TRACY BRYANT - "THE WELL" (Taxi Gauche Records) "INTYMNOŚĆ BEZ PATOSU"
Tracy Bryant to artysta związany z niezależną sceną Los Angeles. Przed laty dał się poznać jako lider post-punkowej formacji PRESETS, twórca garażowego rocka z elementami psychodelii. Jego wcześniejsze solowe albumy - "SUBTERNEAN" czy "HUSH" tętniły nerwową gitarową energią, utrzymaną w stylu lo-fi. W środowisku Bryant zyskał status twórcy bezkompromisowego, który w poszukiwaniu artystycznej wolności przeniósł się na czas jakiś do Berlina, żeby po pewnym okresie powrócić do Kalifornii. Warto wspomnieć, że ostatni album wydała mała szwajcarska oficyna.
"Przez długi czas pisałem piosenki napędzane gniewem albo frustracją, ukryte za ścianą hałasu. Przy tej płycie ("The Well") po raz pierwszy poczułem, że nie muszę niczego udowadniać ani krzyczeć, żeby zostać usłyszanym. Chciałem, żeby te piosenki były jak schronienie - surowe, ale bezpieczne" - oświadczył Tracy Bryant.
Wydaje się, że album opublikowany przed tygodniem stanowi moment zwrotny w karierze Bryanta. Artysta niemal całkowicie zrezygnował z brzmienia mocnych przesterowanych gitar na rzecz analogowych syntezatorów, klasycznego pianina oraz perkusji. Co ciekawe, płyta została nagrana na taśmie magnetycznej, w "studiu 22" w Kalifornii, pod okiem producenta Joo Joo Ashwortha. Dzięki czemu całość zyskała ciepłe, intymne brzmienie. Myśl przewodnia wydawnictwa zatytułowanego "THE WELL" zamyka się w problematyce akceptacji dualizmu życia - jednoczesne doświadczenie głębokiej straty (w przypadku dzisiejszego bohatera była to śmierć ojca) i nowego początku ( narodziny pierwszego dziecka). Tytułowa "studnia" staje się tutaj metaforą ludzkiego wnętrza - trochę jak w znakomitej prozie Haruki Murakamiego "Kronika ptaka nakręcacza". Głębokiego, ciemnego i odizolowanego miejsca, z którego jednak można czerpać życiodajną wodę. To przy okazji opowieść o tym, jak z żałoby i ciemności może narodzić się nowa nadzieja, która da ożywczy impuls lub początek, i poprowadzi w kierunku światła.
Brzmienie płyty "THE WELL" sporo zawdzięcza decyzji o analogowej rejestracji. Zamiast sterylnego cyfrowego wygładzania ścieżek, album otrzymał charakterystyczny dla tego typu produkcji analogowy "szum tła". Poszczególne instrumenty nie są ciasno i gęsto upchane w miksie, wykorzystano naturalne pogłosy, przestrzeń, chwile ciszy i wygaszania dźwięku.
Tym razem podstawą tych kompozycji nie jest indie-rockowa gitara elektryczna, tylko pianino. To ono dyktuje tempo oraz buduje nastrój większości utworów. Z dawnego post-punkowego anturażu Bryanta pozostał jedynie rytm, raczej żywy, energetyczny, często nawiązujący do motoryki krautrocka, ale wpuszczony do wnętrza nostalgicznych tonów. Zamiast cyfrowego brzmienia, mamy całą gamę analogowych syntezatorów, które dodają całości marzycielskiego posmaku. Z kolei wiolonczela oraz smyczki (utwór "Denny") pełnią funkcję filmowego tła. Twórca i producent celowo nie skorzystali z elektronicznych dodatków. Również wokal Tracy Bryanta zmienił się w stosunku do tego, jak funkcjonował na poprzednich albumach. Artysta zupełnie zrezygnował z ekspresyjnego śpiewania na rzecz spokojnego prowadzenia wokalizy. Amerykanin porzucił w końcu banalny protest post-punkowej formuły i garażowego hałasu, i zaczął poszukiwać wyrafinowania, dojrzałości oraz głębi. Czwarty w dorobku album stanowi coś w rodzaju nowego otwarcia. Nie jest zestawem chwytliwych singli, tylko intymną opowieścią, której warto dać więcej niż jedną szansę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz