sobota, 28 lutego 2026

SIGHTSEEING CREW - "MUFFLED EARS, THE WORLD SOUNDS BAD QUALITY" "Cyfrowe zmęczenie"

 

  Bardzo rzadko zdarza się taka płyta, która od pierwszych chwil nie tylko brzmi dobrze i ciekawie, ale również wydaje się być czymś na kształt manifestu artystycznego. "Muffled Ears, The World Sounds Bad Quality" to album, który nie próbuje przypodobać się komukolwiek. Wręcz przeciwnie. Stawia przed odbiorcą spore wyzwanie. SIGHTSEEING CREW - za całym tym projektem w dużej mierze ukrywa się jeden człowiek, brytyjski multiinstrumentalista Andrew J.Vickers - wciąga słuchacza w swój intymny świat. Ten bywa lekko zamglony, chwilami przytłumiony, ale może również dlatego bardziej prawdziwy.




Tytuł płyty nie jest dziełem przypadku.  Brzmienie rzeczywiście bywa "przytłumione", jakby przefiltrowane przez warstwę emocji, dystansu, czy dysonansu poznawczego. Produkcja daleka jest od sterylnego wygładzenia - co w tym wypadku jest bardzo dobrym posunięciem. Według twórcy głównym bohaterem tego wydawnictwa jest postać nazwana "Static Man". Ten ostatni ma problem z "nadmiarem wiadomości", które każdego dnia atakują jego percepcję. Stąd ten przepych aranżacyjny. W tkance albumu znajdziemy mnóstwo instrumentów - gitara akustyczna, elektryczna, bas, perkusja, perkusjonalia, saksofon, trąbka, flet, organy, pianino elektryczne, smyczki, nagrania terenowe, itd. Pikanterii dodaje fakt, że na wszystkich tych instrumentach ANDREW J. VICKERS zagrał samodzielnie. Tylko niektóre partie skrzypiec, czy rozbudowane fragmenty trąbki i saksofonu są autorstwa zaproszonych do studia gości. Spora część nagrań została zarejestrowana w specjalnie przygotowanej altanie ogrodowej. Trzeba przyznać, że brytyjski muzyk wykonał przez okrągły rok mnóstwo pracy, żeby brzmienie instrumentów nie sugerowało, że zostały one doklejone na kolejnych etapach produkcji. Wszystko jest gładkie, bardzo płynne, ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas.




 To jeden z tych wyjątkowych  albumów, który wymaga skupienia i odsłuchania w całości, gdyż poszczególne kompozycje łączą się ze sobą i płynnie przechodzą jedna w drugą. To zdecydowanie bardziej rozbudowana i całkiem zgrabnie rozpisana suita, podzielona na kilkanaście spójnych  części, niż zestaw nagrań z piosenkami. To, co stanowi koniec jednej odsłony, jest równocześnie początkiem drugiej. Na płycie SIGHTSEEING CREW kompozycje nie tyle kończą się w typowy sposób, co raczej przeobrażają. W tym kontekście nie dziwi, że partie instrumentów pojawiają się i znikają, niczym postacie w ciągle zmieniającym się krajobrazie czy spektaklu. Co jeszcze bardziej uwypukla główne tematy albumu - rutynę pracy i obowiązków, zmęczenie, alienację, zagubienie.

Od pierwszych chwil tego wydawnictwa zachwyca bogactwo faktur. Niektóre motywy muzyczne powracają, raczej nie w formie klasycznych cytatów, z tego, co już było, tylko jako przypomnienie, odrobinę zmodyfikowane i umieszczone w nowym kontekście. Kolejne utwory budowane są przez dokładanie następnych warstw - rytm, harmonia, detale, spójny nostalgiczno-oniryczny nastrój, sporo pogłosu, echo itd. Jeśli chodzi o ramy gatunkowe, to mamy do czynienia ze swobodnym przekraczaniem granicy pomiędzy takimi stylami jak: pop, indie-folk, art-rock, jazz, easy listening, downtempo, jam session, eksperyment, itp. Co ciekawe, tak duża liczba wykorzystanych instrumentów w żadnym momencie nie przytłacza. To raczej sugestywna próba odmalowania odczuć bohatera, który bywa przeciążony bodźcami pochodzącymi z cyfrowego świata. To trochę tak, jakby za ścianą grała cała orkiestra. Niby wszystko słychać, choć nie każdy detal jest aż tak czytelny.

Najmniej wyraźne są linie wokalne - to niestety jest minus tej propozycji - celowo rozmyte, mocno zamazane. Bywają momenty, kiedy tekst jest zupełnie nieczytelny. Nie ułatwia tego również specyficzna maniera wokalisty - rzewne zawodzenie, celowe przeciąganie głosek - oraz delikatna barwa, która sytuuje się głównie w wysokich rejestrach. Największą siłą tej płyty jest klimat. Utwory od razu układają się w spójną opowieść o przebodźcowaniu oraz alienacji, próbie uchwycenia ostrości w świecie, który ciągle :"brzmi w złej jakości'. Atutem jest różnorodność tego wydawnictwa - są momenty bardziej dynamiczne, okraszone solówkami saksofonu lub gitary oraz fragmenty wyciszone, niemal kontemplacyjne. To sprawia, że album nie nudzi. Wręcz przeciwnie, nieustannie zachęca do kolejnego przesłuchania. Tej płyty nie tylko się słucha, jak każdej innej, lepszej lub gorszej propozycji, czy zanurza się w niej, jak w niewielu dobrych wydawnictwach. Ten album to również pewien stan emocjonalny, jego sugestywny zapis, a zarazem sposób czy bezpośrednia przyczyna, żeby go znów wywołać.

Szkoda, że ostatniej płyty Sightseeing Crew nie wydał jakiś poważny niezależny wydawca. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby żaden szef wytwórni - chociażby tych, których propozycje katalogowe sukcesywnie prezentuję na łamach tego bloga - nie zainteresował się tym udanym materiałem.

(nota 8/10)


 


"Dodatki" rozpocznie jeszcze ciepły i pyszny singiel naszych dobrych znajomych z Londynu. Grupa DEARY - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "Birding".





Przeniesiemy się do Dublina, gdzie działa artysta, który przyjął nazwę NASHPAINTS. Niedawno ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana "Everyone Good Is Called Molly".





Pozostaniemy w Dublinie, pod koniec stycznia ukazała płyta zatytułowana "Holy Show" formacji Big Sleep. Oto wybrany singiel.




Wycieczka po Chicago przyniesie nam spotkanie z wokalistką DELANEY BAILEY, która niedawno opublikowała całkiem udany debiutancki album - "CONCAVE". Oto mój ulubiony fragment.




Przeniesiemy się do Londynu, gdzie działa grupa MODERN WOMEN, która 13 kwietnia opublikuje nowy album zatytułowany "Johnny's Dreamworld". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Podróż do Kanady przyniesie spotkania z dobrymi znajomymi, na początek grupa BIBI CLUB, która wczoraj opublikowała zapowiadaną przeze mnie płytę "AMARO". Tak zaczyna się ten album.






Wciąż Kanada. Kolejni nasi znajomi z Montrealu - formacja POPULATION II - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "GIMMICKS". Oto pierwsza ujawniona kompozycja.






Wczoraj w prestiżowej wytwórni Heavy Psych Sound Records ukazała nowa płyta warszawskiej grupy WEEDPECKER zatytułowana po prostu "V".






KĄCIK IMPROWIZOWANY - odrobinę cofniemy się czasie, do końca listopada ubiegłego roku, kiedy to japoński artysta TAKURO OKADA opublikował bardzo udany album zatytułowany "KONOMA".










sobota, 21 lutego 2026

OMNIHELL - "EXTREME SUFFERING" (Bandcamp) "LEKKA DEPRESJA"

 

  Czasem nawet skromny autor tego bloga jest w stanie przewidzieć, czy zapowiedzieć - z bardzo dużym marginesem błędu - pojawienie się na horyzoncie dobrej płyty. Całkiem możliwe, że jest to w dużej części przypadek projektu OMNIHELL, pod którym to szyldem ukrywa się JULIAN ASH z Los Angeles. To miasto gości w ten weekend jeden z prestiżowych turniejów golfowych. Choć nie jest to moja ulubiona lokalizacja w cyklu PGA TOUR. Ta wciąż i póki co należy do RBC HERITAGE, rozciągniętego w malowniczych okolicach Hilton Head Island. W tym roku zmagania na tym bajkowym polu rozpoczną się od 16 kwietnia, już można rezerwować bilety. Wracając do głównego tematu dzisiejszej odsłony bloga, czyli do wspomnianego wcześniej młodzieńca, to wyglądem przypomina nieco bardziej współczesną wersję Roberta Smitha 3.0. I na tym podobieństwa do brytyjskiego wokalisty się nie kończą, bowiem muzyka OMNIHELL również mocno nawiązuje do wczesnych płyt formacji The Cure czy Bauhaus.




Debiutanckie wydawnictwo OMNIHELL wpisuje się w obserwowaną od dłuższego czasu falę odrodzenia nurtu post-punk/darkwave. W tym kontekście mogę pojawić się takie nazwy grup jak: Drab Majesty, Lebanon Hanover, Molchat Doma, The Soft Moon, Actors, She Past Away itd. Muzyka Juliana Asha sytuuje się gdzieś na pograniczu post-punka i drakwave. W jego piosenkach odnajdziemy charakterystycznie podkreśloną linię basu. Drobnym minusem jego aranżacji jest w mojej  ocenie dość schematyczna i monotonna praca perkusji. Od czasu do czasu przydałoby się urozmaicić ten element. Podobnie jak całe aranżacje, w których zabrakło mi ciekawych dodatków, jakiegoś gustownie wplecionego elementu, żeby poszczególne odsłony udanego w gruncie rzeczy debiutu zyskały na różnorodności.




Julian Ash posługuje się właściwie dwoma ulubionymi rytmami - tym żywym, energetycznym, zbliżonym do tempa tanecznego, do którego autorowi "Extreme Suffering" z pewnością najbliżej, chociażby za sprawą wieku oraz tym nieco wolniejszym, który odmierza takty w bardziej rozmarzonych czy "depresyjnych" utworach. Co ciekawe, w obydwu tych przypadkach amerykański artysta bywa jednakowo przekonujący. 

Kiedy uważnie przyjrzymy się nazwie OMNIHELL, rozbijając ją na dwa główne człony, otrzymamy coś w rodzaju "wszechogarniającego piekła". Z kolei tytuł świetnego singla, który zabrzmiał na wstępie -  "Kurushimi" - w języku japońskim oznacza "cierpienie". I w ten prosty sposób otrzymamy zarys głównych tematów poszczególnych piosenek. Julian Ash na swoim udanym debiucie pokazuje, że o "cierpieniu", "smutku", "izolacji" można opowiadać w różny sposób, nie tylko rozwijając czarne i gęste niczym smoła depresyjne tony, czy smętnie zawodząc i głęboko przeżywając emocjonalne rozterki, jak robią to czołowi przedstawiciele emo-rocka.

Wydawnictwo "Extreme Suffering" można pochwalić zza spójność i konsekwencję w przedstawianiu kolejnych pomysłów. Sama melodyka, czyli takie, a nie inne połączenie nut, skojarzyła mi się z bardzo dobrą niegdyś propozycją innego amerykańskiego twórcy. Mam tu na myśli grupę Wild Nothing i świetną płytę - "Gemini". Wokalista i gitarzysta Wild Nothing - Jack Tatum - w początkowym okresie działalności zdawał się mieć dużo większy talent do melodii niż jego rodak Julian Ash. W odróżnieniu od swoich dalekich "stryjów", czy raczej "dziadków" - R. Smith, P. Murphy - autor "Extreme Suffering" jest dużo bardziej  minimalistyczny, o wiele mniejszą wagę przywiązuje do brzmienia oraz produkcji. Co pewnie stanowi przywarę młodości. Oceniając to wydawnictwo warto mieć w pamięci młody wiek twórcy, niewielkie doświadczenie (wcześniej próbował sił z projektem Harsh Symmetry), fakt, że dopiero próbuje znaleźć dla siebie miejsce na rynku muzycznym. Zobaczymy, co przyniosą kolejne propozycje Omnihell. 


(NOTA - 7.5/10) 
 



Chris Curtin to inny młody twórca z Brooklynu, który dopiero zaczął muzyczną przygodę. Ukrywa się pod nazwą POST HYPE i niedawno opublikował nowy singiel.




Pozostaniemy w USA, ale przeniesiemy się do stanu Iowa, gdzie odnajdziemy kolejnego "świeżaka", czyli projekt KINJII. Fragment z niedawno wydanej epki "Thunder Head".



Cóż, że ze Szwecji, czyli skandynawski duet Adreas Grundel oraz Joanna Erikson, prosto z ich wydanego kilka dni temu singla.




 Zmienimy nieco nastrój oraz kraj, przeniesiemy się do Szwajcarii, skąd pochodzi grupa BLACK SEA DAHU, która w dniu wczorajszym opublikowała album zatytułowany "EVERYTHING".






Zbliżony nastrój znajdziecie na wydanej przed tygodniem płycie "Songs For The Weary", artysty z Manchsteru - MATTHEW C.WHITAKERA. Oto mój ulubiony fragment.




Trzeba przyznać, że z dużą starannością zrealizowana została najnowsza, wydana przed tygodniem, płyta grupy z Nashville - THE LONE BELLOW - "WHAT A TIME TO BE ALIVE" (audiofile powinni zajrzeć do tej propozycji). Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!




 
Raz jeszcze Los Angeles, tym razem nie pole golfowe, tylko studio nagraniowe, gdzie spotkali się FLEA (Red Hot Chili Peppers) oraz THOM YORK, który pojawił się jako gość specjalny na płycie tego pierwszego artysty. Premiera albumu "HONORA" 27 marca.






KĄCIK IMPROWIZOWANY w nim wizyta w Monachium, i zaproszenie do przesłuchania całej bardzo udanej płyty JJ WHITEFIELDY'A & FORCED MEDITATION zatytułowanej "BIRTH OF CONSCIOUSNESS".








sobota, 14 lutego 2026

WET TUNA - "VAST" (Three Lobed Rec") "Letargiczny trans"

 

   W trakcie odsłuchiwania wczoraj wydanej płyty "VAST" amerykańskiej grupy WET TUNA, przypomniałem sobie teledysk do utworu "Something For Joey" formacji Mercury Rev. Nie chodzi o podobieństwo muzyczne - z pewnością można odnaleźć jakieś wspólne cechy pomiędzy tymi zespołami. Zdecydowanie bardziej pomyślałem o specyficznym nastroju. Na tym pamiętnym videoclipie rozmarzony Ron Jeremy (niegdyś znany aktor porno) porusza się w kosmiczno-erotycznym uniesieniu i dekoracjach, wraz z koleżanką po fachu oraz z branży - Ashley Dey. Przewrotny los nie był zbyt łaskawy dla gwiazdora filmów dla dorosłych. Mężczyzna przeszedł udar, i jakby nieszczęść było mało, koleżanki z planów filmowych oskarżyły go o... molestowanie seksualne. Miejmy nadzieję, że członkowie formacji Wet Tuna nie pójdą tą drogą.



 
Mam wrażenie, że zespół WET TUNA jest bardzo słabo znany w naszym kraju, co potwierdza niewielka liczba wzmianek w ojczystym języku dotycząca wydawnictw płytowych amerykańskiej załogi (na łamach tego bloga już gościł). Tych ostatnich nazbierało się całkiem sporo przez te kilka lat obecności na scenie (oprócz klasycznych płyt znajdziemy zapisy sesji nagraniowych, koncertów itd.). WET TUNA początkowo funkcjonował jako duet, który powstał z inicjatywy Matta "MV" Valentine'a oraz Pata "P.G. Six" Goblera (później przez skład przewinęło się wielu artystów). 

Debiutancki krążek ujrzał światło dzienne w 2018 roku i nosił tytuł "Livin' The Die". Płyta zawierała długie improwizacyjne utwory i określała dalszy kierunek, w którym zamierzał podążać tandem przyjaciół.  Przy okazji kolejnego wydawnictwa "Water Weird" (2019) pojawiło się rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na udanym debiucie. Krytycy i recenzenci najbardziej polubili album "Warping All By Yourself" (2022).





 Nowy album "VAST" - jak podkreślają jego autorzy - to dźwiękowa podróż, pełna swobody, lekkości, surrealistycznych skojarzeń oraz ciekawych pomysłów brzmieniowych. Od pierwszych niespiesznych taktów można wysunąć przypuszczenie, że cały ten materiał nie będzie chciał trzymać się jednej stylistyki, jednej epoki czy ulubionej konwencji. Muzyka rzeczywiście długimi fragmentami płynie tutaj niczym "strumień świadomości" -  o czym wspominają artyści w notce prasowej. Nie trudno sobie wyobrazić pogrążoną w mlecznym dymie salę, bynajmniej nie jest to dym z kubańskich cygar. Muzyków, którzy wylegują się na leżakach i grają na instrumentach. W przerwach pomiędzy utworami przeciągają się niespiesznie, pociągają łyk bynajmniej nie markowego wina. Tuż pod kolorowymi parasolami, na stolikach, leży jeszcze ciepła potrawa z "odpowiednio przygotowanych grzybków" (grzyby to stały element wielu okładek płyt).

Album "VAST" jest rozkoszną mozaiką stylistyczną. Fragmenty funkowych groove'ów łączą się tutaj z alternatywnym rockiem, psychodelicznymi tripami, niefrasobliwością lo-fi oraz leniwymi improwizacjami. Gitarowe riffy wznoszą się swobodnie na barwnych wstęgach syntezatorowych dźwięków, spod których wyłania się charakterystyczna barwa głosu Matta Valentine'a. Partie bębnów miejscami zostały nagrane z celowym przesterem, kompresją lub pogłosem, podobnie jak wokaliza ("dubbowy sznyt"). Warstwa tekstowa, choć w wielu momentach bardzo abstrakcyjna, nie jest pustym dodatkiem, czy klasycznym wypełnieniem, co sprawia, że album wymyka się z ciasnych ram tradycyjnego zestawu lepszych lub gorszych piosenek. 

Te kompozycje wydają się unosić gdzieś poza czasem albo raczej sprawnie odmierzają go na swój indywidualny sposób. Najnowsza płyta Wet Tuna, jak i poprzednie wydawnictwa tego zespołu, oddziałuje głównie przestrzenią oraz nastrojem, a nie liniami melodycznymi, które można podchwycić i zapamiętać. Trzeba jedynie odrobinę przestawić myślenie, spróbować otworzyć się na ten zestaw dźwięków, a w konsekwencji przekonać się, jak bardzo jest to intrygujące wydawnictwo.

(nota 7.5-8/10)


 



Coś dla "tańczących inaczej". Artystka reprezentuje miasto Londyn (pozdrawiamy Czytelników z tego miasta) - Alice Costelloe z płyty, która ukazała się 6 lutego i nosi tytuł "Move On With The Year".




Nasza dobra znajoma, jej poprzedni utwór zdobył prestiżowe wyróżnienie "piosenka tygodnia", szwajcarska wokalistka AINO SALTO, przed tygodniem opublikowała nowy zestaw trzech utworów "Guesswork". Oto ten ulubiony.




Przeniesiemy się do Francji, żeby spotkać inną "Alicję" - AILISE Blake. Oto fragment z jej ostatniej wydanej jesienią płyty "SOAV", którą warto wysłuchać w całości.




Kolejni znajomi reprezentują Toronto, formacja TRAITRS wczoraj opublikowała nowy singiel, który promuje płytę "PASSESSORS". Premiera albumu 13 marca.




Pozostaniemy w Kanadzie. Niegdyś moja ulubiona grupa - ach, jak ten czas leci - BROKEN SOCIAL SCENE - 8 maja zaprezentuje nowe wydawnictwo zatytułowane "REMEMBER THE HUMANS". Oto singiel promujący ten album.





Przeniesiemy się za naszą zachodnią granicę. Dobrze wszystkim znana grupa THE NOTWIST 13 marca opublikuje nowy album zatytułowany "News From Planet Zombie".






Kwartet z Berlina przyjął nazwę GLEN, dokładnie za tydzień ukaże się ich płyta zatytułowana "It Was A Bright Cold Day In April".





"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - w dniu wczorajszym ukazały się dwie ważne jazzowe płyty zbliżone nastrojem. Pierwsza z nich to album "A Portal To Here", znanej czytelnikom tego bloga formacji WORK MONEY DEATH. A druga to właściwie debiut, zawiera przy okazji "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA". Mam tu na myśli wydawnictwo również znanego nam saksofonisty z miasta Los Angeles  - AARONA SHAWA - zatytułowane "AND SO IT IS".



sobota, 7 lutego 2026

ULRIKA SPACEK - "EXPO" (Full Time Hobby) "Dekonstrukcja własnego archiwum"

 

   W ubiegłym tygodniu zapowiedziałem premierę albumu "EXPO" - grupy URLIKA SPACEK. Po wysłuchaniu trzech dobrych singli, które promowały to wydawnictwo, można było mieć nadzieję, że pozostałe utwory nie będą znacznie odbiegać od nich poziomem. Ta "specyficzna nierówność" całych płyt jest czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego muzyki rozrywkowej ostatni lat. Uczciwie, przynajmniej w stosunku do obiorców, byłoby, gdyby wielu wykonawców po prostu publikowało single. Dwie, trzy zgrabne piosenki, udane kompozycje, bez ryzyka, że pozostała zawartość albumu znów przyniesie rozczarowanie. Na szczęście - w tym miejscu odetchnąłem z ulgą, bo zwykle trzymam kciuki za utalentowanych artystów - nie jest to przypadek brytyjskiej grupy ULRIKA SPACEK.



Nazwa grupy powstała z przypadkowego połączenia słów - Ulrika Mainhof (niemiecka skrajnie lewicowa działaczka) oraz Sissy Spacek (amerykańska aktorka). Członkowie brytyjskiej formacji uwielbiają różnego rodzaju kolaże, o czym napomknę w dalszej części tekstu. Ich debiut fonograficzny przypadł na 2016 rok, i nosił tytuł "The Album Paranoia". Wydawnictwo próbowało połączyć elementy psychodelicznego rocka, z nieco bardziej energetycznym brzmieniem gitar. Zamiarem twórców było stworzenie płyty, która ciągle zmieniałaby nastrój, dzięki czemu zaskakiwałaby słuchacza.

Przy okazji tego zapomnianego dziś debiutu można było wyczuć, że zespół unika sprawdzonej metodologii klasycznego pisania piosenek, że pewne rzeczy próbuje robić po swojemu. Niektóre fragmenty brzmiały jak sklejone z kilku pozornie nieprzystających do siebie części (technika kolażu). Wokaliza była często traktowana nie tyle jako przekaźnik istotnej treści, co kolejna warstwa brzmieniowa. Członków formacji Ulrika Spacek fascynowały wtedy takie grupy jak: Can, Amon Duull, krautrock, itp. Przy okazji drugiej płyty "Modern English Decoration" (2017), kompozycje były bardziej spójne, nieco lepiej zagrane i przemyślane. W tej perspektywie ostatnie dokonanie, wydany wczoraj album zatytułowany "EXPO", wydaje się być najbardziej konceptualną propozycją.




Zanim przystąpiono do typowych prac w studiu, tym razem zespół postanowił stworzyć "bank sampli" własnych nagrań. Co oczywiście znacznie wydłużyło cały proces produkcji. 

"Zawsze pisaliśmy w sposób oparty na kolażu, zaginając i wypaczając pomysły, żeby stworzyć coś ciekawszego niż to, co powstałoby tylko z jednego źródła" (...). Perkusja w zwrotkach to po prostu rytm nagrany jednym mikrofonem w sali prób i dodany do "banku dźwięków".

Dlatego od samego początku obcowania z wydawnictwem "EXPO" można odnieść wrażenie, że tym razem w brzemieniu znajdziemy znacznie więcej tonów syntezatora, rozmaitych loopów, cyfrowej ingerencji. Członkowie grupy Ulrika Spacek w ostatnich miesiącach chętnie sięgali po płyty Oneohtrix Point Never czy Smerz.

Nie zabrakło również dźwięków gitar, zarówno tych nakładanych warstwowo, przywołujących skojarzenia z płytami Radiohead, czy nieco bardziej przybrudzonych, przesterowanych, gdzie można odnaleźć echo dokonań chociażby grupy Sonic Youth. Nagrania nowej płyty powstawały w Londynie ( wspominane już kilka razy na tym blogu "Total Refreshemnt Center") oraz Sztokholmie. W warstwie tekstowej przewijają się wątki alienacji, izolacji członków współczesnego społeczeństwa, a z drugiej strony pojawia się rosnąca potrzeba indywidualizmu ("każdy chce choć na chwilę zaistnieć").

"EXPO" to spójny album, i zdecydowanie warto potraktować go jako całość, a nie zbiór lepszych lub gorszych singli. Poszczególne utwory brzmią trochę jak elementy większej konstrukcji. Mamy tutaj do czynienia z powtarzalnymi motywami, drobnymi repetycjami, brakiem oczywistych punktów kulminacyjnych, a także z uczuciem ciągłego zawieszenia. Słuchacz może odnieść wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś znaczącego, że nastąpi nagły zwrot, drastyczna zmiana dynamiki, itp. Tyle, że to "za chwilę" nigdy nie nadchodzi. Dla niektórych odbiorców płyta może sprawiać wrażenie zbyt jednolitej, może również zbyt chłodnej czy monotonnej, jednocześnie nazbyt intelektualnej produkcji. Dla mnie są to główne atuty tego wydawnictwa.

(nota 8/10)


 


Z albumem "Expo" całkiem nieźle powinien korespondować nowy singiel australijskiej formacji EXEK, dowodzonej przez wokalistę o polskich korzeniach - Alberta Wolskiego. Premiera całej płyty zatytułowanej "Prove The Mountains Move" 27 lutego.




Nowy singiel w ostatnim tygodniu opublikował również brytyjski weteran - MORRISSEY. Premiera płyty zatytułowanej "Make-Up Is Alive" 6 marca.






Wizyta w wietrznym mieście Chicago przyniesie spotkanie z formacją HAZEL CITY, która niedawno opublikowała płytę zatytułowaną "GOBLYNMARKYTT".




Montreal to siedziba zespołu BLIND DOGS OF THE SUN, który pod koniec stycznia wydał płytę "The City Never Sleeps".




Wczoraj ukazała się nowa płyta berlińskiej formacji GOLDEN HOURS zatytułowana "Beyond Wires". W ten sposób się rozpoczyna.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - w tych dniach warto mieć jakiś włoski akcent. Grupa THE DIE ON ICE pojawiała się już na łamach tego bloga. Wczoraj ukazał się ich nowy album zatytułowany "Panoramica Degli Abisi", który zawiera typowe dla tego zespołu klimaty dark-jazzowe.




 Wczoraj ukazała się nowa płyta znakomitego ormiańskiego pianisty TIGRANA HAMASYANA zatytułowana "Manifeste". Przyznam szczerze, że nie podoba mi się kierunek, w którym od kilku lat podąża ten utalentowany muzyk (progresywny jazz). Zdecydowanie bardziej wolę jego twórczość z okresu współpracy z Arve Henriksenem, Janem Bangiem czy Eivindem Aarstem, który udokumentowało wspaniałe - recenzowane na łamach tego bloga -  wydawnictwo "ATMOSPHERES".