sobota, 28 września 2024

HIS NAME IS ALIVE - "LIVONIA (remastered 2024)" (4AD) "Dyskretny urok kaset magnetofonowych"

 

   "Historia nie jest i nie powinna być pisana tak, jak jest przeżywana. Ludzie zanurzeni w przeszłości wiedzą lepiej niż my, co znaczyło żyć w danym miejscu i czasie, jednak położenie większości z nich nie było na tyle dogodne, by mogli zrozumieć, co im się przydarza - i dlaczego (...). Kształt minionych zdarzeń zależy od danej perspektywy, zawsze uwarunkowanej miejscem i czasem; każdy z owych kształtów to prawda połowiczna, choć niektóre z nich stają się wiarygodne na dłużej".  Tony Judt - "Brzemię odpowiedzialności: Blum, Camus, Aron i francuski wiek dwudziesty". 

  Niestety nie pamiętam dokładnie, jaki to utwór był tym pierwszym, który usłyszałem z bogatego przecież repertuaru amerykańskiej grupy His Name Is Alive. Co gorsza, tak to nieraz bywa, nie potrafię sobie również przypomnieć przybliżonych okoliczności dotyczących dnia, jego aury i godziny, choć zwykle bardzo dobrze kojarzę te moje inicjacyjne spotkania z ulubionymi zespołami. A trzeba Wam wiedzieć, że zespół His Name Is Alive był przed wieloma laty, w nieco innej coraz bardziej odległej epoce, jednym z tych najbliższych, najbardziej ulubionych. Kiedy tak o tym teraz myślę, składając ze sobą różne mgliste fakty, to nie ulega wątpliwości, że musiała to być jedna z ostatnich piosenek, zamieszczonych na debiutanckiej płycie zatytułowanej "LIVONIA", dokładnie tak, jak miejscowość położona w stanie Michigan.

 "Livonia znana jest ze swoich pagórkowatych terenów. To idylliczne miejsce, godne, żeby stać się tematem wielu ballad i wierszy napisanych przez wielkich poetów romantycznych z XIX wieku. Tam zawsze jest wiosna, zwykle wieje przyjemny wiatr, który potrafi zdmuchnąć ładny liść prosto do książki, którą czytasz leżąc na kocu w parku" - wspominał Warren Defever. 

Moje kolejne wspomnienia sugerują niepewnie, że być może była to kaseta magnetofonowa marki TDK lub BASF, raczej nie Sony (choć tych posiadałem najwięcej), pożyczona od kolegi, który w odróżnieniu ode mnie czuwał w niedzielny wieczór przy radioodbiorniku, i w porę zdążył nacisnąć przycisk "Rec" na konsolecie swojego magnetofonu. Kapryśna pamięć przywołuje mglisty obraz tej kasety, popularnej wtedy "sześćdziesiątki" lub "dziewięćdziesiątki", dokładnie rzecz ujmując, początek jej drugiej strony, gdzie zarejestrowano obszerne fragmenty audycji prowadzonej przez redaktora Piotra Kaczkowskiego. To właśnie w trakcie jej trwania zaprezentowano kilka niesamowitych dla mnie odsłon albumu "Livonia". Ależ to było odkrycie!



   Muzyczną przygodę Warren Defever (twórca grupy) również zaczynał od kaset magnetofonowych, które jego matka kupowała w sklepie firmy "Kmart" (były sprzedawane w paczce po trzy sztuki). Kiedy koledzy i koleżanki oglądali filmy lub mecze, Warren siedział w słuchawkach na uszach w piwnicy rodzinnego domu, z gitarą podłączoną do efektu echo, podpiętego do magnetofonu kasetowego i dokonywał pierwszych eksperymentalnych rejestracji. Ten pierwszy materiał - wydany później jako "All The Mirrors In The House (Home Recordings 1979-1986)" - zawierał pogłosy gitarowe, połączone z wokalną opowieścią o duchach, i zapętlonymi odgłosami sąsiada grabiącego liście lub odśnieżającego podjazd.

Chociaż dużo wcześniej było doświadczenie zebrane w szkolnym zespole Elvis Hitler (młodzieńcy grali szybko i energicznie) oraz tym, kierowanym przez dziadka, z którym, u boku braci, Warren grał skoczne polki, walce, a nawet muzykę country, występując także w szpitalach czy domach starców. "Leżenie na podłodze obok wieży stereo ze słuchawkami na uszach ( w ten sposób poznawał płytotekę starszego brata) - prawdopodobnie tak właśnie wtedy najczęściej spędzałem wolny czas". 

Jeśli jednak nie leżał, nie słuchał, i nie nagrywał w piwnicy, a była akurat letnia pora, młody Defever pracował wytrwale na polu, zarabiał całe 3.35 dolara na godzinę. W ten sposób zebrał sporo oszczędności, swój niemały wkład, na zakup gitary basowej, wzmacniacza oraz magnetofonu czterościeżkowego.


 Fragment domowego studia Warrena Defevera

To właśnie przy pomocy tego magnetofonu sukcesywnie powstawały pierwsze nieporadne, ale później coraz śmielsze nagrania. W piwnicy rodzinnego domu - wiele lat potem Warren Defever odkupił posesję od ojca - pojawiali się również Damian Lang oraz Karen Oliver. Ta ostatnia po latach tak wspominała swoją przygodę z formacją His Name Is Alive.

"Zazwyczaj moja rola w zespole wyglądała tak: Warren pisał piosenkę, zapraszał mnie, wręczał tekst. Na gitarze grał melodię, którą chciał, żebym zaśpiewała. Nową piosenkę przerabialiśmy od dwóch do pięciu razy, aż opanowałam melodię. Następnie umieszczał mnie w "pokoju nagraniowym", z tekstem i moimi notatkami przylepionymi do ściany przede mnę. Nagrywał kilka ujęć, a potem przechodziliśmy do następnej piosenki (...). Gdybym próbowała zrobić z tego akord lub dodać trochę rytmu, on by się zdenerwował, więc po prostu stałam tam, z rękami na klawiaturze, i grałam jedną nutę w kółko przez całą piosenkę. Nie jestem już w zespole, bo mnie wyrzucił. Powinnam była sama odjeść, ale byłam szczęśliwa, że przynajmniej dostałam szansę śpiewania. Ta część zebranego doświadczenia zawsze pozostanie wspaniała".



Od samego początku w poczynaniach Warrena Defevera znaczącą rolę odgrywały intuicja oraz eksperymentalne podejście, które w kolejnych latach stało się jego znakiem rozpoznawczym. Kiedy ukazała się debiutancka płyta "Livonia", jej twórca kończył dopiero dwadzieścia lat, więc nic dziwnego, że nie miał zielonego pojęcia o pracy w studiu, komponowaniu, i mnóstwo rzeczy chciał robić po swojemu, również popełniać błędy.

"Słyszałem Steve'a Reicha (choć nie Phillipa Glassa, ani Terry'ego Rileya). Nie znałem Briana Eno, ale czytałem opisy jak działa Frippertronics - Roberta Frippa w magazynie Creem mojego brata i wiedziałem wystarczająco dużo o przeciążeniu poziomu wejściowego magnetofonu (...), żeby zechcieć w to się zaangażować. Chciałem stworzyć własną MUZYKĘ dla osiemnastu muzyków, ale nie znałem osiemnastu muzyków. Miałem zaledwie dwóch przyjaciół, i nawet oni nie mogli mnie znieść".

Nagrane taśmy Warren Defever rozesłał do kilku wytwórni, ale tylko szef jednej z nich w końcu odpowiedział na jego propozycję. Zanim do tego doszło, można powiedzieć, że Defever nękał Ivo Watts-Russella (dyrektora oficyny 4AD) kolejnymi rejestracjami. Ta kluczowa kaseta nosiła napis "I Had Sex With God". Defever słuchał wtedy płyt This Mortal Coil, Dead Can Dance, jego ulubionym albumem tamtego okresu był znakomity "Sleeps With The Fishes" - Michaela Brooka i Petera Nootena. 

"Wszystko było takie tajemnicze i piękne, a każda nuta i dźwięk nie były powiązane z tym, co mogłem wskazać palcem (... ). Ich planeta była wyraźnie lepsza i chciałem tam polecieć".



Album "Livonia" powstał z dwóch części. Pierwszą nagrano praktycznie bez udziału miksera, perkusji, z jedną gitarą, basem, samplerem, ścieżkami wokalu, przy pomocy mikrofonu PZM. Druga część powstała już w profesjonalnym studiu, pod okiem Ivo Watts-Russella, szefa wytworni 4AD i Johna Fryera, z którym ten pierwszy współtworzył wydawnictwa This Mortal Coil. Na 8-ścieżkowy magnetofon szpulowy dograno perkusję, klarnet basowy i dodatkowe wokale. Oprócz wspomnianej wcześniej Karen Oliver w dwóch utworach - "You And I Have Seizures" i "How Ghosts Affect Relationships" - zaśpiewała Angie Carozzo.

Geneza powstania nazwy grupy prowadzi nas bezpośrednio do szkoły, do której uczęszczał Warren Defever. Podczas jednej z lekcji nauczyciel przybliżał postać Abrahama Lincolna. Kiedy Warren ocknął się z krótkiej drzemki, z ust profesora akurat padła fraza: "His Name Is Alive". Młodzieniec pomyślał, że brzmi to magicznie i wprost idealnie nadaje się jako nazwa dla jego zespołu. Podobnie brzmiała muzyka zawarta na debiutanckim albumie "Livonia" - niezwykła, oniryczna, rozpięta na pograniczu snu oraz tego, co wyobrażone, jednocześnie niepokojąca i bardzo nowatorska. Z jednej strony wpisywała się doskonale w charakter wydawnictw oznaczonych logo 4AD, z drugiej zaś śmiało wykraczała poza sztywne ramy tego, co zwykle kojarzyło się z tą oficyną.

Album pojawi się w sklepach w Wielkiej Brytanii 25 czerwca 1990 roku, a dwa lata później został wydany w USA przez oddział 4AD/Rykodisc. Jedna z prasowych recenzji brzmiała: "Album ukazał niepokojący, ale wykwintny widok, mroczne studium miłości oraz straty, przedstawione w oniryczny i oszałamiający sposób". Notka prasowa autorstwa Warrena Defevera brzmiała nieco inaczej: "Popieprzony minimalizm, klasycznie zaaranżowany przez nieodpowiedzialnego młodzieńca z Michigan".



I tak oto wybrzmiało jedno z najpiękniejszych nagrań tego wydawnictw, a zarazem jedna z najwspanialszych kompozycji grupy His Name Is Alive.

Tymczasem mocno zdystansowany do samego siebie oraz otaczającego świata Warren Defever, w taki sposób charakteryzuje warstwę liryczną swoich kompozycji. "Staram się trzymać klasycznych  tematów, takich jak: Szekspir i Willliam Faulkner, marzenia, śmierć, miłość, zemsta, co robisz w ten weekend, jaki jest twój ulubiony kolor, czy kiedykolwiek myślałeś, że miałeś brata bliźniaka, którego zamordowałeś, gdy byłeś jeszcze w łonie matki...".

Podczas prac nad kolejnym bardzo udanym albumem "Home Is In Your Head", wydanym 9 września 1991 roku, również ogromną rolę odegrał szef wytwórni 4AD - Ivo Watts-Russel i John Fryer, którzy musieli przesłuchać stosy taśm, regularnie przesyłanych przez Warrena Defevera, żeby ostatecznie w studiu Blackwing Studios zmiksować cały materiał. "Powstałe dzieło składające się z dwudziestu trzech kompozycji, było surrealistycznym kolażem nieuchwytnych ujęć, które płynęły nierozerwalnie od początku do końca".

Pośród nich znajdziemy dwa jakże udane covery.  "There's Something Between Us And He's Changing My Words" - to przeróbka piosenki grupy Bone Machine, w której niegdyś grał Defever oraz "Man On The Silver Mountain", pierwotnie nagrana przez zespół Rainbow (jego twórca to Ritchie Blackmore). Ostatni utwór na płycie urywa się niespodziewanie. Powód takiego stanu rzeczy był prozaiczny - oto w trakcie jego nagrywania Warrenowi po prostu skończyła się taśma.



Trzeci w dorobku i chyba najbardziej "piosenkowy", w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, album nosił tytuł "Mouth By Mouth" i został wydany w 1993 oku. Podczas rejestracji kolejnych  nagrań w studiu pojawiło się znacznie więcej wokalistów. Oprócz znanej już z poprzednich wydawnictw Karen Oliver, swoje walory głosowe zaprezentowały Karen Neal, Chelle Marie Ehlers, Denise James.

"Jeśli twój drugi album brzmi zbyt podobnie do pierwszego, ludzie powiedzą, że zrobiłeś to samo. A jeśli jest zbyt inny, to pomyślą: "Czemu nie zrobiłeś tego, co robiłeś wcześniej?". "Podczas nagrywania staram się unikać tego typu myślenia" - oświadczył Warren Defever.

Kto wie, pewnie po latach działalności twórczej nasz dzisiejszy główny bohater, mógłby podpisać się pod takim cytatem, który można znaleźć w książce Daniela Bella - "Kulturowe sprzeczności kapitalizmu". 

"Jak długo można próbować szokować w sytuacji, kiedy już nic nie szokuje? Jeśli eksperyment jest normą, to w jakim stopniu oryginalne ma być to, co jest nowe? I jak w każdej niefortunnej historii, modernizm dwukrotnie dochodził do jej kresu: pierwszy raz - w straszydłach dadaizmu i futuryzmu, drugi - w iskrzących się parodiach malarstwa pop i w bezmyślnym minimalizmie sztuki konceptualnej. Wykrzykniki wieńczące każde zdanie manifestów stały się po prostu swoistymi przecinkami w nudzie nieustannych powtórzeń".



  Amerykański artysta nie jest łatwym partnerem w nieraz skomplikowanym muzycznym dialogu. Jak twierdzą jego dawni znajomi, często bywa kapryśny i apodyktyczny, zwykle lubi narzucać swoją wizję oraz wolę i niezbyt chętnie z tego rezygnuje. "Dwóch byłych  gitarzystów, pięciu byłych perkusistów, dwóch byłych klawiszowców, sześciu byłych wokalistów. Lista osób, które nie będą już ze mną współpracować, systematycznie się powiększa. To powszechnie wiadoma rzecz, że bardzo trudno się ze mną współpracuje".

W tym kontekście nie dziwi specjalnie pokaźna liczba zespołów, przez których składy Defever się przewinął: Control Panel, Princess Dragonmon, The Dirt Easters, ESP Beetles, Forest People, Mirror Dream itd. Wciąż jest bardzo zapracowanym człowiekiem, i jeśli nie realizuje akurat kolejnego prywatnego projektu, nagrywa kompozycje innych artystów, w swoim pomalowanym na srebrny kolor studiu The UFO Factory lub Third Man Mastering, które prowadzi wraz z Billem Skibbem, podobnie jak wytwórnie płytową "TimeStereo". 

Chętnie kupuje i korzysta z wiekowego sprzętu, jak rejestrator Webster Wire, mikrofon RCA z 1944 roku, stare wzmacniacze lampowe, nieco młodsze efekty - Moog Moogerfooger MF 104, Earth Quaker Space Spira V2, itp. Swoimi artystycznymi posunięciami Amerykanin zdaje się potwierdzać tezę, że muzyka, dokładnie tak jak wyobraźnia, nie znosi ograniczeń. W jego dorobku znajdziemy indie-pop, rock, psychodelię, afro-pop, free jazz, noise, nagrania eksperymentalne i terenowe.

"Napisałem kilkaset piosenek, ale nie jestem dobrym piosenkarzem. Kiedy mówisz ludziom, że jesteś autorem piosenek oczekują, że zaśpiewasz jedną z nich, a nikt nie chce słuchać mojej wersji "I'll Send My Face to Your Funeral", jeśli dopiero się poznaliśmy. Kiedy próbuje podawać się za kompozytora, szybko wychodzi na jaw, że nie odróżniam sinfonietty od sonaty".



Przy okazji kreślenia kolejnych niespiesznych słów na temat jednego z moich ulubionych zespołów z młodzieńczych lat, zastanawiam się, jak obecnie może wyglądać recepcja twórczości grupy His Name Is Alive, szczególnie wśród przedstawicieli młodego pokolenia. Do grona "maniaków płytowych", tropicieli i poszukiwaczy muzycznych doznań, wciąż dopisują się, może już nie tak licznie, jak to miało miejsce przed laty, nowi głodni estetycznych uniesień i niezapomnianych wrażeń. Jakie wrażenie wywrą na nich kompozycje zawarte na albumie "Livonia"? ( również "Home Is In Your Head" lub "Mouth By Mouth").  Czy niektórzy z nich pokiwają głowami, odnajdując wzrokiem kolejny cytat z książki wspomnianego już dzisiaj Daniela Bella. "Szok tego, co stare, stał się szykiem tego, co nowe". Albo przywołując zdania Octavio Paza: "Dziś sztuka nowoczesna zaczyna tracić swą moc negacji. Od pewnego czasu jej zaprzeczenia stały się rytualnymi powtórzeniami: bunt stał się procedurą, krytyka - retoryką, wykroczenia - ceremonią. Negacja przestała być twórcza".

Będzie okazja, żeby to sprawdzić. Bowiem wczoraj ukazał się specjalny sześciopłytowy BOX, zatytułowany "How Ghosts Affect Relationships 1990-1993", który zawiera sześćdziesiąt trzy utwory, w wersji bandcamp siedemdziesiąt siedem, książeczkę biografa wytwórni 4AD - Martina Ashtona, oraz plakat z podpisem.

(nota 10/10)



 

Zastanawiam się również, jaką kompozycję zaprezentować w tak zwanym "kąciku improwizowanym". Wydaje mi się, że w tej sytuacji nie mam innego wyjścia i musi być to coś z repertuaru His Name Is Alive. Proszę bardzo.






sobota, 21 września 2024

CLINIC STARS - "ONLY HINTING" (Kranky) "Detroit we mgle"

 

    Detroit leżące w stanie Michigan było niegdyś prężnie rozwijającym się centrum amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego. W tej milionowej metropolii swoje siedziby miały takie firmy jak General Motors czy Chrysler, to tutaj założono legendarną wytwórnię Motown, i to stąd pochodziły ważne dla przyszłości nurtu zespoły punkowe. Punktem zwrotnym w historii tej aglomeracji był moment, kiedy skazano jej burmistrza Kwame Kilpatricka na dwadzieścia osiem lat więzienia za nadużycia i malwersacje. Tego samego roku, w którym zapadał ów wyrok, dokładnie rzecz ujmując 18 lipca 2013 roku, ogłoszono upadłość miasta (jego dług wynosił wtedy ponad 2.5 miliarda dolarów). Jeszcze niedawno można było kupić tam dom za wartość symbolicznego dolara, choć i tak chętnych próżno było szukać ze świecą. Zdaje się, że w takich okolicznościach Detroit najlepsze lata ma już dawno poza sobą i co gorsza niepewnie rysującą się przyszłość. Potwierdza to dobitnie wymowny napis umieszczony na jednym z wysokich apartamentowców - "ZOMBIELAND".

Kondycja Detroit nie zraziła jednak Giovanny Lenski, która przeniosła się do tej opuszczonej przez ludzi i pomyślność mieściny prosto z niezbyt odległego Chicago. Jedną z przyczyn tej decyzji była chęć bliższego poznania Christiana Molika, z którym od pewnego czasu regularnie utrzymywała kontakt. Oboje mieli już dość wymiany plików dźwiękowych, dzięki której powstały pierwsze piosenki duetu Clinic Stars. Przed przeprowadzką Giovanna trochę grała na pianinie, nagrywała odgłosy miasta Chicago i udzielała się w lokalnym chórze, co wprawne ucho może usłyszeć w jej sposobie śpiewania. Praca w domowym studiu miała kilka zalet. Jedną z nich był czas, swoboda w jego dysponowaniu, stąd nie dziwi specjalnie takie zdanie Christiana: "Mogliśmy pracować we własnym tempie i kiedy tylko chcieliśmy". Kiedy wreszcie zarejestrowali dwie epki: "10,100 Dreams" oraz "April Past", rozesłali próbki materiału do różnych wytwórni. Na ich propozycje zareagowało jedynie szefostwo oficyny Kranky, proponując nagranie długogrającej płyty.



Kompozycje duetu Clinic Stars są niewyraźne, celowo rozmyte, jak wiele ich wspólnych fotografii, niczym zdjęcie umieszczone na okładce ich debiutanckiej płyty. Ta ostatnia ukazała się wczoraj i nosi tytuł "Only Hinting", zawiera osiem rozmarzonych spokojnych piosenek, które sprawdzą się jako towarzyszki jesiennych wieczorów. "Muzyka, co do której byliśmy zgodni, to muzyka pochodząca z wytwórni 4AD, głównie brytyjskie zespoły z połowy lat 80-tych, do początku lat 90-tych" - stwierdził Molik, a jego partnerka dodała. "Albumy This Mortal Coil były tymi, które naprawdę mnie pochłonęły". Miło to słyszeć, że młodzież troszkę na przekór modzie wciąż odkrywa coraz bardziej odległą przeszłość.

Opublikowana wczoraj płyta "Only Hinting" pokazuje, jak nowe pokolenie artystów odczytują dokonania znanych, szczególnie w naszym kraju, grup należących do niegdyś kultowej brytyjskiej oficyny. Clinic Stars w aranżacjach używają syntezatorów i gitar, na których tle pojawia się delikatnie zamazana eteryczna wokaliza Lenski. Raz bliżej im do zapomnianej obecnie grupy Swallow, w innym momencie "Remain" czy "Shiver" można wyczuć charakterystyczną melodykę grupy Cocteau Twins. Gdzieś z tych onirycznych piosenek wyłania się również obraz miasta zanurzonego w porannej mgle.

Muzyka dla amerykańskiego duetu pełni także funkcję terapeutyczną - stąd taka, a nie inna nazwa "Clinic...". Stanowi formę ucieczki, jest próbą stworzenia bezpiecznego miejsca, wyjątkowego azylu, z daleka od zgiełku coraz bardziej hałaśliwego świata. Mając w pamięci wiek artystów oraz inne ostatnie debiuty, trzeba przyznać, że dzieło duetu Lensky/Molik wypada całkiem nieźle. Przede wszystkim udało się im stworzyć i podtrzymać specyficzny nastrój. W kilku momentach zabrakło zwiewnych melodii, które zwykle stanowią o sile tego typu propozycji. Może następnym razem.

Ps. Do takich diamentów, jak tytułowy "Only Hinting", można wracać o każdej porze. 

(nota 7/10)

 


W dzisiejszej odsłonie strefy "Dodatków..." nieco więcej piosenek, oczywiście pochodzących z szeroko pojętego alternatywnego półświatka. Tak jak obiecałem, powrócę do albumów innych młodzieżowców - Lunar Vacation, którzy przed tygodniem opublikowali album "Everything Matters, Everything's Fire". Oto kolejna moja ulubiona kompozycja.



 Z Los Angeles pochodzi grupa Wand. Oto fragment płyty "Help Desk/Gold Fish", która ukaże się 25 października.



Szybka podróż do Europy przyniesie postój w Bordeaux, gdzie mieszka Vincent Bestaven, który kilka dni temu opublikował bardzo urokliwy singiel.




Miasto Rotterdam będzie reprezentować wokalistka Robin Kester. Zajrzymy na jej opublikowaną niedawno epkę - "Patch".




Ponownie Francja, miasto Lyon, skąd pochodzi wokalista Raoul Vignal. 8 listopada ukaże się jego najnowsza płyta "Shadow Bands". Wydawnictwo promuje ten zgrabny singiel.



P:ano to kanadyjska grupa, której jedno nagranie zaprezentowałem całkiem niedawno. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "Ba Ba Ba". Wokalnie artystów wspomógł muzyk znany z wpisów na tym blogu, czyli Nicholas Krgovich. Oto mój ulubiony utwór, który zamyka to wydawnictwo. (Ps. Czujne ucho wychwyci pod koniec drobny i całkiem gustowny cytat z piosenki grupy Stereolab).



Nieco zwolnimy tempo akcji. W Nowym Yorku mieszka wokalistka Lea Thomas, która wczoraj opublikowała album "Cosmos Forever". Warto dodać, że masteringu tego wydawnictwa dokonała Heba Kadry, o której wspominałem już wielokrotnie, znana z produkcji płyt Beach House, Slowdive, itp. Mój faworyt ukrył się pod numer drugim. Cudny slowcore!




"PIOSENKA TYGODNIA" należy do przedstawicielki młodego pokolenia Tashy Viets Vanlear, która przyjęła dźwięczny i prosty pseudonim "TASHA". Wczoraj ukazała się jej płyta zatytułowana "All This And So Much More". Oto mój ulubiony fragment.



W kąciku improwizowanym "KOMPOZYCJA TYGODNIA". Wczoraj ukazała się płyta "Odyssey", za którą stoi saksofonistka Nubya Garcia. Album zawiera kilka odsłon wokalnych, kilka okraszonych dość sztampową orkiestracją. Wydaje się jednak, że cichymi bohaterami są muzycy towarzyszący artystce, sekcja rytmiczna i pianista - Joe Armon Jones. Z taką załogą na pokładzie można wiele...






sobota, 14 września 2024

TRENTEMOLLER - "DREAMWEAVER" (CHF MUSIC/IN MY ROOM) "Dojrzałość versus młodość"

 

    W miniony piątek ukazało się sporo płyt, których zawartość postaram się sukcesywnie sprawdzać w najbliższych dniach. W związku z tym miałem mały dylemat, który album wybrać jako danie główne. Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że płyty nieco bardziej uznanych czy modnych obecnie zespołów, jak i rozpoznawalnych artystów, będą szeroko omawiane na popularnych portalach zajmujących się muzyką alternatywną. Dlatego ostatecznie stanąłem przed wyborem, który mógłbym zamknąć w takim oto prostym pytaniu: "młodość czy dojrzałość?".  Po dłuższym wahaniu zdecydowałem się na dojrzałość, pewnie także z tego powodu, że bliżej mi do tego typu stanu oraz wątków odnajdywanych tam i tu w twórczości artystycznej, a może również dlatego, że młody już byłem... jakiś czas temu.



Anders Trentemoller to wciąż słabo znany w naszym kraju - mimo iż koncertował u nas, i wkrótce znów wystąpi - pięćdziesięciojednoletni ( a więc niezbyt młody) artysta, muzyk, producent, klawiszowiec, a niegdyś DJ, który ukrywa się pod nazwą Trentemoller. Nasz dzisiejszy główny bohater rozpoczynał muzyczną przygodę pod koniec lat 90-tych, grając w indie-rockowych mało znanych grupach, które tak szybko jak powstawały, tak szybko kończyły swoją działalność. Debiutancki album "The Last Resort" wydał w 2006 roku, w oficynie Poker Flat Recordings, a kolejne wydawnictwa publikował już w założonej przez siebie wytwórni "In My Room". Później dał się poznać jako artysta sprawnie remiksujący kompozycje innych twórców - Royksopp, The Knife, Unkle, Efterklang, Depeche Mode. Swoją coraz bardziej rozpoznawalną markę sukcesywnie kształtował i potwierdzał podczas festiwali - w Glastonbury, Roskilde, Melt!, Coachella. Jego muzykę wykorzystali w serialach oraz filmach między innymi: Pedro Almodovar, Oliver Stone, Jacques Audiard.

"Zawsze staram się nie myśleć, czego oczekuje ode mnie wytwórnia, o recenzjach i tym podobnych rzeczach. Po prostu, w studio nagraniowym próbuje być sobą, a potem sprawdzam, dokąd zaprowadzi mnie muzyka" - oświadczył Anders Trentemolller. W piosenkach lubi zderzać ze sobą rozmaite przeciwieństwa - młodość/dojrzałość, akustyczne versus elektroniczne, itp. Ceni melancholijny nastrój, który odnajdywał kiedyś w skandynawskiej muzyce ludowej. "W dzieciństwie mama śpiewała mi stare skandynawskie kołysanki, które były melancholijne". Swoje kompozycje często tworzy zasiadając przy pianinie. Wykorzystuje przy tym metodę Paula McCartneya, który najpierw tworzył sekwencje akordów na fortepianie, i jeśli na drugi dzień nadal je pamiętał, kierował się dziarskim krokiem do studia nagraniowego.



Początkowo Anders Trentemoller fascynował się muzyką elektroniczną i klubową. Te upodobania pozostały w nim do dziś, co słychać całkiem nieźle na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "Dreamweaver". "Lubię nakładać kolejne warstwy. Jeśli posłuchasz jednej z moich piosenek po raz czwarty, możesz odnaleźć w niej nowe szczegóły. Cenię sobie muzykę, która potrafi zaskoczyć i ujawnić rzeczy, których nie widzi się za pierwszym razem".

Najnowsze wydawnictwo można podzielić na dwie przeplatające się ze sobą części. Pierwsza z nich zawiera fragmenty oniryczne, refleksyjne, jak tytułowy "Dreamweaver",  "Winter's Ghost",czy Hollow", przy okazji którego mogą przypomnieć się dawne płyt formacji This Mortal Coil. W tej estetyce świetnie sprawdza się głos Disy Jakobs, islandzkiej wokalistki, która po raz pierwszy pojawiła się gościnnie podczas trasy koncertowej kilka lat temu, a potem niepostrzeżenie została nowym członkiem zespołu. Do drugiej sekcji można zaliczyć nieco bardziej dynamiczne odsłony, jak "I Give My Tears", w którym słychać echo dokonań między innymi New Order. Oczywiście Trentemoller przepuszcza elementy zaczerpnięte z estetyki swoich dawnych  ulubionych  zespołów (Joy Division, The Cure,  New Order, Slowdive itd.) przez własną wrażliwość. Podobnie brzmi "In A Storm", lub "Behind My Eyes", gdzie mogą przypomnieć się dokonania The Sister Of Mercy. Raz po raz odezwie się mocniejsza partia gitar - Anders Trentemoller twierdzi, że ma w zespole najlepszych duńskich muzyków -  to znów da o sobie znać taki czy inny syntezator, którego brzmienie skandynawski artysta lubi modyfikować, przepuszczając jego dźwięki przez rozmaite efekty. Z taką samą swobodą przekracza stylistyczne granice - dream-pop, synthwave, darkwave, itp., zderzając nowoczesność z indie-rockową czy post-punkową klasyką. I tak całkiem przyjemnie i niepostrzeżenie upływa czas w towarzystwie tego albumu.

(nota7.5-8/10)


 


Pozostaniemy na skandynawskiej ziemi. Z Trondheim (Norwegia), pochodzi grupa Motorpsycho, która wczoraj opublikowała nowy album "Neight!!".



Z portowego duńskiego miasta Aarhus wywodzi się dobrze nam znany zespół Catch The Breeze, który także w dniu wczorajszym opublikował płytę zatytułowaną "Hope Has A Place".



Najwyższa pora  na "młodość", o której wspominałem na samym początku dzisiejszej odsłony. Miasto Atlanta (stan Georgia) oraz zespół Lunar Vacation, który wczoraj opublikował album "Everything Matters, Everything's Fire". Będę jeszcze wracał do tego udanego wydawnictwa.



Kolejny przedstawiciel sekcji "młodość" pochodzi z Paryża. Mam tu na myśli grupę Juniore, która wczoraj opublikowała płytę zatytułowaną "Trois Deux Un".



Strefę "dojrzałości" z pewnością może reprezentować brytyjska zaprawiona w boju załoga z miasta Nottingham, czyli grupa Tindersticks. Wczoraj przypomnieli o sobie światu kolejnym krążkiem zatytułowanym "Soft Tissue".



Dla odmiany wiek średni przedstawia Nandi Rose oraz jej brooklyńska grupa Half Waif. 4 października ukaże się ich nowa płyta zatytułowana "See You At The Maypole", którą promuje ten pełen uroku singiel.



 Skoro Kanada to wytwórnia Constallation, której nakładem również wczoraj ukazał się album grupy We Are Winter's Blue An Radiant Children, z gościnnym udziałem Efrima Manuela Menucka, o którym wspominałem już na łamach bloga. Wydawnictwo nosi tytuł "No More Apocalypse Father".



W "kąciku improwizowanym" zajrzymy do katalogu wytwórni Gondwana Records, która opublikowała wczoraj płytę londyńskiej formacji Paradise Cinema - "Returning Dream", w składzie tria znajdziemy Jacka Wyllie, znanego z grup Portico Quartet czy Szun Waves.




Raz jeszcze dzielnica Nowego Yorku, czyli Brooklyn, gdzie mieszka Wendy Eisenberger, która wczoraj wydała album "Viewfinder".




Po "kąciku improwizowanym" pora na nową, zapoczątkowaną przed tygodniem, tradycję, która oczywiście zobowiązuje. Przed Wami moja ulubiona piosenka ostatnich dni, czyli... "KOMPOZYCJA TYGODNIA!!". Jej twórcy to Derek Almstead i Emily Growden, wchodzący w skład amerykańskiej grupy Giant Day. Zdecydowanie najlepszy fragment ich wydanego pod koniec sierpnia albumu zatytułowanego "Glass Narcissus". Przywitajcie ich ciepło i serdecznie, gdyż to debiutanci. Wyborne!!




sobota, 7 września 2024

TEARS RUN RINGS - "EVERYTHING IN THE END" (Shelflife Records) "Gitary, gitary, gitary..."


     Nazwa zamieszczona w tytule dzisiejszej notki może kojarzyć się nie tylko z mniej lub bardziej rozpoznawalnym utworem pochodzącym z repertuaru Marca Almonda, ale także, w mniej oczywisty sposób, z amerykańskim zespołem. Ten ostatni za jakiś czas będzie obchodził drobny jubileusz. Mianowicie za trzy lata, jeśli dobrze policzyłem, członkowie tej formacji będą mogli świętować dwie dekady obecności na scenie muzycznej. Tears Run Rings powstał na gruzach dwóch innych niezbyt znanych zespołów - Autocollants i Evening Lights. Ich członkowie występowali na tych samych koncertach, znali się, lubili się trochę i posiadali wspólne upodobania muzyczne. Cenili dokonania takich grup jak: Slowdive, Moose, Mahogany, Pale Saints, Chapterhouse itp. Nic więc dziwnego, że po kilku rozmowach doszli do jedynie słusznego wniosku, żeby spróbować swoich sił raz jeszcze, już pod zupełnie nowym szyldem. Panowie i pani - wokalistka i basistka Laura Watling, dość szybko wypuścili na światło dzienne pierwszą epke "A Question And An Answer". Celowo użyłem sformułowania "dość szybko", gdyż przez niemal dwie dekady działalności amerykańska formacja doczekała się czterech albumów, wliczając w to wydawnictwo, które ukazało się w ten piątek, zatytułowane "Everything In The End".



Członkowie grupy Tears Run Rings mieszkają i funkcjonują w trzech różnych miastach położonych na zachodnim wybrzeżu Ameryki Płn. Mam tu na myśli dzielnice: Portland, San Francisco i Los Angeles. Posiadają rodziny oraz liczne obowiązki zawodowe. Dlatego też proces powstawania kompozycji odbywa się głównie drogą wymiany plików dźwiękowych. Wszystko zaczyna się od tworzenia warstwy sekcji rytmicznej, a dopiero później pojawia się charakterystyczne brzmienie gitar, syntezatorów oraz linia wokalna i tekst. Warto wspomnieć, że panowie i pani używają instrumentów z minionych epok, głównie z lat 70-tych i 80-tych. W swojej kolekcji posiadają mnóstwo wzmacniaczy, jak chociażby Fender Priceton Recording Amp, którego pierwszy model powstał w 1960 roku. Pośród efektów brzmieniowych i gitarowych znajdziemy przystawki Eventide Eclipse, Roland Dep 5, Roland Space Echo, Hiwatt Tape Echo, Ensoniq DP/4 czy Vintage Boss.



Najnowszy album zatytułowany "Everything In The End" stanowi udany powrót po ośmiu latach przerwy, które minęły od wydania ostatniego krążka "Surges". Amerykański zespół wciąż sprawnie porusza się w charakterystycznej dla siebie stylistyce - shoegaze, dream-pop, post-punk.  I spośród wielu grup, które eksplorują to brzmienie wciąż pozostaje bardzo słabo rozpoznawalny. Oczywiście ma grupkę wiernych fanów, ale nadal daleko mu do zdobycia popularności, którą cieszy się ostatnio chociażby zespół Slowdive.

Wydana wczoraj płyta jest bardzo zróżnicowana, jak na dość sztywne i wąskie ramy gatunkowe, w które została wpisana. Laura Watling i jej koledzy zrobili wiele, żeby podnieść atrakcyjność poszczególnych kompozycji. Naturalnie tam i tu można odczuć mocniejsze gitarowe podmuchy, ale nie jest to dominującą cechą tego wydawnictwa. Znajdziemy na nim fragmenty dream-popowe, jak udany "Within", czy "Tranquillo", a także nostalgiczne indie-rockowe granie.  Tam i tu napotkamy zmienne tempo pracy sekcji rytmicznej, drobne pauzy, celowe strefy wyciszenia odmierzone dotknięciami strun basu. Również warstwa wokalna podlega zmianie na przestrzeni całej płyty - raz odmalowana onirycznym głosem Laury Watling, to znów podana przez gitarzystę Matthew Bice'a. Całkiem wyraźnie widać, że muzycy poświęcili sporo uwagi brzmieniu kolejnych utworów. Podkreślają to także w nielicznych wywiadach - gdyż nie jest to grupa, która jakoś szczególnie lgnie do dziennikarzy i dba o promocje swojej twórczości. Dlatego tak długo powstają następne albumy oznaczone nazwą Tears Run Rings, ponieważ członkowie zespołu potrafią miesiącami pracować na jedną kompozycją. Warto to docenić.

(nota 7.5/10)

 


Podobny nastrój prezentuje najnowszy singiel duńskiej grupy Catch The Breeze, która 13 września opublikuje album "Hope Has A Place".



Miasto Nowy Jork i dzielnicę Brooklyn reprezentuje grupa White Hills, oto fragment ich najnowszego albumu, wydanego pod koniec sierpnia - "Beyond This Fiction".



Z Phoenix pochodzi kolejna grupa U.S. Grave, która całkiem niedawno wydała płytę zatytułowaną "Flirting With A Burnout Dream".



Cudeńko z dalekiej Australii, czyli formacja The Aerial Maps i fragment z najnowszego albumu "Our Sunburnt Dream".



Nie możemy zapomnieć o wydanym wczoraj albumie grupy Mercury Rev - "Born Horses". O zespole szerzej napisałem już kilka razy. Moje wrażenia dotyczące najnowszej propozycji tej grupy ograniczę do tego, że jest to długimi fragmentami muzyka ilustracyjno-filmowa, w której zamiast tradycyjnej warstwy wokalnej mamy recytację tekstu, co gdzieś mniej więcej w połowie tego wydawnictwa może co niektórych słuchaczy znużyć. Najlepsza, moim zdaniem, kompozycja to ta, która otwiera ten album.



Przeniesiemy się do Vancouver, również w dniu wczorajszym ukazała się najnowsza propozycja zespołu Doohickey Cubicle - "Super Smeller".



Z miasta Portland pochodzi grupa o wdzięcznej nazwie The Cosmic Tones Research Trio, która 1 listopada opublikuje album zatytułowany "All Is Sound". Oto pierwszy singiel.



Jak kiedyś wspominałem, śledzę poczynania gitarzysty Dave'a Harringtona. W dniu wczorajszym ukazała się jego najnowsza propozycja "Zebulon!", którą nagrał z grupą przyjaciół - Patrickiem Shiroshim, Maxem Jaffe.



Na koniec zostawiłem Nagranie Tygodnia! Wczoraj ukazała się płyta australijskiego artysty mieszkającego obecnie w Berlinie - Neda Colletta. Album posiada sugestywną okładkę, ciepłe brzmienie i jest świetnie zrealizowany - właśnie tym najbardziej mnie urzekł. W składzie zespołu znalazł się pianista Chris Abrahams ( na co dzień grupa The Necks) oraz Mick Turner (zespół Dirty Three). Moja ulubiona kompozycja zamyka to wydawnictwo. To duża przyjemność móc obcować z tak zrealizowanym dźwiękiem, jak w tym fragmencie.



 

środa, 4 września 2024

PEEL DREAM MAGAZINE - "ROSE MAIN READING ROOM" (Topshelf Records) "Składam się z ciągłych..."


    W minionych dniach moje oczy zwrócone były na Nowy Jork, gdzie znajduje się kompleks USTA Billie Jean King National Tennis Center - zawierający trzydzieści trzy korty pokryte akrylową nawierzchnią ( w tym roku wyraźnie szybszą niż w poprzednich latach, stąd poniekąd takie, a nie inne wyniki) - położony na terenie Flushing Meadows Park, w dzielnicy Queens. Żeby dotrzeć do Lower East Side - dzielnicy Manhattanu, trzeba pokonać czterdzieści minut drogi metrem. Całkiem udanie historie tego miejsca przywołał przed laty Jan Błaszczak w książce - "The Dom - Nowojorska Bohema na polskim Lower East Side". Wspomnianą powyżej dzielnicę Manhattanu niedawno przywołał również nasz dzisiejszy główny bohater - Joseph Stevens, ukrywający się pod nazwą Peel Dream Magazine. W jednym z wywiadów, do których dotarłem, amerykański artysta przypomina coraz bardziej odległe czasy beztroskiego dzieciństwa. "Mój tata zabierał mnie na Lower East Side, żeby kupić mi bajgle. Mama zabierała mnie do Muzeum Historii Naturalnej. Często spacerowaliśmy po Central Parku i odwiedzaliśmy posąg "Alicji w Krainie Czarów". 

Tak się złożyło, że w sierpniu 2020 roku Joseph Stevens przeniósł się z Nowego Yorku prosto na Zachodnie Wybrzeże, do miasta Los Angeles, a wspomnienia z dzieciństwa stały się jedną z głównych inspiracji podczas tworzenia kompozycji zamieszczonych na wydanej dzisiaj płycie zatytułowanej "Rose Main Reading Room".



Tytuł najnowszego albumu również odnosi się do konkretnego miejsca, mianowicie do czytelni mieszczącej się w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Sama nazwa zespołu, który przez okres swojego istnienia miał dość płynny skład, została zaczerpnięta od legendarnej postaci brytyjskiego dziennikarza radiowego Johna Peela. Kto nigdy nie słyszał płyt wydawanych w serii John Peel Sessions (choć trudno mi w to uwierzyć), ten ma przed sobą wiele zaskakujących odkryć. Dla mnie to imię oraz nazwisko zawsze oznaczały znak bardzo dobrej jakości.

Joseph Stevens powołał do życia projekt Peel Dream Magazine w 2017 roku, będąc jeszcze mieszkańcem Nowego Jorku. Jego debiutancki krążek nosił tytuł "Modern Meta Physic", inspirowany był, jak podkreślał jego autor: "filozofią Dalekiego Wschodu, tradycją Indian Ameryki Płn., itp". Rejestracji kilkunastu nagrań, które zawierało to wydawnictwo, ich autor dokonał w domu, nagrywając całość ścieżka po ścieżce w swoim mieszkaniu na Manhattanie. W poszczególnych odsłonach słychać było wyraźną fascynację Stevensa dokonaniami grupy Stereolab, brzmieniem charakterystycznym dla lat 90-tych oraz francuskim popem. Wspominam o tym także dlatego, że owe fascynacje można również odnaleźć na wydanym dziś albumie zatytułowanym "Rose Main Reading Room".



Wydawnictwo "Rose Main Reading Room" zawiera piętnaście spójnych, utrzymanych na podobnym poziomie, kompozycji i blisko pięćdziesiąt minut muzyki. Cechą wspólną poszczególnych odsłon jest idea repetycji, która znajduje na tym albumie mniejsze lub większe zastosowanie. Przy okazji udanego początku "Dawn" mogą przypomnieć się dokonania Steve'a Reicha oraz wczesne płyty Sufiana Stevensa; podobna melodyka, wrażliwość i delikatność linii wokalnych. W tych ostatnich ważną rolę, tak jak w utworach grupy Stereolab, odgrywa żeński chórek, za który odpowiedzialna była Olivia Babuka Black. 

Zbliżony nastrój do wspomnianego wcześniej otwarcia utrzymują "Migration Patterns" oraz pełen uroku "Recital", który stanowi coś w rodzaju wspomnienia koncertu fortepianowego, w którym uczestniczył Jospeh Stevens w czasach dzieciństwa. Nasz dzisiejszy bohater lubi w kompozycjach zawrzeć motyw przewodni, funkcjonujący na zasadzie powtórzeń. To właśnie wokół niego rozbudowane zostają poszczególne utwory, co całkiem nieźle słychać w świetnym "R.I.P (Running In Place)", "Machine Repeating", czy "Oblast". W końcu, i jakby nie patrzeć, spora część naszego życia schodzi nam na powtarzaniu tych samych drobnych czynności, które wyznaczają nam rytm kolejnych godzin, dni, tygodni i miesięcy.

(nota 7.5/10)

 


Wyjątkowo zaczniemy dziś od polskiego utworu, o jakże wymownym tytule: "Nie chcę być w twoim życiu przejazdem" - Patrick The Pan, który wyznacza mi rytm kolejnych godzin i dni. Premiera całego albumu zatytułowanego - "To nie jest najlepszy czas dla wrażliwych ludzi" - 14 października.



Pozostaniemy w podobnym nastroju, przy okazji przenosząc się do miejscowości Eau Claire, gdzie mieści się studio nagraniowe Justina Vernona (Bon Iver). To właśnie tam całkiem niedawno zarejestrowano najnowszą płytę grupy Why? - "The Well I Fell Into". Tak kończy się ten album.



Była grupa Why?, pora na zespół Why Bonnie dowodzony przez wokalistkę Blaire Howerton, fragment najnowszej płyty "Wish On The Bone".



Brytyjsko-niemieckie pochodzenie ma kolejna wokalistka Bianca Steck, (mieszka w Barcelonie), która niedawno opublikowała taki oto zgrabny singiel.



Przeniesiemy się na Brooklyn, gdzie mieszka i tworzy Darian Donovan Thomas. Zajrzymy na jego niedawno wydany album "A Room With Many Doors: Night". Oto moja ulubiona kompozycja.




Grecja i miasto Ateny, a tam Alkis Niilend, który wraz z grupą przyjaciół wydał album zatytułowany "Televised Dream". Wybrałem taki fragment.



Na zakończenie dotrzemy do Helsinek, gdzie działa grupa Astro Can Caravan. Ich najnowsza płyta nosi tytuł "Astral Projetions".