W ubiegłym tygodniu zapowiedziałem premierę albumu "EXPO" - grupy URLIKA SPACEK. Po wysłuchaniu trzech dobrych singli, które promowały to wydawnictwo, można było mieć nadzieję, że pozostałe utwory nie będą znacznie odbiegać od nich poziomem. Ta "specyficzna nierówność" całych płyt jest czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego muzyki rozrywkowej ostatni lat. Uczciwie, przynajmniej w stosunku do obiorców, byłoby, gdyby wielu wykonawców po prostu publikowało single. Dwie, trzy zgrabne piosenki, udane kompozycje, bez ryzyka, że pozostała zawartość albumu znów przyniesie rozczarowanie. Na szczęście - w tym miejscu odetchnąłem z ulgą, bo zwykle trzymam kciuki za utalentowanych artystów - nie jest to przypadek brytyjskiej grupy ULRIKA SPACEK.
Nazwa grupy powstała z przypadkowego połączenia słów - Ulrika Mainhof (niemiecka skrajnie lewicowa działaczka) oraz Sissy Spacek (amerykańska aktorka). Członkowie brytyjskiej formacji uwielbiają różnego rodzaju kolaże, o czym napomknę w dalszej części tekstu. Ich debiut fonograficzny przypadł na 2016 rok, i nosił tytuł "The Album Paranoia". Wydawnictwo próbowało połączyć elementy psychodelicznego rocka, z nieco bardziej energetycznym brzmieniem gitar. Zamiarem twórców było stworzenie płyty, która ciągle zmieniałaby nastrój, dzięki czemu zaskakiwałaby słuchacza.
Przy okazji tego zapomnianego dziś debiutu można było wyczuć, że zespół unika sprawdzonej metodologii klasycznego pisania piosenek, że pewne rzeczy próbuje robić po swojemu. Niektóre fragmenty brzmiały jak sklejone z kilku pozornie nieprzystających do siebie części (technika kolażu). Wokaliza była często traktowana nie tyle jako przekaźnik istotnej treści, co kolejna warstwa brzmieniowa. Członków formacji Ulrika Spacek fascynowały wtedy takie grupy jak: Can, Amon Duull, krautrock, itp. Przy okazji drugiej płyty "Modern English Decoration" (2017), kompozycje były bardziej spójne, nieco lepiej zagrane i przemyślane. W tej perspektywie ostatnie dokonanie, wydany wczoraj album zatytułowany "EXPO", wydaje się być najbardziej konceptualną propozycją.
Zanim przystąpiono do typowych prac w studiu, tym razem zespół postanowił stworzyć "bank sampli" własnych nagrań. Co oczywiście znacznie wydłużyło cały proces produkcji.
"Zawsze pisaliśmy w sposób oparty na kolażu, zaginając i wypaczając pomysły, żeby stworzyć coś ciekawszego niż to, co powstałoby tylko z jednego źródła" (...). Perkusja w zwrotkach to po prostu rytm nagrany jednym mikrofonem w sali prób i dodany do "banku dźwięków".
Dlatego od samego początku obcowania z wydawnictwem "EXPO" można odnieść wrażenie, że tym razem w brzemieniu znajdziemy znacznie więcej tonów syntezatora, rozmaitych loopów, cyfrowej ingerencji. Członkowie grupy Ulrika Spacek w ostatnich miesiącach chętnie sięgali po płyty Oneohtrix Point Never czy Smerz.
Nie zabrakło również dźwięków gitar, zarówno tych nakładanych warstwowo, przywołujących skojarzenia z płytami Radiohead, czy nieco bardziej przybrudzonych, przesterowanych, gdzie można odnaleźć echo dokonań chociażby grupy Sonic Youth. Nagrania nowej płyty powstawały w Londynie ( wspominane już kilka razy na tym blogu "Total Refreshemnt Center") oraz Sztokholmie. W warstwie tekstowej przewijają się wątki alienacji, izolacji członków współczesnego społeczeństwa, a z drugiej strony pojawia się rosnąca potrzeba indywidualizmu ("każdy chce choć na chwilę zaistnieć").
"EXPO" to spójny album, i zdecydowanie warto potraktować go jako całość, a nie zbiór lepszych lub gorszych singli. Poszczególne utwory brzmią trochę jak elementy większej konstrukcji. Mamy tutaj do czynienia z powtarzalnymi motywami, drobnymi repetycjami, brakiem oczywistych punktów kulminacyjnych, a także z uczuciem ciągłego zawieszenia. Słuchacz może odnieść wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś znaczącego, że nastąpi nagły zwrot, drastyczna zmiana dynamiki, itp. Tyle, że to "za chwilę" nigdy nie nadchodzi. Dla niektórych odbiorców płyta może sprawiać wrażenie zbyt jednolitej, może również zbyt chłodnej czy monotonnej, jednocześnie nazbyt intelektualnej produkcji. Dla mnie są to główne atuty tego wydawnictwa.
(nota 8/10)
Z albumem "Expo" całkiem nieźle powinien korespondować nowy singiel australijskiej formacji EXEK, dowodzonej przez wokalistę o polskich korzeniach - Alberta Wolskiego. Premiera całej płyty zatytułowanej "Prove The Mountains Move" 27 lutego.
Nowy singiel w ostatnim tygodniu opublikował również brytyjski weteran - MORRISSEY. Premiera płyty zatytułowanej "Make-Up Is Alive" 6 marca.
Wizyta w wietrznym mieście Chicago przyniesie spotkanie z formacją HAZEL CITY, która niedawno opublikowała płytę zatytułowaną "GOBLYNMARKYTT".
Montreal to siedziba zespołu BLIND DOGS OF THE SUN, który pod koniec stycznia wydał płytę "The City Never Sleeps".
Wczoraj ukazała się nowa płyta berlińskiej formacji GOLDEN HOURS zatytułowana "Beyond Wires". W ten sposób się rozpoczyna.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - w tych dniach warto mieć jakiś włoski akcent. Grupa THE DIE ON ICE pojawiała się już na łamach tego bloga. Wczoraj ukazał się ich nowy album zatytułowany "Panoramica Degli Abisi", który zawiera typowe dla tego zespołu klimaty dark-jazzowe.
Wczoraj ukazała się nowa płyta znakomitego ormiańskiego pianisty TIGRANA HAMASYANA zatytułowana "Manifeste". Przyznam szczerze, że nie podoba mi się kierunek, w którym od kilku lat podąża ten utalentowany muzyk (progresywny jazz). Zdecydowanie bardziej wolę jego twórczość z okresu współpracy z Arve Henriksenem, Janem Bangiem czy Eivindem Aarstem, który udokumentowało wspaniałe - recenzowane na łamach tego bloga - wydawnictwo "ATMOSPHERES".

