Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eerie Wanda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eerie Wanda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2022

EERIE WANDA - "INTERNAL RADIO" (Joyful Noise Recordings) "Ucho od śledzia... panie Kramer"

 

     O Marku Kramerze wspominałem już na łamach tego bloga co najmniej kilka razy. To postać znana dla słuchaczy nieco bardziej wtajemniczonych w arkana wydawnictw muzycznych. Amerykański basista, muzyk sesyjny, a przede wszystkim aranżer i producent, który za stołem mikserskim i suwakami konsolety spędził kilka dekad. Z tych powszechnie rozpoznawalnych grup - oczywiście w kręgach muzyki alternatywnej - które Kramer wypchnął na szerokie wody, warto w tym miejscu wymienić chociażby formację Low, czy odrobinę dziś zapomniany zespół Galaxie 500. Stephen Michael Bonner, gdyż tak naprawdę się nazywa, kupił nowojorskie studio nagraniowe "Noise New York", wcześniej grał u boku Johna Zorna, a w 1987 roku założył wytwornię płytową Shimmy-Disc. Wspominam o nim dlatego, ponieważ to właśnie on pomógł naszej dzisiejszej bohaterce odnaleźć odpowiednie brzmienie dla jej najnowszej długogrającej płyty zatytułowanej "Internal Radio".



Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepszy pomysł, żeby przedstawić album holenderskiej artystki, mając w pamięci ostatnie osiągnięcia naszych piłkarzy. Dla fanów narodowej reprezentacji mam taki oto prosty przekaz -"Wy, którzy to oglądacie, porzućcie wszelkie nadzieje". Odnoszę osobliwe wrażenie, że gdybyśmy zorganizowali mistrzostwa świata w piłce nożnej dla grupy wiekowej U-10, to już na tym poziomie rozgrywek byłoby widać spore różnice - kultura gry, wyszkolenie techniczne, tak zwana "inteligencja boiskowa" - pomiędzy naszymi reprezentantami, a przedstawicielami krajów, które od lat osiągają w tej dziedzinie sportu najlepsze wyniki. Potem owe różnice (przepaść) tylko i niestety się pogłębiają. I  nie ma co zbytnio utyskiwać, pomstować, załamywać głos czy ręce. Znacznie lepiej i bezpieczniej dla zdrowia skupić się, dajmy na to, na tenisie - emocje większe, a i o sukcesy ostatnio jakby łatwiej. Dla bardziej wrażliwych postaram się jednak stonować przekaz mówiąc, że Marina Tadic (nie mylić z inną popową wokalistką), to emigrantka (jaka tam ona Holenderka!), z Bośni, która w wieku sześciu lat opuściła swoją pogrożoną w zawierusze wojennej ojczyznę, i wraz z rodzicami znalazła bezpieczne schronienie w krainie tulipanów. Mniej więcej osiem lat później zakupiła pierwszą gitarę i zaczęła tworzyć własne piosenki. Potem przewinęła się przez składy kilku lokalnych i mniej znanych zespołów. Z tych wartych odnotowania grup warto wymienić Kidbug, gdzie obok Mariny grał Bobb Bruno (Best Coast), Thor Harris (Swans) i Adam Harding (Dumb Numbers). Ten ostatni zostawił swój gitarowy odcisk również na płycie "Internal Radio". Nazwa "Eerie Wanda" pochodzi od tytułu filmu, czy też mówiąc dokładniej serialu - "Eerie, Indiana". Przyznam, że nie widziałem ani jednego odcinka, ale sprawdziłem, że serial był emitowany w Polsce od 30 czerwca 2007 roku, i doczekał się nawet polskiego dubbingu. Marina Tadic debiutowała w 2016 roku albumem "Hum", ale to kolejne wydawnictwo "Pet Town" (2018) otrzymało przychylne recenzje w prasie branżowej. Warto do niego sięgnąć, żeby dostrzec różnice w podejściu do materii dźwiękowej, pomiędzy utworami stworzonymi głównie w oparciu o gitarę akustyczną (Marina otrzymała ją podczas podróży pociągiem od wiekowego pana, instrument również miał swoje lata), a tym, co wyszło spod rąk i konsolety Marka Kramera. Nie są to jakieś kolosalne rzucające się w oczy różnice, na podobieństwo tych, które dostrzegamy pomiędzy naszymi piłkarzami, a tymi, którzy reprezentują Holandię czy Belgię. W takich przypadkach gra toczy się o subtelności, drobne detale, istotne, przynajmniej  dla niektórych, szczegóły - syntezatory, elektroniczne dodatki, perkusję, bas, gitarę, chórki itd. 

Ani producent płyty Eerie Wanda - "Internal Radio", ani żaden z muzyków obecnych w studiu, nie wpadł na pomysł, żeby w ramach obowiązującej mody szczelnie opakować lekkie i delikatne piosenki Mariny Tadic. Na szczęście pozostawiono sporo miejsca dla jej głosu, który raz rozbrzmiewa swobodnie, jak w przebojowym "Sail to The Sun", czy "Long Time", żeby nieco dalej, przy okazji "Sister Take my Hand", schować się odrobinę, wycofać nieznacznie, stworzyć intymny krąg, przywołując skojarzenia z dokonaniami Julee Cruise. Ten trop serialu "Twin Peaks" nie jest taki odległy. Gitarzysta Adam Harding obecny w studiu podczas nagrywania "Internal Radio", przyjaźni się z Kimmy Robertson - aktorką, która zagrała rolę policyjnej recepcjonistki - Lucy Moran - w kultowym serialu Davida Lyncha. Na ostatniej płycie Eerie Wanda znajdziemy również nieco bardziej psychodeliczne czy refleksyjne fragmenty, subtelnie nakreślone pogranicze jawy i snu, coś pomiędzy niefrasobliwym domowym lo-fi, a celową studyjną produkcją. W takich utworach jak: "Night Walk" czy "Bon Voyage" słychać wspomnienie dawnych płyt His Name Is Alive. Pomimo, iż większość piosenek Mariny Tadic jest krótkich, a i cała płyta czasem trwania odrobinę tylko wykracza poza ramy 30 minut, udało się przykuć uwagę słuchacza, przynajmniej moją, także za sprawą zróżnicowanego nastroju oraz tempa, choć zgodnie z modus operandi Kramera dominuje "slowcore", również dzięki całkiem zgrabnym linią melodycznym, które w takim gatunki jak avant pop lub dream-pop odgrywają kluczową rolę.

(nota 7/10)


 


W dodatkach do dania głównego wybiegniemy w przyszłość, prosto do 13 stycznia 2023 roku, kiedy to ukaże się album "Prize" - Rozi Plain. Artystka powinna być znana uważnym czytelnikom bloga, z prezentowanej niedawno formacji This Is The Kit. Na solowym albumie wspiera ją koleżanka z grupy - Kate Stables, i kolejny nasz dobry znajomy Alabaster De Plume, który zagrał na saksofonie.



Pod szyldem The Coral Sea ukrywa się muzyk ze słonecznej Kalifornii - Rey Villalobos, który zaprezentuje fragment z płyty "Raincoat". O sile utworu (oraz reprezentacji w piłce nożnej), często decydują drobne detale.



Social Station to duet prosto z miasta Waszyngton, który przypomina o sobie zestawem singli. Oto jeden z nich.



And Also The Trees to weterani muzycznych dróg oraz bezdroży, obecni na scenie od ponad 40 lat. Dwa tygodnie temu opublikowali nowy album "The Bone Carver". Po tytule otwierającej całość kompozycji można wnieść, że panowie wciąż całkiem nieźle pamiętają czasy, kiedy to na mapie Europy można było znaleźć Jugosławię.



Zajrzymy do miasta Dallas, gdzie swoją ostatnią podróż odbył niegdyś prezydent J.F. Kennedy. To również stamtąd pochodzi Kennedy, tyle że Ashlyn, która działa pod nazwą SRSQ. Całkiem niedawno opublikowała płytę "Ever Crashing", (wyprodukował ją Chris Coady, znany ze współpracy z Slowdive czy Beach House), z której wybrałem przedostatni utwór. Uważajcie, refren sam wpada w ucho! Chodzę i nucę, nucę i śpiewam, śpiewam i gwiżdżę... Mam wrażenie, że nawet Henri Bergson zatańczyłby przy tej piosence...



W kąciku improwizowanym, w tym tygodniu, wybór był oczywisty. Wczoraj ukazała się znakomita płyta perkusisty Makaya McCravena - "In These Time". Podczas sesji nagraniowych artystę wsparło mnóstwo zacnych gości, także tych znanych bliżej z wpisów na tym blogu - Brandee Younger (harfa), Joel Ross (wibrafon, marimba), Marquis Hill (trąbka), czy gitarzysta Jeff Parker, którego grę możemy usłyszeć chociażby w tej kompozycji.



A ten mniej oczywisty wybór... poprowadzi nas do albumu "Carnet Imaginaire" - Celano/Badenhorst/Baggiani, z gościnnym udziałem dobrze znanego, prezentowanego na łamach bloga, pianisty Wolfreta Brederode.



 




sobota, 3 września 2022

PIANOS BECOME THE TEETH - "DRIFT" (Epitaph Records) "Kyle przestał krzyczeć"

 

    Dobre wieści z obozu grupy Pianos Become The Teeth są takie, że Kyle Dufrey, wokalista, autor tekstów i klawiszowiec amerykańskiej formacji, wreszcie przestał krzyczeć do mikrofonu. Nie wierzycie? Wystarczy posłuchać najnowszej płyty zatytułowanej "Drift", i zestawić ją najlepiej z debiutem "Old Pride" (2009). Tej pierwszej, dopiero co wydanej płyty, słucha się z dużą przyjemnością, od samego początku, aż po ostatnie niespieszne takty "Pair", wybrzmiewające ciepłym nieco rozmytym brzmieniem gitar. Kwintet z miasta Baltimore najwyraźniej dojrzał przez cztery lata, które upłynęły od ich ostatniego krążka "Wait For Love". Muzycy doszli do wniosku, że emocje można wyrażać na wiele różnych sposobów, nie tylko przez podkręcone do granic gitarowe wzmacniacze oraz mało subtelną wokalizę, przy okazji której autor warstwy lirycznej kierował swoje pretensje i żale pod adresem obojętnego jak zwykle świata. 
Nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że głośnym krzykiem można coś oznajmiać lub zagłuszać, próbować kogoś zastraszyć albo wywrzeć na kimś presję, to prawda. Można również starać się coś zamaskować, jakże często własne braki, wady i uprzedzenia, niekiedy wynikające z tych ostatnich niezrozumienie. Krzyk czy bunt to przywilej młodości, która nieraz utrzymuje, że reguły i prawa są także po to, żeby je kontestować i zmieniać. Oby na lepsze. Podniesiony rozpaczliwy ton czasem dobywa się też z dojrzałej piersi, pokrytej tu i ówdzie pierwszymi siwymi włosami. Pewnie każdy z nas całkiem nieźle pamięta lament naszego byłego już parlamentarzysty, który wyjątkowo obco i nieswojo poczuł się przed laty na pokładzie samolotu niemieckich linii lotniczych (Ach, ci Niemcy...). Kto wie, może były to pierwsze, jeszcze nieśmiałe, próby niezbyt udanych, jak się potem okazało, negocjacji, w sprawie 6 bilionów złotych, z których to przekazaniem nasi zachodni sąsiedzi zwlekają od ponad pół wieku (a inflacja wciąż rośnie). Póki co, zamiast reparacji wczoraj w obiegu pojawiła się seria znaczków okolicznościowych. Ciekawe, czy będzie cieszyła się powodzeniem i znajdzie dla siebie miejsce w klaserach naszych sąsiadów mieszkających za granicą zatrutej Odry. 
Mam nadzieję, że członkowie grupy Pianos Become The Teeth aż tak wielkich zobowiązań nie mają. Przez szesnaście lat obecności na scenie zdołali pokonać sporą drogę, samochodem i pieszo, symboliczną i osobistą - Dufrey wstąpił był w związek małżeński, doczekał się potomka i następcy tronu. Oby nie Edypa. Od bezkompromisowej punkowo-hardcorowej kapeli przeszli do miejsca, w którym docenia się żmudną pracę w studio oraz poszukuje się intrygującego brzmienia. Z pewnością pomógł im w tym producent - Kevin Bernsten. "Kevin wie, kim byliśmy dawniej, a kim jesteśmy obecnie. Naprawdę chciał eksperymentować i próbować wszystkiego w studiu" - oświadczył Kyle Dufrey, a jego kolega z formacji, gitarzysta Mike York, dodał - "Zawsze będę uważał swój zespół za grupę punkową. Różnica polega na tym, że obecnie już nie krzyczymy na ciebie".



Przy okazji pierwszego przesłuchania albumu "Drift" rzucają się w uszy zgrabne melodie, ciekawie zaprojektowane gitarowe faktury, przyjemnie rezonujący głos wokalisty, niezłe tempo akcji oraz realizacja i praca zestawu perkusyjnego, za którym zasiadł David Haik. Ta podstawa rytmiczna, podkreślmy raz jeszcze, całkiem nieźle nagrana, co w przypadku zespołu o tak drapieżnej przeszłości, nie jest oczywistością - przypomina w kilku fragmentach sposób, w jaki perkusja brzmi zazwyczaj w grupie Radiohead. W moim ulubionym utworze na płycie, czyli "Easy", bez trudu znajdziemy więcej podobieństw do załogi dowodzonej przez Thom'a Yorke'a - chociażby chóralny zaśpiew, ozdobniki gitar, nostalgiczny nastrój, który przewija się przez wiele innych odsłon albumu "Drift". Gdybym miał wprost porównać kompozycję "Easy" do konkretnej piosenki Radiohead, wybrałbym cudowną i niezapomnianą "Wierd Fishes/Arpeggi". Z kolei w utworze "Skiv" zamiarem twórców, jak sami to przyznali, było stworzenie klaustrofobicznego efektu. W brzmieniu gitar panowie szukali czegoś, co znaleźli na kultowym albumie "Dummy" - Portishead. Podczas prac w studio nagraniowym muzycy chętnie sięgali po rozmaite analogowe wzmacniacze z minionej epoki ( Ampeg B-18X), czy efekty, jak chociażby Echoplex, popularny w latach sześćdziesiątych, jego twórcą był Mike Battle (1959), poza tym wykorzystali sekcję smyczkową, waltornię i saksofon. 

W założeniach album miał przypominać nastrojem jedną piosenkę, którą podzielono na dziesięć spójnych części. Jedynym wyłomem od tej zasady okazał się być "Hate Chase", banalnie prosty, skrzący się od punkowej energii, zawierający coś na kształt wspomnień z dawnej burzliwej przeszłości. Od samego początku, czyli od udanego "Out Of Sight", bardzo łagodnego wprowadzenia w klimat dominujący na tym wydawnictwie, artyści z Baltimore konsekwentnie rozwijali idee rozciągniętej w czasie jednej nastrojowej piosenki. Co ciekawe, osiągnęli ten cel, różnicując zarówno tempo akcji, jak i napięcie, co nie jest takie proste. Przebojowy "Genevieve" znów odrobinę przypomina dawne szlagiery Radiohead, chociaż sposób śpiewania Kyle'a Dufrey'a, także za sprawą delikatnego vibrato, czy sympatycznego załamywania się niektórych głosek, może kojarzyć się z wokalizą Morrisseya. "The Tricks" ma w sobie coś z energetycznego debiutu Interpolu. "The Days" rozmyślnie osadzono w ramionach grubego sprężystego basu, zaś w "Mouth" udało się stworzyć głęboką i dobrze zagospodarowaną przestrzeń. Członkowie Pianos Become The Teeth nie gnają już na łeb, na szyję, na złamanie karku, w myśl dewizy obowiązującej także w niemieckim kinie porno: "Szybciej, mocniej, głośniej !!". Potrafią stworzyć kontrapunkty,  zwolnić na chwilę, znaleźć moment odbicia, strefy pogłębionej refleksji. I chwała im za to. Album "Drift" to nie tylko spory krok w rozwoju amerykańskiego zespołu, ale również jego pierwsza poważna i dojrzała emanacja.

(nota 7.5/10)

 


Kącik deserowy zaczniemy od fragmentu płyty, która ukazała się wczoraj. Album "Sides" duetu Lean Year doczekał się już jednej niezbyt pochlebnej recenzji, co nie oznacza, że nie warto się nad nim pochylić. Znalazłem na nim dla siebie taką oto uroczą kompozycję.



Dzięki uprzejmości oficyny Joyful Noise Recordings 23 września ukaże się płyta Eerie Wanda zatytułowana "Internal Radio". Przyznam, że czekam na premierę tego wydawnictwa.



"Pulse Of The Early Brain" nieodżałowanej grupy Stereolab to kolejny zbiór mniej znanych singli oraz nagrań sprzed lat.



Pod koniec sierpnia ukazała się płyta francuskiego wokalisty Jerome Miniere - "La Melodie, La Fleuve & La Nuit". Najbardziej polubiłem utwór ukrywający się pod numerem trzecim.



Kolejna odsłona nadchodzącej powoli nowej płyty "How Do You Burn" grupy The Afghan Whigs.



W dzisiejszym wpisie pojawiła się zarówno nazwa tej kompozycji, jak i tego zespołu, musi więc zabrzmieć ten wyjątkowy, szczególny dla mnie utwór.



Skoro przenieśliśmy się na Wyspy Brytyjskie, warto wspomnieć o kolejnej jazzowej załodze z Londynu. Grupa Robohands i fragment ich ostatniej wydanej niedawno płyty "Violet".



30 września ukaże się najnowsza płyta The Bad Plus - "Motivations II", z gościnnym udziałem Bena Mondera oraz Chrisa Speeda. Nagranie zapowiadające to wydawnictwo smakuje wybornie.