"Historia nie jest i nie powinna być pisana tak, jak jest przeżywana. Ludzie zanurzeni w przeszłości wiedzą lepiej niż my, co znaczyło żyć w danym miejscu i czasie, jednak położenie większości z nich nie było na tyle dogodne, by mogli zrozumieć, co im się przydarza - i dlaczego (...). Kształt minionych zdarzeń zależy od danej perspektywy, zawsze uwarunkowanej miejscem i czasem; każdy z owych kształtów to prawda połowiczna, choć niektóre z nich stają się wiarygodne na dłużej". Tony Judt - "Brzemię odpowiedzialności: Blum, Camus, Aron i francuski wiek dwudziesty".
"Livonia znana jest ze swoich pagórkowatych terenów. To idylliczne miejsce, godne, żeby stać się tematem wielu ballad i wierszy napisanych przez wielkich poetów romantycznych z XIX wieku. Tam zawsze jest wiosna, zwykle wieje przyjemny wiatr, który potrafi zdmuchnąć ładny liść prosto do książki, którą czytasz leżąc na kocu w parku" - wspominał Warren Defever.
Moje kolejne wspomnienia sugerują niepewnie, że być może była to kaseta magnetofonowa marki TDK lub BASF, raczej nie Sony (choć tych posiadałem najwięcej), pożyczona od kolegi, który w odróżnieniu ode mnie czuwał w niedzielny wieczór przy radioodbiorniku, i w porę zdążył nacisnąć przycisk "Rec" na konsolecie swojego magnetofonu. Kapryśna pamięć przywołuje mglisty obraz tej kasety, popularnej wtedy "sześćdziesiątki" lub "dziewięćdziesiątki", dokładnie rzecz ujmując, początek jej drugiej strony, gdzie zarejestrowano obszerne fragmenty audycji prowadzonej przez redaktora Piotra Kaczkowskiego. To właśnie w trakcie jej trwania zaprezentowano kilka niesamowitych dla mnie odsłon albumu "Livonia". Ależ to było odkrycie!
Muzyczną przygodę Warren Defever (twórca grupy) również zaczynał od kaset magnetofonowych, które jego matka kupowała w sklepie firmy "Kmart" (były sprzedawane w paczce po trzy sztuki). Kiedy koledzy i koleżanki oglądali filmy lub mecze, Warren siedział w słuchawkach na uszach w piwnicy rodzinnego domu, z gitarą podłączoną do efektu echo, podpiętego do magnetofonu kasetowego i dokonywał pierwszych eksperymentalnych rejestracji. Ten pierwszy materiał - wydany później jako "All The Mirrors In The House (Home Recordings 1979-1986)" - zawierał pogłosy gitarowe, połączone z wokalną opowieścią o duchach, i zapętlonymi odgłosami sąsiada grabiącego liście lub odśnieżającego podjazd.
Chociaż dużo wcześniej było doświadczenie zebrane w szkolnym zespole Elvis Hitler (młodzieńcy grali szybko i energicznie) oraz tym, kierowanym przez dziadka, z którym, u boku braci, Warren grał skoczne polki, walce, a nawet muzykę country, występując także w szpitalach czy domach starców. "Leżenie na podłodze obok wieży stereo ze słuchawkami na uszach ( w ten sposób poznawał płytotekę starszego brata) - prawdopodobnie tak właśnie wtedy najczęściej spędzałem wolny czas".
Jeśli jednak nie leżał, nie słuchał, i nie nagrywał w piwnicy, a była akurat letnia pora, młody Defever pracował wytrwale na polu, zarabiał całe 3.35 dolara na godzinę. W ten sposób zebrał sporo oszczędności, swój niemały wkład, na zakup gitary basowej, wzmacniacza oraz magnetofonu czterościeżkowego.
![]() |
Fragment domowego studia Warrena Defevera |
To właśnie przy pomocy tego magnetofonu sukcesywnie powstawały pierwsze nieporadne, ale później coraz śmielsze nagrania. W piwnicy rodzinnego domu - wiele lat potem Warren Defever odkupił posesję od ojca - pojawiali się również Damian Lang oraz Karen Oliver. Ta ostatnia po latach tak wspominała swoją przygodę z formacją His Name Is Alive.
Od samego początku w poczynaniach Warrena Defevera znaczącą rolę odgrywały intuicja oraz eksperymentalne podejście, które w kolejnych latach stało się jego znakiem rozpoznawczym. Kiedy ukazała się debiutancka płyta "Livonia", jej twórca kończył dopiero dwadzieścia lat, więc nic dziwnego, że nie miał zielonego pojęcia o pracy w studiu, komponowaniu, i mnóstwo rzeczy chciał robić po swojemu, również popełniać błędy.
"Słyszałem Steve'a Reicha (choć nie Phillipa Glassa, ani Terry'ego Rileya). Nie znałem Briana Eno, ale czytałem opisy jak działa Frippertronics - Roberta Frippa w magazynie Creem mojego brata i wiedziałem wystarczająco dużo o przeciążeniu poziomu wejściowego magnetofonu (...), żeby zechcieć w to się zaangażować. Chciałem stworzyć własną MUZYKĘ dla osiemnastu muzyków, ale nie znałem osiemnastu muzyków. Miałem zaledwie dwóch przyjaciół, i nawet oni nie mogli mnie znieść".
Nagrane taśmy Warren Defever rozesłał do kilku wytwórni, ale tylko szef jednej z nich w końcu odpowiedział na jego propozycję. Zanim do tego doszło, można powiedzieć, że Defever nękał Ivo Watts-Russella (dyrektora oficyny 4AD) kolejnymi rejestracjami. Ta kluczowa kaseta nosiła napis "I Had Sex With God". Defever słuchał wtedy płyt This Mortal Coil, Dead Can Dance, jego ulubionym albumem tamtego okresu był znakomity "Sleeps With The Fishes" - Michaela Brooka i Petera Nootena.
"Wszystko było takie tajemnicze i piękne, a każda nuta i dźwięk nie były powiązane z tym, co mogłem wskazać palcem (... ). Ich planeta była wyraźnie lepsza i chciałem tam polecieć".
Album "Livonia" powstał z dwóch części. Pierwszą nagrano praktycznie bez udziału miksera, perkusji, z jedną gitarą, basem, samplerem, ścieżkami wokalu, przy pomocy mikrofonu PZM. Druga część powstała już w profesjonalnym studiu, pod okiem Ivo Watts-Russella, szefa wytworni 4AD i Johna Fryera, z którym ten pierwszy współtworzył wydawnictwa This Mortal Coil. Na 8-ścieżkowy magnetofon szpulowy dograno perkusję, klarnet basowy i dodatkowe wokale. Oprócz wspomnianej wcześniej Karen Oliver w dwóch utworach - "You And I Have Seizures" i "How Ghosts Affect Relationships" - zaśpiewała Angie Carozzo.
Geneza powstania nazwy grupy prowadzi nas bezpośrednio do szkoły, do której uczęszczał Warren Defever. Podczas jednej z lekcji nauczyciel przybliżał postać Abrahama Lincolna. Kiedy Warren ocknął się z krótkiej drzemki, z ust profesora akurat padła fraza: "His Name Is Alive". Młodzieniec pomyślał, że brzmi to magicznie i wprost idealnie nadaje się jako nazwa dla jego zespołu. Podobnie brzmiała muzyka zawarta na debiutanckim albumie "Livonia" - niezwykła, oniryczna, rozpięta na pograniczu snu oraz tego, co wyobrażone, jednocześnie niepokojąca i bardzo nowatorska. Z jednej strony wpisywała się doskonale w charakter wydawnictw oznaczonych logo 4AD, z drugiej zaś śmiało wykraczała poza sztywne ramy tego, co zwykle kojarzyło się z tą oficyną.
Album pojawi się w sklepach w Wielkiej Brytanii 25 czerwca 1990 roku, a dwa lata później został wydany w USA przez oddział 4AD/Rykodisc. Jedna z prasowych recenzji brzmiała: "Album ukazał niepokojący, ale wykwintny widok, mroczne studium miłości oraz straty, przedstawione w oniryczny i oszałamiający sposób". Notka prasowa autorstwa Warrena Defevera brzmiała nieco inaczej: "Popieprzony minimalizm, klasycznie zaaranżowany przez nieodpowiedzialnego młodzieńca z Michigan".
I tak oto wybrzmiało jedno z najpiękniejszych nagrań tego wydawnictw, a zarazem jedna z najwspanialszych kompozycji grupy His Name Is Alive.
Tymczasem mocno zdystansowany do samego siebie oraz otaczającego świata Warren Defever, w taki sposób charakteryzuje warstwę liryczną swoich kompozycji. "Staram się trzymać klasycznych tematów, takich jak: Szekspir i Willliam Faulkner, marzenia, śmierć, miłość, zemsta, co robisz w ten weekend, jaki jest twój ulubiony kolor, czy kiedykolwiek myślałeś, że miałeś brata bliźniaka, którego zamordowałeś, gdy byłeś jeszcze w łonie matki...".
Podczas prac nad kolejnym bardzo udanym albumem "Home Is In Your Head", wydanym 9 września 1991 roku, również ogromną rolę odegrał szef wytwórni 4AD - Ivo Watts-Russel i John Fryer, którzy musieli przesłuchać stosy taśm, regularnie przesyłanych przez Warrena Defevera, żeby ostatecznie w studiu Blackwing Studios zmiksować cały materiał. "Powstałe dzieło składające się z dwudziestu trzech kompozycji, było surrealistycznym kolażem nieuchwytnych ujęć, które płynęły nierozerwalnie od początku do końca".
Pośród nich znajdziemy dwa jakże udane covery. "There's Something Between Us And He's Changing My Words" - to przeróbka piosenki grupy Bone Machine, w której niegdyś grał Defever oraz "Man On The Silver Mountain", pierwotnie nagrana przez zespół Rainbow (jego twórca to Ritchie Blackmore). Ostatni utwór na płycie urywa się niespodziewanie. Powód takiego stanu rzeczy był prozaiczny - oto w trakcie jego nagrywania Warrenowi po prostu skończyła się taśma.
Trzeci w dorobku i chyba najbardziej "piosenkowy", w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, album nosił tytuł "Mouth By Mouth" i został wydany w 1993 oku. Podczas rejestracji kolejnych nagrań w studiu pojawiło się znacznie więcej wokalistów. Oprócz znanej już z poprzednich wydawnictw Karen Oliver, swoje walory głosowe zaprezentowały Karen Neal, Chelle Marie Ehlers, Denise James.
"Jeśli twój drugi album brzmi zbyt podobnie do pierwszego, ludzie powiedzą, że zrobiłeś to samo. A jeśli jest zbyt inny, to pomyślą: "Czemu nie zrobiłeś tego, co robiłeś wcześniej?". "Podczas nagrywania staram się unikać tego typu myślenia" - oświadczył Warren Defever.
Kto wie, pewnie po latach działalności twórczej nasz dzisiejszy główny bohater, mógłby podpisać się pod takim cytatem, który można znaleźć w książce Daniela Bella - "Kulturowe sprzeczności kapitalizmu".
"Jak długo można próbować szokować w sytuacji, kiedy już nic nie szokuje? Jeśli eksperyment jest normą, to w jakim stopniu oryginalne ma być to, co jest nowe? I jak w każdej niefortunnej historii, modernizm dwukrotnie dochodził do jej kresu: pierwszy raz - w straszydłach dadaizmu i futuryzmu, drugi - w iskrzących się parodiach malarstwa pop i w bezmyślnym minimalizmie sztuki konceptualnej. Wykrzykniki wieńczące każde zdanie manifestów stały się po prostu swoistymi przecinkami w nudzie nieustannych powtórzeń".
Amerykański artysta nie jest łatwym partnerem w nieraz skomplikowanym muzycznym dialogu. Jak twierdzą jego dawni znajomi, często bywa kapryśny i apodyktyczny, zwykle lubi narzucać swoją wizję oraz wolę i niezbyt chętnie z tego rezygnuje. "Dwóch byłych gitarzystów, pięciu byłych perkusistów, dwóch byłych klawiszowców, sześciu byłych wokalistów. Lista osób, które nie będą już ze mną współpracować, systematycznie się powiększa. To powszechnie wiadoma rzecz, że bardzo trudno się ze mną współpracuje".
W tym kontekście nie dziwi specjalnie pokaźna liczba zespołów, przez których składy Defever się przewinął: Control Panel, Princess Dragonmon, The Dirt Easters, ESP Beetles, Forest People, Mirror Dream itd. Wciąż jest bardzo zapracowanym człowiekiem, i jeśli nie realizuje akurat kolejnego prywatnego projektu, nagrywa kompozycje innych artystów, w swoim pomalowanym na srebrny kolor studiu The UFO Factory lub Third Man Mastering, które prowadzi wraz z Billem Skibbem, podobnie jak wytwórnie płytową "TimeStereo".
Chętnie kupuje i korzysta z wiekowego sprzętu, jak rejestrator Webster Wire, mikrofon RCA z 1944 roku, stare wzmacniacze lampowe, nieco młodsze efekty - Moog Moogerfooger MF 104, Earth Quaker Space Spira V2, itp. Swoimi artystycznymi posunięciami Amerykanin zdaje się potwierdzać tezę, że muzyka, dokładnie tak jak wyobraźnia, nie znosi ograniczeń. W jego dorobku znajdziemy indie-pop, rock, psychodelię, afro-pop, free jazz, noise, nagrania eksperymentalne i terenowe.
"Napisałem kilkaset piosenek, ale nie jestem dobrym piosenkarzem. Kiedy mówisz ludziom, że jesteś autorem piosenek oczekują, że zaśpiewasz jedną z nich, a nikt nie chce słuchać mojej wersji "I'll Send My Face to Your Funeral", jeśli dopiero się poznaliśmy. Kiedy próbuje podawać się za kompozytora, szybko wychodzi na jaw, że nie odróżniam sinfonietty od sonaty".
Przy okazji kreślenia kolejnych niespiesznych słów na temat jednego z moich ulubionych zespołów z młodzieńczych lat, zastanawiam się, jak obecnie może wyglądać recepcja twórczości grupy His Name Is Alive, szczególnie wśród przedstawicieli młodego pokolenia. Do grona "maniaków płytowych", tropicieli i poszukiwaczy muzycznych doznań, wciąż dopisują się, może już nie tak licznie, jak to miało miejsce przed laty, nowi głodni estetycznych uniesień i niezapomnianych wrażeń. Jakie wrażenie wywrą na nich kompozycje zawarte na albumie "Livonia"? ( również "Home Is In Your Head" lub "Mouth By Mouth"). Czy niektórzy z nich pokiwają głowami, odnajdując wzrokiem kolejny cytat z książki wspomnianego już dzisiaj Daniela Bella. "Szok tego, co stare, stał się szykiem tego, co nowe". Albo przywołując zdania Octavio Paza: "Dziś sztuka nowoczesna zaczyna tracić swą moc negacji. Od pewnego czasu jej zaprzeczenia stały się rytualnymi powtórzeniami: bunt stał się procedurą, krytyka - retoryką, wykroczenia - ceremonią. Negacja przestała być twórcza".
Będzie okazja, żeby to sprawdzić. Bowiem wczoraj ukazał się specjalny sześciopłytowy BOX, zatytułowany "How Ghosts Affect Relationships 1990-1993", który zawiera sześćdziesiąt trzy utwory, w wersji bandcamp siedemdziesiąt siedem, książeczkę biografa wytwórni 4AD - Martina Ashtona, oraz plakat z podpisem.
(nota 10/10)
Zastanawiam się również, jaką kompozycję zaprezentować w tak zwanym "kąciku improwizowanym". Wydaje mi się, że w tej sytuacji nie mam innego wyjścia i musi być to coś z repertuaru His Name Is Alive. Proszę bardzo.