sobota, 30 sierpnia 2025

RACING MOUNT PLEASANT - "RACING MOUNT PLEASANT" (R&R Digital) "Dyskretny urok recenzji"

 

    Do przesłuchania płyty amerykańskiej formacji Racing Mount Pleasant zwabiała mnie krytyczna i niezbyt pochlebna recenzja Iana Cohena. Dziennikarz nie jest nowicjuszem w tym umierającym z wolna fachu. Od kilkunastu lat regularnie skrobie mniej  lub bardziej udane teksty muzyczne. Nie należy do grupy "młodych gniewnych" dziennikarzy, którzy przesłuchali 300 płyt w życiu, i w oparciu o tak zebrane imponujące doświadczenie, nieudolnie próbują sterować rynkiem muzycznym. Doświadczenie w tej materii to rzecz podstawowa, żeby nie powiedzieć święta, a z pewnością najważniejsza. Jak wiadomo, gust się kształtuje, a przynajmniej warto podejmować takie próby. 

Wspomniana wcześniej recenzja nie był zbyt radosna. To prawda. Autor wystawił płycie zawrotną notę 6.3. Ta ostatnia, w obecnej nomenklaturze oznacza -  kiepsko, mizernie, z tendencją do dłużyzny. Rzadko spotyka się tak marne noty. Dziennikarz wytknął formacji Racing Mount Pleasant sztuczność. Ochoczo napiętnował artystyczną wtórność oraz puste naśladownictwo. Siódemka przyjaciół ze stanu Michigan według opinii pana Cohena, zbyt mocno zapatrzyła się na grę zespołu Black Country, New Road. I z tego zapatrzenia-zasłuchania zapragnęła stworzyć coś podobnego. Cały problem polega na tym, że recenzent nie uwierzył w autentyczność tego pragnienia. Poczynania grupy odebrał jako pretensjonalny akt, niezbyt twórczy, obliczony na poklask niezbyt lotnej gawiedzi. Jako sztuczny twór, który próbuje się dopisać do obowiązującej obecnie mody, i w ten niecny sposób zamierza osiągnąć sukces. Po przeczytaniu tego tekstu i zapoznaniu się z albumem, doszedłem do wniosku, że od teraz każda krytyczna recenzja wspomnianego wcześniej autora będzie dla mnie jak nakaz lub wytyczna, żeby koniecznie zajrzeć do omawianego przez dziennikarza wydawnictwa. Sami ocenicie, czy takie pełne uroku kompozycje - "pretensjonalne twory" - jak ta zmieszczona poniżej, warte są marnych sześciu oczek.



 

Ależ pysznie to zabrzmiało, prawda?

Warto podkreślić, że to druga próba zaistnienia grupy Racing Mount Pleasant. Pierwszą była płyta zatytułowana "Grip Yoru Fist, I'm Heaven Bound", wydana w 2022 roku pod inną nazwą. Aktualna została zmieniona w kwietniu tego roku. Inspiracją do jej powstania był zjazd z autostrady w pobliżu Chicago, gdzie można napotkać taki właśnie znak: "Racing Mount Pleasant". Skład tej grupy związał się przed laty podczas spotkania wokalisty Sam Dubose i saksofonisty Samulea Uribe Botero, do których początkowo dołączyło jeszcze dziesięć osób. Wspominam o tym dlatego, żeby pokazać, że saksofon (oraz trąbka) od samego początku były wpisane w brzmienie zespołu. W trakcie tworzenia kolejnych kompozycji szukały dla siebie miejsca. Nie zostały sztucznie - czy też, jakby chciał recenzent - pretensjonalnie doklejone przez wynajętego producenta na etapie miksów lub w trakcie pracy w studiu nagraniowym.

Tych ostatnich członkowie grupy odwiedzili aż sześć w ciągu ostatnich trzech lat. Oprócz saksofonu tenorowego, jest również ten altowy w rękach Connora Hoyta, a także wspomniana już trąbka - Callum Roberts. Sekcja instrumentów dętych odgrywa w kompozycjach Racing Mount Pleasant kluczową rolę. Regularnie daje o sobie znać, w postaci bardzo smacznych ozdobników, gustownych pomostów łączących kolejne takty, czy drobnych solowych wstawek - tych akurat jest zdecydowanie najmniej. Do tego dochodzą przyjemne damsko-męskie chórki, nie drażniąca uszu barwa głosu wokalisty, mocne niekiedy akcenty gitar, utrzymane w post-rockowej manierze, poruszające filmowe orkiestracje... i paletę brzmienia załogi ze stanu Michigan mamy gotową.





Oczywiście zawsze mogą pojawić się skojarzenia z nagraniami różnych innych zespołów, chociażby grupy Black Country, New Road - jak koniecznie chciałby tego dietetyk i krytyk ze San Diego. A czyja to wina? Właśnie! Wystarczy nie znać dokonań tej formacji, żeby uniknąć takich  referencji.

 "Łatwiej powiedzieć, do kogo są podobni, ale trudniej wyjaśnić, jacy są". Wydaje się, że zespół jednak posiada swój styl, oczywiście nie w pełni ukształtowany, to miejmy nadzieję wciąż przed nimi. Wszystko dopiero rozwija się na drodze radosnych twórczych poszukiwań. Świadczą o tym kolejne kompozycje, w których możemy znaleźć te same znaki orientacyjne - zmienne tempo akcji, barwne ozdobniki, udane próby budowania napięcia oraz nieco prymitywne - w moim odczuciu - próby jego rozładowania. Stąd słuszne skojarzenia recenzenta z emo-rockiem.

 Z drugiej strony trudno wymagać od młodych ludzi, żeby swoje emocje wyrażali głównie poprzez ciszę. Kiedy czują, że musza podnieść głos - zazwyczaj krzyczą. Przy okazji odkręcają pokrętła wzmacniaczy, gwałtownie szarpią za struny gitary oraz basu. Kiedy wokalista i autor tekstów coś przeżywa - smutek, rozstanie, emocjonalne rozterki - wyraźnie daje o tym znać. Słychać to we fragmentach nagromadzonej energii, erupcjach brzmienia. Oczywiście wolałbym, że grupa Racing Mount Pleasant od czasu do czasu pograła więcej ciszą, kontrastami, te również potrafią przekazać emocje, posiadają swoją głębie i wymowę. Niektóre momenty tej skumulowanej energii są zwyczajnie drażniące. Krzyki wokalisty kultowego niegdyś Sunny Day Real Estate jakoś bardziej do mnie przemawiały.

Momenty kulminacyjne można stworzyć w oparciu o różne sposoby. Można wykorzystać dialogi trąbki oraz saksofonu, przeprowadzić coś w rodzaju wymiany ciosów. Albo zaproponować pojedynek trąbki z gitarą, itd. Ogranicza nas jedynie wyobraźnia...i umiejętności. Od wielu lat zespoły jak ognia unikają solówek gitarowych. Jakiś czas temu ktoś stwierdził, że jest to nudne i niemodne, plotka szybko obiegła studia nagraniowe i nagle przeobraziła się w twardy aksjomat. A ja z miłą chęcią posłuchałbym ciekawie zagranej partii gitarowej w kluczowym momencie kompozycji. Dlaczego nie!

Całą resztę materiału zawartego na płycie " Racing Mount Pleasant" można spokojnie pochwalić. Szczególnie pracę sekcji dętej - moi faworyci - bez której zespół byłby jedynie żałosnym klonem. Jedną z wielu kapel, która nieudolnie próbuje połączyć post-rock z jego emocjonalną wersją. Całkiem możliwe, że gdyby zabrakło dwóch lub trzech kompozycji, wydawnictwo jeszcze bardziej zyskałoby w moich oczach.

(nota 8/10)


 


Przy okazji zajrzymy na debiutancką płytę Racing Mount Pleasant, zatytułowaną "Grip Your Fist,  I'm Heaven Bound", nagraną w nieco innym składzie, gdyż znalazłem na niej utwór, który spokojnie mógłby dopełnić zestawienie najnowszego wydawnictwa. 




Artysta z Ohio przyjął pseudonim Kramies, przez jednego z dziennikarzy został nazwany jako: "trubadur dream-popu". W związku z tym, nie dziwi, że najnowsza płyta, która ukaże się 10 października będzie nosić tytuł "Goodbye Dreampop Troubadour".



Nasz dobry znajomy, kanadyjski wokalista Patrick Watson 29 września opublikuje nowy album zatytułowany "UH OH". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



  Z Kanady przeniesiemy się do Ameryki Południowej. W stolicy Peru - Limie działa grupa Los Membrillos, która pojawiała się już w "Dodatkach, a przed tygodniem opublikowała nowy album zatytułowany "Disitmia". W ten sposób się rozpoczyna.




W ostatnim odcinku "The Grand Tour" wesołe trio głównych bohaterów pokonywało malownicze drogi i bezdroża Kolumbii. Głównym motywem muzycznym była bardzo smaczna kompozycja meksykańskiej grupy Dug Dug's, którą znajdziecie na płycie "Smog" wydanej w 1973 roku.





Nie śledziłem rozwoju brytyjskiej formacji Prolapse, która powstała w latach 90-tych, nagrała kilka płyt i słuch o niej zaginął. Powrócili po kilkunastu latach przerwy. Wczoraj ukazała się nowa płyta zatytułowana "I Wonder When They're To Destroy Your Face".




Bardzo ładnie brzmią nowe nagrania zebrane na wydanej wczoraj płycie "Animal Poem", amerykańskiej wokalistki (znanej z "Dodatków"), z miasta Portland - czyli Anny Tivel.




Moduł sztucznej inteligencji AI nic nie wie o grupie Fadaway (jeśli chodzi o muzykę alternatywną, ma spore braki, czasem konfabuluje, a po wytknięciu rażącego błędu grzecznie przeprasza za pomyłkę itd. Wciąż dużo nauki przed nim). Dlatego osobiście musiałem zanurzyć się głęboko w otchłań sieci, żeby uzyskać informacje, iż jest to amerykańska grupa reprezentująca Nowy York, z wokalistką Fade Hathaway i producentem Guyem Lebroskim. Niedawno ukazała się ich debiutancka epka "Let It Fade".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - przeniesiemy się na brytyjską ziemię, choć tym razem skład jest międzynarodowy. The Wands Collective i fragment z ich niedawno wydanej płyty "Fairies".




Finlandia i multiinstrumentalista Anti Vauhkonen, który dowodzi składem Oiro Pena. 26 września ukaże się ich nowy album zatytułowany "Beke".



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz