Nazwa zamieszczona w tytule dzisiejszej notki może kojarzyć się nie tylko z mniej lub bardziej rozpoznawalnym utworem pochodzącym z repertuaru Marca Almonda, ale także, w mniej oczywisty sposób, z amerykańskim zespołem. Ten ostatni za jakiś czas będzie obchodził drobny jubileusz. Mianowicie za trzy lata, jeśli dobrze policzyłem, członkowie tej formacji będą mogli świętować dwie dekady obecności na scenie muzycznej. Tears Run Rings powstał na gruzach dwóch innych niezbyt znanych zespołów - Autocollants i Evening Lights. Ich członkowie występowali na tych samych koncertach, znali się, lubili się trochę i posiadali wspólne upodobania muzyczne. Cenili dokonania takich grup jak: Slowdive, Moose, Mahogany, Pale Saints, Chapterhouse itp. Nic więc dziwnego, że po kilku rozmowach doszli do jedynie słusznego wniosku, żeby spróbować swoich sił raz jeszcze, już pod zupełnie nowym szyldem. Panowie i pani - wokalistka i basistka Laura Watling, dość szybko wypuścili na światło dzienne pierwszą epke "A Question And An Answer". Celowo użyłem sformułowania "dość szybko", gdyż przez niemal dwie dekady działalności amerykańska formacja doczekała się czterech albumów, wliczając w to wydawnictwo, które ukazało się w ten piątek, zatytułowane "Everything In The End".
Członkowie grupy Tears Run Rings mieszkają i funkcjonują w trzech różnych miastach położonych na zachodnim wybrzeżu Ameryki Płn. Mam tu na myśli dzielnice: Portland, San Francisco i Los Angeles. Posiadają rodziny oraz liczne obowiązki zawodowe. Dlatego też proces powstawania kompozycji odbywa się głównie drogą wymiany plików dźwiękowych. Wszystko zaczyna się od tworzenia warstwy sekcji rytmicznej, a dopiero później pojawia się charakterystyczne brzmienie gitar, syntezatorów oraz linia wokalna i tekst. Warto wspomnieć, że panowie i pani używają instrumentów z minionych epok, głównie z lat 70-tych i 80-tych. W swojej kolekcji posiadają mnóstwo wzmacniaczy, jak chociażby Fender Priceton Recording Amp, którego pierwszy model powstał w 1960 roku. Pośród efektów brzmieniowych i gitarowych znajdziemy przystawki Eventide Eclipse, Roland Dep 5, Roland Space Echo, Hiwatt Tape Echo, Ensoniq DP/4 czy Vintage Boss.
Najnowszy album zatytułowany "Everything In The End" stanowi udany powrót po ośmiu latach przerwy, które minęły od wydania ostatniego krążka "Surges". Amerykański zespół wciąż sprawnie porusza się w charakterystycznej dla siebie stylistyce - shoegaze, dream-pop, post-punk. I spośród wielu grup, które eksplorują to brzmienie wciąż pozostaje bardzo słabo rozpoznawalny. Oczywiście ma grupkę wiernych fanów, ale nadal daleko mu do zdobycia popularności, którą cieszy się ostatnio chociażby zespół Slowdive.
Wydana wczoraj płyta jest bardzo zróżnicowana, jak na dość sztywne i wąskie ramy gatunkowe, w które została wpisana. Laura Watling i jej koledzy zrobili wiele, żeby podnieść atrakcyjność poszczególnych kompozycji. Naturalnie tam i tu można odczuć mocniejsze gitarowe podmuchy, ale nie jest to dominującą cechą tego wydawnictwa. Znajdziemy na nim fragmenty dream-popowe, jak udany "Within", czy "Tranquillo", a także nostalgiczne indie-rockowe granie. Tam i tu napotkamy zmienne tempo pracy sekcji rytmicznej, drobne pauzy, celowe strefy wyciszenia odmierzone dotknięciami strun basu. Również warstwa wokalna podlega zmianie na przestrzeni całej płyty - raz odmalowana onirycznym głosem Laury Watling, to znów podana przez gitarzystę Matthew Bice'a. Całkiem wyraźnie widać, że muzycy poświęcili sporo uwagi brzmieniu kolejnych utworów. Podkreślają to także w nielicznych wywiadach - gdyż nie jest to grupa, która jakoś szczególnie lgnie do dziennikarzy i dba o promocje swojej twórczości. Dlatego tak długo powstają następne albumy oznaczone nazwą Tears Run Rings, ponieważ członkowie zespołu potrafią miesiącami pracować na jedną kompozycją. Warto to docenić.
(nota 7.5/10)
Podobny nastrój prezentuje najnowszy singiel duńskiej grupy Catch The Breeze, która 13 września opublikuje album "Hope Has A Place".
Miasto Nowy Jork i dzielnicę Brooklyn reprezentuje grupa White Hills, oto fragment ich najnowszego albumu, wydanego pod koniec sierpnia - "Beyond This Fiction".
Z Phoenix pochodzi kolejna grupa U.S. Grave, która całkiem niedawno wydała płytę zatytułowaną "Flirting With A Burnout Dream".
Cudeńko z dalekiej Australii, czyli formacja The Aerial Maps i fragment z najnowszego albumu "Our Sunburnt Dream".
Nie możemy zapomnieć o wydanym wczoraj albumie grupy Mercury Rev - "Born Horses". O zespole szerzej napisałem już kilka razy. Moje wrażenia dotyczące najnowszej propozycji tej grupy ograniczę do tego, że jest to długimi fragmentami muzyka ilustracyjno-filmowa, w której zamiast tradycyjnej warstwy wokalnej mamy recytację tekstu, co gdzieś mniej więcej w połowie tego wydawnictwa może co niektórych słuchaczy znużyć. Najlepsza, moim zdaniem, kompozycja to ta, która otwiera ten album.
Przeniesiemy się do Vancouver, również w dniu wczorajszym ukazała się najnowsza propozycja zespołu Doohickey Cubicle - "Super Smeller".
Z miasta Portland pochodzi grupa o wdzięcznej nazwie The Cosmic Tones Research Trio, która 1 listopada opublikuje album zatytułowany "All Is Sound". Oto pierwszy singiel.
Jak kiedyś wspominałem, śledzę poczynania gitarzysty Dave'a Harringtona. W dniu wczorajszym ukazała się jego najnowsza propozycja "Zebulon!", którą nagrał z grupą przyjaciół - Patrickiem Shiroshim, Maxem Jaffe.
Na koniec zostawiłem Nagranie Tygodnia! Wczoraj ukazała się płyta australijskiego artysty mieszkającego obecnie w Berlinie - Neda Colletta. Album posiada sugestywną okładkę, ciepłe brzmienie i jest świetnie zrealizowany - właśnie tym najbardziej mnie urzekł. W składzie zespołu znalazł się pianista Chris Abrahams ( na co dzień grupa The Necks) oraz Mick Turner (zespół Dirty Three). Moja ulubiona kompozycja zamyka to wydawnictwo. To duża przyjemność móc obcować z tak zrealizowanym dźwiękiem, jak w tym fragmencie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz