska barwa staje się synonimem nostalgii, owego specyficznego, w tym przypadku angielskiego smutku, który nie rani, nie przytłacza, lecz osłania przed brutalnością świata. 


Od samego początku, czyli od debiutu "Nothing Changes Under The Sun" (2000), Andy Dragazis zajmował się archiwizacją nastrojów. Któż z nas - fanów muzyki alternatywnej - przechodząc przez opustoszałe ulice, nie miał czasem w głowie tych filmowych partii smyczkowych, które autor potrafił zamknąć w kilkuminutowych kompozycjach. Któż z nas - tropicieli intrygujących dźwięków - nie pamięta, jak jego mieniący się barwami największy przebój "Season Song" - utwór skradziony przez kino, i wtopiony w makabryczne, opustoszałe pejzaże Londynu, w filmie "28 dni później" (kolejna powtórka filmu dziś wieczorem na kanale AMC) w reżyserii Danny'ego Boyle'a - stał się potem hymnem samotności i końca świata. 


"Przez większość czasu pamiętam, że odkrywałem muzykę poprzez filmy, które oglądałem - tak to zwykle działało. Jednak w przypadku Blue States bieg zdarzeń został odwrócony" - powiedział Andy Dragazis. 








  

 Muzyka BLUE STATES miała w sobie tak silny pierwiastek narracyjny, że to obrazy filmowe same dopasowywały się do dźwięków, a nie odwrotnie. Ważnym, a często zapominanym elementem przeszłości grupy, jest moment tuż po wydaniu płyty "Man Mountain" (2002). Fani oczekiwali wtedy od nich kolejnego chilloutowego, kawiarnianego, indie-popowego albumu. Tymczasem Andy Dragazis postanowił całkowicie zmienić kurs. Na mojej ulubionej płycie "The Soundings" (2004), twórca porzucił elektronikę i zaprosił  do współpracy wokalistów rockowych. Był to akt artystycznej odwagi, który udowodnił, że muzyka formacji Blue States nigdy nie chciała być tylko "tłem do relaksu", ale pełnowymiarowym projektem autorskim, poszukującym melancholii w różnych gatunkach muzycznych. 









  Inspiracją do powstania najnowszego albumu "WHERE THE FADES MEET" stała się fascynacja Dragazisa trybem "Audio fades" - czyli stopniowym wyciszaniem dźwięku. "Spodobał mi się pomysł, żeby koncepcję "audio fades" przełożyć na ludzkie życie" - wyjaśnił brytyjski muzyk. 


Jak można wyczytać z notki prasowej, opublikowana wczoraj płyta bada motyw rozmaitych przejść między różnymi etapami życia, kruchości ludzkiej pamięci, ucieczki od rzeczywistości. Głównym spoiwem albumu stała się postać i głos STACEY DOWDESWELL. Kluczową osobą w jej zatrudnieniu była Tahita "Ty" Bulmer - dawna wokalistka Blue States, znana z płyty "Man Mountain" (2002). Kiedy po dwudziestu latach Andy Dragazis ponownie nawiązał z nią kontakt, ta nie tylko zgodziła się zaśpiewać, ale przedstawiła mu właśnie Stacey Dowdeswell. Wokalistka pomogła skompletować cały, sześcioosobowy zespół wokalny (chór), który stał się fundamentem nowego brzmienia.


 Muzycznie płyta "WHERE THE FADES MEET" stanowi odejście od samotnego programowania bitów, na rzecz żywego i grupowego grania. Sześcioosobowy chór nagrywał swoje partie zwykle za jednym podejściem. Brzmienie nawiązuje do bogactwa aranżacji z lat 70-tych. Kompozycje okraszone wokalizą przeplatają się z instrumentalnymi tematami. Znów pojawiają się klasyczne dla poczynań grupy "filmowe smyczki". Dragazis zaprosił do studia uznany The Elysian Quartet. 


Drobnym minusem tej propozycji jest w moim odczuciu fakt, że płyta zamyka się w jednej, bezpiecznej strefie komfortu. Andy Dragazis narzuca od samego początku średnie tempo i trzyma się go niemal bez przerwy przez wszystkie utwory. Brak mi punktu kulminacyjnego. Fragmentu, który przełamałby tę nieco schematyczną strukturę.  Najjaśniejszym punktem całego albumu jest chór. Mamy efekt swoistej "ściany wokalnej" oraz żywej obecności. Emocjonalną głębię zamiast słów. I mimo, że nieraz kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą przez podobne tempo oraz aranżacje, słuchacz może być oczarowany pięknem wokalnej harmonii.   


(nota 7.5/10) 










sobota, 16 sierpnia 2025

THE MYRRORS - LAND BACK" (Cardinal Fuzz Rec.) "Wewnętrzne wizje"

 

    Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, panowie Nik Rayne (śpiew, gitary) oraz Grant Beyschau (perkusja, saksofon) poznali się w liceum w 2005 roku, żeby dwa lata później założyć grupę THE MYRRORS. Do pierwszego składu szybko dołączyła basistka Claire Safi, która tuż po wydaniu debiutanckiej płyty "Burning Circles In The Sky", odeszła z grupy. Na tym początkowym etapie działalności zespół przetrwał zaledwie dwa lata. Nik Rayne pozostał w Tucson (stan Arizona), a jego kolega wybrał się w podróż do Kalifornii, żeby znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Ponowne zetknięcie się dwójki muzyków miało miejsce w 2013 roku. Od tamtej pory przez skład grupy THE MYRRORS przewinęło się całkiem sporo osób. Zmieniała się również grana przez nich muzyka oraz kolejne główne wpływy czy fascynacje, którym RAYNE I BEYSCHAU ulegali. Jednak psychodeliczny idiom zawsze był obecne w ich nagraniach i stanowił coś na kształt twardego rdzenia kolejnych wydawnictw. Warto je wszystkie poznać, gdyż przez te kilkanaście lat nazbierało się trochę płyt, cd-rów, epek, kaset oraz albumów koncertowych. Całkiem niezły na początek może być zestaw singli - "Invocaciones: Singles And Strays 2014-2016". Najnowszy krążek ukazał się przed tygodniem i nosi tytuł "Land Back".





Kompozycja, która wybrzmiała przed momentem, jest jedną z tych bardziej wyróżniających się na całym albumie. Brzmi energetycznie, bardzo świeżo, porywająco. Po prostu soczyście. W sumie płyta "LAND BACK" zawiera pięć odsłon, w tym najdłuższy piętnastominutowy fragment zatytułowany "The Wretched Of The Earth". Właśnie w długich transowych utworach zespół czuje się zdecydowanie najlepiej. 

Powszechnie wiadomo, że "psychodelia" ma niejedno imię. Odkrywanie kolejnych heteronimów tego gatunku stało się znakiem rozpoznawczym formacji THE MYRRORS. Sam termin "psychodelia" kojarzy się Nikowi Rayne z "wewnętrzną wizją". W muzyce amerykańskiej grupy mamy więc do czynienia z podróżą w głąb siebie, która niejako przy okazji jest również podróżą po kontynentach, podobnych estetykach, epokach kulturowych, stylach życia i rozmaitych wrażliwościach.

Dobitnie świadczą o tym fascynacje muzyczne członków formacji THE MYRRORS. W ich bogatych kolekcjach płyt znajdziemy albumy czołowych przedstawicieli grania ze "złotego okresu" dla tej estetyki, czyli przełomu lat 60/70-tych. Natkniemy się tam również na krążki jazzowe Phaoraha Sandersa, Donna Cherry, wydawnictwa reprezentantów krautrocka i stone-rocka. Pośród kolejnych barwnych okładek pokażą się także płyty bardzo słabo znanych artystów. Swoiste białe kruki i ozdoby każdej kolekcji, jak chociażby marokańskie nagrania Paula Bowlesa z lat 50-tych, czy Hartmut Geerken Rock And Free Jazz Group Kabul (afgański zespół awangardowo-rockowy z połowy lat 70-tych).

Grupa THE MYRRORS chętnie koncertuje po całym świecie, cyklicznie odwiedza Amerykę Południowa, Europę, w tym Polskę (Warszawa 2018), Grecję, Bałkany. Z tych barwnych wojaży chętnie przywozi egzotyczne instrumenty, które później wzbogacają brzmienie kolejnych płyt. Te ostatnie stanowią kluczowe punkty na mapie ich muzycznej podróży. I tak, na albumie "Arena Negra" (2015) zabrzmiało nieco więcej instrumentów dętych, w kolejnych propozycjach akcenty zostały położone na krautrockową motorykę lub folkowo-etniczne inspiracje. Trzeba pamiętać, że znakomita większość kompozycji powstaje w trakcie długich improwizowanych  sesji, swobodnej wymiany pomysłów i radosnych jamów.




"Inspiracją były dla nas pustynie, słońce, księżyc, gwiazdy, flora i fauna południowego zachodu oraz historia regionu, w którym mieszkamy. Inspirowały nas wszelkie odmiany muzyki psychodelicznej i garażowego rocka, awangarda, free-jazz oraz folk z całego świata, taki jak muzyka Tuaregów, indyjskie ragi, folk turecki, folk latynoamerykański, i muzyka rdzennych  Amerykanów". 

W tej ostatniej wypowiedzi Nika Rayne nie ma cienia przesady. Wszystkie wymienione przez niego elementy naprawdę można bez większego trudu odnaleźć w muzyce grupy THE MYRRORS.
Ta najnowsza, wydana przed tygodniem propozycja - "LAND BACK", zawiera dwa kluczowe fragmenty, gdzie zespół zabrzmiał energetycznie i świeżo, z mocą rzadko spotykaną w ich niemałym przecież dorobku. Kto wie, może to kolejny nowy szlak, w tej uskutecznianej od tylu lat psychodelicznej podróży. 

Mam tu na myśli znakomitą kompozycje "LAND BACK" oraz uderzającą w słuchacza z siłą wodospadu "BAKU A BANDING" - monumentalne dzieło. Te dwa fragmenty stanowią coś na kształt wymownej pieczątki stylu świadczącej, o ogromnym potencjale tkwiącym w amerykańskiej formacji. Warto podkreślić wykorzystanie w tych odsłonach linii wokalnych. Nie jest to zbyt często spotykany przypadek. Jakby większość zespołów poruszających się w zbliżonej estetyce wychodziła z błędnego założenia, że wokaliza jest całkowicie zbędna, bo nudzi albo rozprasza. A przecież sugestywne mantrowe zaśpiewy, krzyki i zawołania, pełnią również funkcje rytmiczną, pomagają wprowadzić w trans.

W tych dwóch wyżej wspomnianych przeze mnie kompozycjach urzeka dosłownie wszystko. Nie dajcie się zwieść. W muzyce THE MYRRORS tylko pozornie niewiele się dzieje. Jedynie sekcja rytmiczna odmierza z uporem jednostajny hipnotyczny rytm. W aranżacjach buzuje ogień. Poszczególne dźwięki kotłują się niczym ludzkie dusze w rozgrzanym do czerwoności kotle. Co chwila na powierzchnie wynurzają się kolejne tańczące języki płomieni - to następny instrument nieco bardziej dał o sobie znać. W przypadku odsłony "BAKU A BANDING" - sporą rolę odegrał saksofon w dłoniach Granta Beyschaua. Tony tego instrumentu zostały poddane analogowym przetworzeniom (technika "Time Lag Accumulator"). 

Kompozycje zwarte na albumie "LAND BACK" mają także kontekst społeczno-polityczny. Nie przez przypadek wydawnictwo ukazało się w Międzynarodowym Dniu Ludów Tubylczych. Tytuł, okładka oraz zawartość tego materiału nawiązują bezpośrednio do ruchów antykolonialnych. Swoiste motto przyświecające tej propozycji można zawrzeć w zdaniu "No One Is Free Until We're All Free". Zakończenie "The Wretched Of The Earth" może nawiązywać tytułem do postkolonialnej teorii Frantza Fanona - "Wretched Of The Earth", skupionej wokół próby dekonstrukcji kolonializmu i jego wpływu na jednostkę oraz naród.

Przyznam szczerze, że odrobinę WAM zazdroszczę, jeśli do tej pory nie słyszeliście kompozycji "Baku A Bandung". Za pierwszym razem robi ogromne wrażenie. Dobre wieści są takie, że za drugim, trzecim i dwudziestym również. Na wczoraj, dziś oraz odległe jutro, jest to moja najlepsza psychodeliczna kompozycja 2025 roku. Tym samym za chwilę zabrzmi "MISS TYGODNIA". Jesteście gotowi?

(nota 8/10)

 




Przeniesiemy się do egzotycznego, z europejskiego punktu widzenia, miasta - Bejrutu, gdzie działa grupa POSTCARDS. Wpadło mi w ucho ich nagranie, które rozpoczyna niedawno wydaną płytę "Ripe Iruptured & T3".




Ciekawie brzmi najnowszy singiel Hannah Frances z miasta Chicago, który zapowiada pojawienie się albumu "Nested In Tangles". Premiera 10 października.




Pora na naszych dobrych znajomych z Kanady - Shabason, Krgovich, i tym razem na doczepkę grupa Tenniscoats - 29 sierpnia przedstawią album "WAO", gdzie znajdzie się ten urokliwy cover piosenki grupy My Bloody Valentine.




I kolejny dobry znajomy Fionn Regan, którego ostatnią płytą - "O AVALANCHE" - tak się zachwycałem. Pojawiła się koncertowa wersja jednej z moich ulubionych piosenek z tego wydawnictwa. Cudowna jest ta linia melodyczna zwrotki. Ależ te nutki ułożyły się ze sobą, jakby już wcześniej zostały ze sobą zespolone i tylko czekały na odkrycie.




Kolejni znajomi pojawili się na blogu przed wakacjami. Piosenka australijskiej grupy SHORT SNARL doczekała się statusu "MISS TYGODNIA". W międzyczasie ukazała się ich epka - "SELF NOISE" - z której dziś wybiorę kolejny utwór.




Bardzo lubię takie drobiazgi utrzymane w stylistyce lo-fi. Z reguły nikt tego nie promuje, więc przechodzą bez echa. Od czasu do czasu można znaleźć jakąś perełkę - (7 tysięcy odsłon na YT, więc nie jest tak źle). Chociażby taką jak ta, w wykonaniu Liliany Mikorry, która reprezentuje Monachium i przyjęła nazwę PILBERT. Przyjmijcie ją ciepło.




Europę, dokładniej mówiąc, Francję oraz jej stolicę, reprezentuje duet: Linda Olah i Giani Caserotto, którzy przyjęli dźwięczną nazwę LOVERS. 12 września ukaże się ich płyta zatytułowana "Lettres D'Amour". Póki co, posłuchamy singla promującego to wydawnictwo.




Piątka znajomych z Minneapolis tworzy grupę SHE'S GREEN, która w dniu wczorajszym opublikowała całkiem udaną epkę "CHRYSALIS".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - Wytwórnia CHESKY RECORDS znana jest również z tego, że przywiązuje bardzo dużą wagę do realizacji dźwięku. Po raz kolejny możemy się o tym przekonać słuchając płyty "Ain't We Got Fun" - Alexis Cole. Albo obcując ze zestawem "The World's Greatest Audiophile Vocal Recordings Vol. 3"(gdzie również można znaleźć to nagranie), do której dotarłem ze spory poślizgiem. Uczta dla wybrednego ucha.




Na zakończenie dzisiejszej odsłony, zamiast fragmentu nowej, wydanej wczoraj płyty,  Chicago Underground Dou - "Hyperglph", posłuchamy jeszcze ciepłej kompozycji innych naszych dobrych znajomych, tym razem z Nowego Yorku, czyli - THE COSMIC TONES RESEARCH TRIO.