piątek, 3 kwietnia 2026

DEARY - "BIRDING" (Bella Union) "Muzyka do bycia obok"

 

  londyńskim trio DEARY jesteśmy od samego początku. Ich pierwsze single pojawiały się regularnie w strefie "Dodatki...". Każdy kto systematycznie zagląda do tej sekcji, musiał odnotować ich piosenki. Być może również czekał na debiut, który nosi tytuł "BIRDING", i ukazał się wczoraj nakładem oficyny Bella Union. Wcześniej mogliśmy cieszyć się ich udanymi epkami - "Deary" (2023) oraz "Aurelia"(2024), które co niektórym słuchaczom zaostrzyły apetyt. W między czasie zespół zdążył także zmienić wytwornię. Z gościnnej, prowadzonej przez przyjaciela grupy, oficyny Sonic Cathedral przeszedł dla Bella Union. Zanim do tego doszło, wokalistka Dottie Cockram spotkała się z jej szefem Simonem Raymonde (niegdyś filar grupy Cocteau Twins), wypiła z nim piwo i zjadła sernik. Ciekawe, czy tak pyszny jak mój świąteczny? Smacznego!




 Są takie płyty, które nie próbują zwrócić na siebie uwagi. Debiut zespołu DEARY proponuje coś subtelnego: świat utkany z miękkich gitar, rozmytych emocji, eterycznej wokalizy i refleksji nad tym, co kruche - zarówno w nas samych, jak i w naturze.

Już od pierwszych dźwięków słychać, że londyńskie trio nie jest zainteresowane prostym odtwarzaniem estetyki shoegaze'u czy dream-popu. "BIRDING" to raczej próba uchwycenia pewnego stanu zawieszenia pomiędzy spokojem, a niepokojem, bliskością, a dystansem. Grupa konsekwentnie trzyma się obranego wcześniej kursu. Przede wszystkim muzycy świetnie operują przestrzenią, pozwalają wybrzmiewać dźwiękom, nie zagęszczają sztucznie aranżacji. Najprościej rzecz ujmując, w poczynaniach trójki Brytyjczyków odnajdziemy brzmienie gitar kojarzone z formacja Slowdive oraz zwiewną melodykę, która tu i ówdzie przypomina najlepsze piosenki Cocteau Twins. Myślę, że ten drugi element wychwycił w ich twórczości Simon Raymonde, i stąd ta prośba o spotkanie, które zakończyło się propozycją podpisania kontraktu płytowego.





Wszystko zaczęło się od gitarzysty Bena Eastona, który kilka lat temu poznał Dotti Cockram przez wspólnych znajomych. Połączyła ich słabość do shoegaze'u, bardzo udane koncerty takich grup jak: Slowdive, Saint Etienne, czy Cranes. W takim układzie wymiana plików dźwiękowych była koniecznością i oczywistością. Początkowo dla podkreślenia rytmu używali automatu perkusyjnego, a później do składu dołączył Harry Catchpole. Na jednej z ich poprzednich epek za bębnami zasiadł także Simon Scott, perkusista grupy Slowdive.

W trakcie trwania prac nad płytą Dottie Cockram zmieniła miejsce zamieszkania, co stało się źródłem inspiracji i znalazło swoje odzwierciedlenie w warstwie tekstowej.

"Przeprowadziłam się nad morze, więc często siedziałam na plaży, kiedy tworzyłam album. Próbowałam znaleźć inspirację albo po prostu znaleźć trochę czasu, żeby popatrzeć na morze. Było tam mnóstwo ptaków morskich, tak przypuszczam. I trochę mnie pochłonął ich majestat i blask" - wspomina Cockram.

Metodologia pracy Bena Eastona polega na tym, że zwykle tworzy szkielet ścieżek, z którym można potem pracować. Często rozpoczyna od warstwy rytmicznej, odmierzając proste podziały. Później pojawia się melodia, gitary nakładane warstwowo, często z efektem reverb i delay. Zamiast jednej dominującej gitary, woli wykorzystać nieco rozmytą chmurę dźwięków, zamiast shoegaze'owego brudu, kreuje przestrzeń wokół onirycznej wokalizy Dottie Cockram.

Album "BIRDING" to bardzo udany debiut, który podkreśla klasę zespoły. Może działać jak jeden długi emocjonalny strumień - bez wyraźnych szczytów, ale też bez dramatycznych mielizn. To nie jest płyta, która zostawia pojedyncze chwytliwe piosenki. Raczej oferuje nastrój, do którego chce się wracać.

(nota 7.5-8/10)



 








sobota, 28 marca 2026

MEMORIALS - "ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" (Fire Records) "Chmury bez deszczu, dźwięki bez granic"

 

 Są takie płyty, które nie starają się być "tu i teraz", nie próbują dotrzymywać kroku ciągłym zmianom, przemijającej modzie, tylko brzmią, jakby zostały odnalezione po latach. Trochę zakurzone, odrobinę zapomniane, ale wciąż aktualne, ciągle żywe. Do takiej kategorii należy wczoraj opublikowana najnowsza propozycja brytyjskiej grupy MEMORIALS zatytułowana - "All Clouds Bring Not Rain". To album, który zamiast gonić uparcie współczesne trendy, świadomie sięga w przeszłość, nie po to, żeby po raz kolejny ją kopiować, lecz po to, żeby w oparciu o nią wykreować nową wartość.





 

   

   Dla Verity Susman (znanej z formacji Electrelane, debiutowali w 2001 roku albumem "Rock It To The Moon"), i Metthew Simmsa (związany z grupą Wire), MEMORIALS to nie żaden projekt poboczny, tylko naturalna kontynuacja ich fascynacji strukturą, brzmieniem i procesem nagrywania. Od pierwszych sekund  nowego materiału słychać, że nie interesuje ich rzewna nostalgia, zamiast tego proponują coś bardziej subtelnego i wyrafinowanego.

Album "All Clouds Bring Not Rain" buduje nastrój repetycjami, ciekawym brzmieniem, mocno nawiązującym do tego, które dominowało na przełomie lat 60/70-tych. Poszczególne motywy powracają, przesuwaj się, lekko deformują przez co wiele utworów sprawia wrażenia bycia w ruchu. Analogowe klawisze, oszczędna perkusja, gitary pozbawione ostrej krawędzi - niemal wszystko została zarejestrowane na taśmie, we francuskiej stodole. Partie klawesynu dograno w londyńskim studiu wytwórni 4AD, a wibrafon w studiu Press Play, perkusisty Stereolab - Andy'ego Ramsaya. Wokaliza raczej funkcjonuje w takim układzie jako kolejny instrument, następny element aranżacji, momentami nieco zamazany, niż odrębny byt, którym trzeba się zachwycać. To podejście sprawia wrażenie pewnego chłodu i dystansu, ale jednocześnie pozwala skupić się na detalach - drobnych zmianach rytmu, przeniesieniach akcentów lub zmian melodycznych






Kompozycje zebrane na płycie "ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" można podzielić na dwa główne rodzaje - dynamiczne piosenki oraz spokojne ballady, gdzie większą rolę odgrywają głos oraz przestrzeń. Trochę jak dwa różne światy, które świetnie się uzupełniają. W tych dynamicznych odsłonach słychać energię i eksperyment. Rytm jest często napędzany przez motoryczne powtarzalne bębny, pulsujący bas, akcenty syntezatorów. Do tego dochodzi brzmienie gitar - w jednym utworze celowo przepuszczone przez stary głośnik. Oprócz wyżej wymienionych elementów pojawiają się "przestery", echa, dziwne modulacje.

Najlepiej słychać to w mojej ulubionej kompozycji - "MEDIOCER DEMON", która zabrzmi poniżej, i która od razu po pierwszym przesłuchaniu zdobyła prestiżowy tytuł "MISS TYGODNIA". Kompozycja mocno przypomniała mi klimat klasycznego dziś "przeboju" grupy The Beatles - "Tomorrow Never Knows". Transowy beat, brak klasycznego "rockowego bujania", utwór sprawia wrażenie niestabilnego, jakby celowo rozregulowanego przez użyte w nim efekty. Już udane otwarcie tego albumu zawierało psychodeliczne elementy i dobrze, że brytyjski duet pokusił się o rozwinięcie tych pomysłów w dalszej części płyty.

Z kolei wolniejsze kompozycje przynoszą wraz z sobą bardziej intymną i eteryczną przestrzeń. Spokojne tempo, więcej miejsca oraz ciszy. Verity Susman śpiewa tutaj bardziej miękko, melodia zdaje się być prostsza, ale bardzo sugestywnie emocjonalna. Te fragmenty brzmią jak chwile zawieszenia, zamiast parcia do przodu tworzą wrażenia unoszenia się. "W dzisiejszych czasach, dzięki syntezatorom możesz mieć pod ręką dowolny instrument, ale wszystkie wychodzą z tego samego pudełka, co prowadzi do jednorodności brzmienia muzyki tworzonej w ten sam sposób (...). W naszej muzyce lubię balansować na granicy skrajności" - oświadczył Matthew Simms.

"ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" - to płyta, która nie próbuje nikogo przekonać na siłę. Stanowi wyrafinowane zaproszenie do wejścia w prywatny świat i sprawdza, czy słuchacz chciałby pozostać w nim na dłużej. MEMORIALS udanie balansują pomiędzy kontrolą, a chaosem, pomiędzy zgrabną piosenką, a eksperymentem. Tworzą muzykę, która potrafi być jednocześnie wymagająca i hipnotyzująca. To nie jest album, który prawdopodobnie zadziała "od pierwszego usłyszenia". Wymaga nieco więcej uwagi, cierpliwości i otwartego umysłu. Jeśli damy mu wystarczającą ilość czasu, odwdzięczy się czymś rzadkim. Poczuciem obcowania z muzyką, która ma własne brzmienie. Przed Wami jakże wspaniała "KOMPOZYCJA TYGODNIA".  

Ps. Kompozycja "Mediocer Demon" zachwyciła mnie wszystkim - aranżacją (rozmieszczenie i praca perkusji), miksem, wokalizą, brzmieniem, nastrojem... itd.,  do tego stopnia, że na "dziś" i odległe jutro jest to jedna z najlepszych kompozycji 2026 roku!!

(nota 8/10)

 





Rozpoczniemy od wizyty w Grecji i spotkania z dobrze znanym zespołem - YOUTH VALLEY - który pojawiał się już w "Dodatkach". Oto ich nowy singiel.





Tylko na tym blogu znajdziecie zapowiedź czerwcowej premiery (12 czerwca) płyty "RESIDUE", amerykańskiego zespołu z Oakland - YEA-MING AND THE RUMOURS.






W klasycznym duchu kojarzonym ze Stereolab rozwija się fragmentami wydana przed tygodniem płyta "AFTER THE RAIN, STRANGE SEEDS" - brytyjskiej, przedstawianej już przeze mnie niegdyś, formacji THE LEAF LIBRARY.





Przeniesiemy się do Toronto, żeby spotkać zespół TRAITRS, i posłuchać mojego ulubionego fragmentu z wydanego w połowie marca i zapowiadanego już wcześniej przeze mnie albumu "POSSESSOR". Dobre informacje dla fanów nurtu coldwave są takie, że cała płyta jest warta grzechu.





Wizyta w Londynie - pozdrawiam mieszkańców - przyniesie spotkanie z grupą GENTLY TENDER, kilka dni temu ukazał się singiel, który zapowiada wydanie epki zatytułowanej "THIS WAS ONCE FIELDS". Premiera 22 maja.






Całkiem nieźle z dzisiejszym głównym tematem powinien korespondować wydany przed tygodniem album "NOTHING IN NEW IN THIS ROOM EXEPT THE DUST", recenzowanego już niegdyś na łamach tego bloga zespołu IVAN THE TOLERABLE.






"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - reprezentuje mieszkaniec Manchesteru i kolejny znajomy (recenzje płyt na blogu) saksofonista NAT BIRCHALL. Wczoraj pojawiła się jego nowa płyta "PATH OF ENLIGHTENMENT".






I jeszcze jedna znajoma grupa, tym razem z Izraela - formacja SHALOSH, wczoraj opublikowała wydawnictwo zatytułowane "WHAT WE ARE MADE OF".










sobota, 21 marca 2026

CHATON LAVEUR - "LABYRINTHE" ( EXAG Records) "LIEGE-BASTOGNE-LIEGE"

 

 Od czasu do czasu warto mieć jakiś francuski akcent. Jeśli nie prosto ze stolicy Francji, to może pochodzący z belgijskiego miasta Liege. To miasto nie kojarzy się tylko z Bazyliką Świętego Pawła, Musee Des Beaux Arts, festiwalem muzycznym, startem oraz metą wyścigu kolarskiego, czy niepowtarzalnym smakiem gofrów, ale od tygodnia także z duetem CHATON LAVEUR, który tworzą Julie Odeurs - gitara, bas, śpiew i Pierre Lechien - klawisze, perkusja, śpiew. Po ponad siedemdziesięciu koncertach w całej Europie i takim sobie debiucie - "Etat Souvage" (2024), duet powrócił z drugim dużo bardziej udanym albumem zatytułowanym "LABYRINTH", który ukazał się przed tygodniem.




Zespół, jak wiele innych młodych grup, powstał w trakcie lockdownu. Główne inspiracje dla swojej twórczości znalazł w muzyce krautrockowych formacji z lat 70-tych. "Krautrock nie tylko wpłynął na nas muzycznie, stał się naszym wspólnym językiem". W twardym rdzeniu poczynań belgijskiego duetu znajdziemy minimalizm, który opiera się na powtarzalnych rytmach, prostych strukturach połączonych z elementami indie lub dream-popu (melodyka podobna do Broadcast czy Stereolab). 

Julie Odeurs lubi używać gitar nagrywanych warstwowo, z efektami typu delay czy reverb, charakterystycznymi dla estetyki dream-pop lub shoegaze. Partie syntezatorów dodają głębi i przestrzeni często pełnią funkcję motoryczną. Uwagę przykuwa barwa głosu Julie - delikatna, zwiewna, dziewczęca, która czasem wchodzi w interakcję, zgrabnie harmonizuje z męską wokalizą Pierre'a Lechiena. Dodaje to poszczególnym melodią nowego wymiaru, ale także nadaje całemu brzmieniu eterycznej miękkości.




Oczywiście nie wszystkie utwory są w stu procentach udane, trafione w punkt - jak to zwykło się mówić. Z drugiej strony, czuć wyraźnie, że belgijski duet chciał, żeby materiał zawarty na drugim albumie był różnorodny. Stąd obok energetycznych odsłon, znajdziemy również te nieco bardziej wyciszone, eksperymentalne lub psychodeliczne.

Po udanym wstępie "In", od razu napotykamy jeden z najlepszych akcentów tego wydawnictwa czyli "Conte-La- Montre", utkany z repetytywnych funkcji gitary i basu, które pchają całą kompozycję naprzód. Mój ulubiony "La source" pokazuje nieco bardziej marzycielskie oblicze duetu, przypomniał mi nastrojem i melodyką piosenki Beach House, Memoryhouse lub Slowdive. "Fantasia" przynosi wspomniany wcześniej psychodeliczny klimat. 


Płyta "LABYRINTHE" to nie tylko śmiałe rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na dość przeciętnym debiucie, to również duży krok naprzód i zaproszenie do wejścia w "labirynt", gdzie powtarzalne motywy splatają się z nastrojowymi melodiami w jedyną w swoim rodzaju podróż przez emocję i czas.

(nota 7.5/10)

 




Strefę "Dodatki..." rozpoczniemy od wizyty na krajowym podwórku. Miasto Poznań - pozdrawiam mieszkańców - a  w nim duet DESTINY PORTS, który kilka dni temu opublikował nowy singiel.






Z londyńską grupą DEARY jesteśmy od pierwszych singli. Oto pojawił się kolejny, który zapowiada album "Birding", premiera 1 kwietnia.





Do Szwajcarii zaglądamy bardzo rzadko, a właśnie stamtąd pochodzi kompletnie nieznana grupa MONO MOCHI. Oto ich nowy wiosenny singiel.




I po raz kolejny Londyn, a w nim ANNA CALVI, wczoraj ukazała się jej epka "Is This All There Is?". Wśród zaproszonych gości znajdziemy Iggy'ego Poopa, Perfume Genius, Laurie Anderson.





Kalifornię reprezentuję JOHN CRAIGIE, niedawno ukazała się jego płyta zatytułowana "I SWAM HERE". Oto mój ulubiony fragment.




Kopenhaga, a w niej czwórka znajomych, w składzie GW. SOK znany z grupy Oiseaux Tempete, Ignacio Cordoba, Soren Hoj, PJ Fossum. Wczoraj ukazała się ich płyta pod szyldem THIS HOUSE, zatytułowana "Soft Rains Will Come".








MISS TYGODNIA - dawno nie było reprezentanta w tej prestiżowej kategorii, dlatego dziś będzie ich aż dwóch. Na pierwszy ogień pójdzie TOMO KATSURADA, jak nazwisko wskazuje  mieszkaniec... Amsterdamu, który 1 kwietnia wyda reedycję epki "DREAM OF THE EGG". W mojej ulubionej kompozycji na gitarze gościnnie zagrał Jonny Nash.





MISS TYGODNIA - dla bardziej wymagających słuchaczy. MARIA PORTUGAL reprezentuje Berlin, artystka znana ze współpracy z przedstawicielami sceny improwizowanej, zasilała skład Fire! Orchestra. 1maja ukaże się jej płyta zatytułowana "Erosao Percussion Trio".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - Niemcy reprezentuje LEHTO AND THE MOTION ORCHESTRA - wczoraj ukazała ich nowa płyta zatytułowana "Here Tommorow".




I kolejna reedycja w naszym zestawieniu, pierwotnie płyta BOBBY CALLENDER - "RAINBOW" ukazała się w 1968 roku, a jej wznowienie jesienią ubiegłego roku.







sobota, 14 marca 2026

MT FOG - "EVERY STONE IS GREEN" (Ghost Mountain Records) "Muzyka z mgły"

 

 Mam przeczucie, że niewielu recenzentów dotrze i zainteresuje się ciekawą propozycją amerykańskiej grupy MT FOG zatytułowana "Every Stone Is Green", która ukazała się wczoraj. Pod szyldem ukrywa się trio - Carolyn B. Andy Sells i Casey Rosebridge. Twardym rdzeniem tego projektu jest Carolyn - wokalistka, autorka tekstów, skrzypaczka, która w wolnych chwilach lubi również zagrać na syntezatorach, a przy okazji potrafi także pochylić się nad istotnymi detalami produkcji.




Wprawne ucho po wysłuchaniu kilku pierwszych kompozycji od razu wychwyci drobne podobieństwa do estetyki albumów Kate Bush. Podobna bywa również melodyka i sposób prowadzenia wokalizy. Grupa MT FOG dobrze czuje się na pograniczu artystycznego popu, alternatywnego rocka oraz eksperymentalnej niezależności. W zamierzeniach główny koncept płyty jej autorzy przedstawiają jako: "gotycką opowieść (na podobieństwo sióstr Bronte) - o odnajdywaniu szczęścia i człowieczeństwa". Jeżeli, w niektórych odsłonach, napotkamy groźne chmury nadciągającego mroku, to nie zwiastują one depresyjnego nastroju, zdecydowanie bliżej im do romantycznej wizji świata, kojarzonej także z przestrzenią rocka gotyckiego.

Nagrania powstały w Vertigo Studios oraz w prywatnym studiu członków zespołu "Rhythm Station", a masteringu całego materiału dokonał Chuck Johnson. W aranżacjach nie ma takiego przepychu, do którego przyzwyczaiła nas Kate Bush na ostatnich wspaniałych płytach. Usłyszymy tutaj skrzypce, analogowe syntezatory, które przy okazji i od czasu do czasu pełnią funkcję gitary elektrycznej (tej ostatniej po prostu brak).



Od pierwszej kompozycji moją uwagę zwróciła praca sekcji rytmicznej. Ciekawie zrealizowana perkusja i bas, o lekkim post-punkowym zabarwieniu, są znakiem rozpoznawczym tego wydawnictwa. Perkusista Andy Sells gra bardzo oszczędnie. Zamiast typowego indie-rockowego groove'u wykorzystuje dużo przestrzeni pomiędzy uderzeniami, często stosuje półtempo. To zbliża całą sekcję do estetyki post-punk, gdzie rytm czasem pełni funkcję struktury, a nie jest tylko prostym napędem. Czytelny podpis Andy Selllsa znajdziemy w utworze "Trees In Converstaion".

Z kolei bas Caseya Rosebridge'a porusza się bardziej melodycznie. Unika typowego podkreślania poszczególnych taktów, zostawia nieco miejsca na brzmienie syntezatorów oraz głosu. W efekcie daje to złudzenie niemal żywego grania, trochę jak dopracowane nagrania z sali prób, świetnie uchwycone. Nad wszystkim unosi się romantyczna wokaliza Carolyn B., która stanowi oś całej płyty. W tym przypadku głos został jeszcze bardziej wyeksponowany niż na dwóch poprzednich płytach - "Spells Of Silence" (2022), "Ultraviolet Heart Machine" (2024).

W odniesieniu do wcześniejszych propozycji grupy nie ma na "Every Stone Is Green" aż tyle rozbuchanej teatralności. Zamiast nieco pompatycznego dramatyzmu mamy kontemplacje natury, mgiełkę tajemnicy, metafizyczną zadumę i zabawę głosem. Wokaliza Carolyn B - artystki ewidentnie wychowanej na muzyce z lat 80-tych - pełni również funkcję narratora całej opowieści. Przykuwa uwagę jasna, eteryczna barwa, otulona dream-popową chmurką. To dzięki temu słuchacz może odnieść wrażenie, że wokaliza unosi się nad aranżacją,  nie jest w niej zbyt głęboko uwięziona. Carolyn unika przesadnie ekspresyjnego śpiewania. Zamiast tego stosuje coś, co można nazwać emocjonalnym minimalizmem (emocje znajdują się w barwie, artykulacji, a nie w akcentach czy głośności).

Na albumie "Spells Of Silence" wokal był bardziej surowy. "Ultraviolet Heart Machine'" - przyniósł zgodnie z manierą albumu nieco więcej teatralności. "Every Stone Is Green" proponuje najbardziej dojrzały, przestrzenny i kontemplacyjny wokal w całej dyskografii.  Wczoraj wydany album grupy MT FOG zawiera spójną wizję, posiada wyraźny pomysł, zróżnicowane tempo i napięcie. Wszystko układa się w jedną narrację, która okraszona została ciekawą aranżacją. Amerykańska formacja postawiła tym razem na klimat zamiast efektywności, dzięki czemu najnowsza propozycja tak bardzo wciąga słuchacza.

(nota 7.5-8/10)



 


Nasi dobrzy znajomi z Bristolu - formacja NIGHT SWIMMING koniecznie chcieli Wam przedstawić nowy niedawno wydany singiel. 




W San Francisco znajdziemy grupę KELLEY STOLTZ, która 15 maja opublikuje album zatytułowany "If You Don't Know Me, Buy Now". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Z Melbourne pochodzi formacja Roller One, która 17 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "Fate Done Nice". Przed Wami pełna uroku kompozycja z tego albumu.



 

Prześliczny singiel wydała niedawno grupa z Oakland czyli FIGURE EIGHT. Często wracam do tych dwóch utworów.



 
Przeniesiemy się do Brighton, żeby posłuchać nowego singla Derka Invera, który chodzi za mną od kilku dni.





Sporo płyt ukazało się w dniu wczorajszym, wśród nich znajdziemy najnowszą propozycję grupę THE ORIELLES - "Only You Left". Bardzo lubiłem ich ostatni album "TABLEU" (recenzja na blogu), wczoraj wydana płyta jest zupełnie inna. Wśród premier można również odnotować płytę Art School Girlfriend - "Lean In", Kim Gordon - "Play Me", jazzowy album Bena Wendela - "Barcode", całkiem niezłą płytę formacji THE NOTWIST - "NEWS FROM PLANET ZOMBIE". Z tego zestawu najbardziej równą propozycją jest zapowiadany kilka tygodni temu album "DEATH MOTELS", zespołu THIS LONESOME PARADISE, który również wczoraj miał swoją premierę.



KĄCIK IMPROWIZOWANY - zajrzymy do Oslo, gdzie działa i tworzy HENRIETTE EILERSTEN TRIO. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "MODER".





Nowy York, prezentowany już niegdyś przeze mnie trębacz MARQUIS HILL, wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Beautifulism" - Sweet Surrender". Wśród mnóstwa zaproszonych gości na sesję nagraniowe znaleźli się także - Makaya McRaven, Immanuel Wilkins.






sobota, 7 marca 2026

MONOLITHE NOIR - "LA FOI GELEE" (Humpty Dumpty Records) "Zamarznięty puls"

 

  Przed Wami w głównej odsłonie chłodne brzmienie syntezatorów, które połączą się z wyraźnymi rytmami, żeby wspólnie stworzyć intrygującą, momentami mroczną, całość. Każda kompozycja, z tych zebranych na wydanej przed tygodniem płycie - "LA FOI GELEE", brukselskiego artysty MONOLITHE NOIR (pod szyldem ukrywa się Antoine Pasqualini), ma własny wyczuwalny puls oraz tempo. Poszczególne dźwięki płyną spokojnie, czasem przyspieszają, nieraz zwalniają i prowadzą słuchacza przez muzyczne krainy. Warto podkreślić, że to czwarta w dorobku płyta belgijskiego artysty, i pierwsza, na której jest tak dużo ścieżek wokalnych.




"Zamarznięty puls" - tak można określić najnowszą propozycję "MONOLITHE NOIR, mając w pamięci zarówno tytuł, jak i nastrój tego wydawnictwa. Albumu otwiera bardzo udana kompozycja, która od pierwszych tonów wciąga słuchacza w intymny świat twórcy. Dość łatwo można wyczuć charakterystyczny dla tego projektu nastrój. Tym razem Antoine Pasqualini zaprosił do współpracy sporo gości ( pojawia się gitara elektryczna, altówka, wiolonczela, a nawet lira korbowa). Przy okazji "La Foi Gelee" Belg opuścił ulubione elektroniczno-ambientowe rejony, i śmiałym krokiem wszedł do strefy, gdzie dużo bardziej akcentuje się brzmienie gitary, basu oraz perkusji.

"Ten album opowiada o uczuciach empatycznego mrozu - o momencie, kiedy wiara, zaufanie lub nadzieja wydają się zamarznięte. Chciałem, żeby muzyka sprawiała wrażenie zamrożonej, jakby czas zwolnił, zanim coś znowu zacznie się rozmrażać". 

Jedną z ciekawostek jest potwierdzony przez Belga fakt, że motywy basowe mają na tym albumie zwykle od czterech do sześciu nut. Antoine Pasqualini wykorzystał analogowy sprzęt. "Lubię stary analogowy sprzęt, bo jest niedoskonały. A to sprawia, że muzyka brzmi bardziej żywo".





Na płycie "La Foi Gelee" to kontrasty staja się kluczowe - zimne syntezatorowe dźwięki spotykają się z pozostałymi instrumentami, żywy rytm przeplata się z minimalistycznymi motywami, a cisza (czy też spokojne partie, szczególnie pod koniec albumu) zyskuje na znaczeniu. Nie brak tutaj momentów, które wciągają słuchacza od razu - "Long Bridge" czy "Running Fast" - to pulsujące rytmicznie fragmenty, mające lekkość, odrobinę transu oraz potencjał alternatywnego przeboju.

To epilog albumu zdaje się być dużo bardziej wymagającą częścią. Powolne tempo, sporo przestrzeni, jak w zamykającym całość "La Foi Gelee", psychodeliczny nastrój. Autor zamierzał tu przybliżyć moment stanu emocjonalnego, tuż po utracie kogoś ważnego i próbę powrotu do normalnego życia. Podczas prac na płytą Pasqualini inspirował się muzyką filmową, a także, co ciekawe, rockiem progresywnym. Nagrania terenowe dyskretnie wplecione w tkankę aranżacyjną to: szum miasta, odległe dźwięki ulic, pogłos pomieszczeń. Wszystko to miało stworzyć wrażenie realnej przestrzeni. Co z tych planów i zamierzeń wyszło, jak zwykle ocenicie sami.

Dodam tylko, że Antoine Pasqualini zaleca jednak słuchanie albumu w wersji winylowej (pewnie nie tylko ze względu na cenę). Podczas rejestracji użyto analogowych syntezatorów i kompresorów, które wprowadziły naturalne niedoskonałości.

(nota 7.5/10)


 



Cóż, że ze Szwecji, czyli spotkanie z dobrymi znajomymi, grupa CLUB 8 oraz ich najnowsza piosenka, która przypomniała mi dawny singiel Saint Etienne.




Przeniesiemy się do Canterbury, jeszcze ciepły nowy singiel prezentowanej niedawno grupy MEMORIALS, który zapowiada płytę "All Clouds Bring Not Rain", premiera 27 marca.




Zawitamy w Nowym Yorku, na początku marca ukazała się epka formacji MIDNIGHT GRANGER zatytułowana "Midnight Grager".




Kolejna, tym razem debiutancka, epka pojawi się w sklepach 26 marca, będzie nosić tytuł "These Things Takie Time", autorstwa grupy Goodbye.




I jeszcze jeden mini album. Tym razem nie z Wysp Brytyjskich, tylko z Kostaryki. Formacja GEMAS oraz fragment z epki "Miedo A Perder".




Wizyta w Hanowerze przyniesie spotkanie z grupą THE TYRANT AND THE FUTURE, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Blurry White Lines".





Australia i JAY WATSON, który wydaje swoje płyty pod pseudonimem GUM, wczoraj ukazał się siódmy w dorobku album zatytułowany "Blue Gum Way". Oto mój ulubiony fragment.






KACIK IMPROWIZOWANY - a w nim gitarzysta i producent z miasta Los Angeles - Gregory Uhlmann oraz fragment z jego wczoraj wydanej płyty zatytułowanej "Extra Stars".






Kolejni nasi znajomi tym razem z Danii - Claus Waidtlow oraz Nikolaj Hess oraz ich najnowsza smakowita kompozycja.





sobota, 28 lutego 2026

SIGHTSEEING CREW - "MUFFLED EARS, THE WORLD SOUNDS BAD QUALITY" "Cyfrowe zmęczenie"

 

  Bardzo rzadko zdarza się taka płyta, która od pierwszych chwil nie tylko brzmi dobrze i ciekawie, ale również wydaje się być czymś na kształt manifestu artystycznego. "Muffled Ears, The World Sounds Bad Quality" to album, który nie próbuje przypodobać się komukolwiek. Wręcz przeciwnie. Stawia przed odbiorcą spore wyzwanie. SIGHTSEEING CREW - za całym tym projektem w dużej mierze ukrywa się jeden człowiek, brytyjski multiinstrumentalista Andrew J.Vickers - wciąga słuchacza w swój intymny świat. Ten bywa lekko zamglony, chwilami przytłumiony, ale może również dlatego bardziej prawdziwy.




Tytuł płyty nie jest dziełem przypadku.  Brzmienie rzeczywiście bywa "przytłumione", jakby przefiltrowane przez warstwę emocji, dystansu, czy dysonansu poznawczego. Produkcja daleka jest od sterylnego wygładzenia - co w tym wypadku jest bardzo dobrym posunięciem. Według twórcy głównym bohaterem tego wydawnictwa jest postać nazwana "Static Man". Ten ostatni ma problem z "nadmiarem wiadomości", które każdego dnia atakują jego percepcję. Stąd ten przepych aranżacyjny. W tkance albumu znajdziemy mnóstwo instrumentów - gitara akustyczna, elektryczna, bas, perkusja, perkusjonalia, saksofon, trąbka, flet, organy, pianino elektryczne, smyczki, nagrania terenowe, itd. Pikanterii dodaje fakt, że na wszystkich tych instrumentach ANDREW J. VICKERS zagrał samodzielnie. Tylko niektóre partie skrzypiec, czy rozbudowane fragmenty trąbki i saksofonu są autorstwa zaproszonych do studia gości. Spora część nagrań została zarejestrowana w specjalnie przygotowanej altanie ogrodowej. Trzeba przyznać, że brytyjski muzyk wykonał przez okrągły rok mnóstwo pracy, żeby brzmienie instrumentów nie sugerowało, że zostały one doklejone na kolejnych etapach produkcji. Wszystko jest gładkie, bardzo płynne, ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas.




 To jeden z tych wyjątkowych  albumów, który wymaga skupienia i odsłuchania w całości, gdyż poszczególne kompozycje łączą się ze sobą i płynnie przechodzą jedna w drugą. To zdecydowanie bardziej rozbudowana i całkiem zgrabnie rozpisana suita, podzielona na kilkanaście spójnych  części, niż zestaw nagrań z piosenkami. To, co stanowi koniec jednej odsłony, jest równocześnie początkiem drugiej. Na płycie SIGHTSEEING CREW kompozycje nie tyle kończą się w typowy sposób, co raczej przeobrażają. W tym kontekście nie dziwi, że partie instrumentów pojawiają się i znikają, niczym postacie w ciągle zmieniającym się krajobrazie czy spektaklu. Co jeszcze bardziej uwypukla główne tematy albumu - rutynę pracy i obowiązków, zmęczenie, alienację, zagubienie.

Od pierwszych chwil tego wydawnictwa zachwyca bogactwo faktur. Niektóre motywy muzyczne powracają, raczej nie w formie klasycznych cytatów, z tego, co już było, tylko jako przypomnienie, odrobinę zmodyfikowane i umieszczone w nowym kontekście. Kolejne utwory budowane są przez dokładanie następnych warstw - rytm, harmonia, detale, spójny nostalgiczno-oniryczny nastrój, sporo pogłosu, echo itd. Jeśli chodzi o ramy gatunkowe, to mamy do czynienia ze swobodnym przekraczaniem granicy pomiędzy takimi stylami jak: pop, indie-folk, art-rock, jazz, easy listening, downtempo, jam session, eksperyment, itp. Co ciekawe, tak duża liczba wykorzystanych instrumentów w żadnym momencie nie przytłacza. To raczej sugestywna próba odmalowania odczuć bohatera, który bywa przeciążony bodźcami pochodzącymi z cyfrowego świata. To trochę tak, jakby za ścianą grała cała orkiestra. Niby wszystko słychać, choć nie każdy detal jest aż tak czytelny.

Najmniej wyraźne są linie wokalne - to niestety jest minus tej propozycji - celowo rozmyte, mocno zamazane. Bywają momenty, kiedy tekst jest zupełnie nieczytelny. Nie ułatwia tego również specyficzna maniera wokalisty - rzewne zawodzenie, celowe przeciąganie głosek - oraz delikatna barwa, która sytuuje się głównie w wysokich rejestrach. Największą siłą tej płyty jest klimat. Utwory od razu układają się w spójną opowieść o przebodźcowaniu oraz alienacji, próbie uchwycenia ostrości w świecie, który ciągle :"brzmi w złej jakości'. Atutem jest różnorodność tego wydawnictwa - są momenty bardziej dynamiczne, okraszone solówkami saksofonu lub gitary oraz fragmenty wyciszone, niemal kontemplacyjne. To sprawia, że album nie nudzi. Wręcz przeciwnie, nieustannie zachęca do kolejnego przesłuchania. Tej płyty nie tylko się słucha, jak każdej innej, lepszej lub gorszej propozycji, czy zanurza się w niej, jak w niewielu dobrych wydawnictwach. Ten album to również pewien stan emocjonalny, jego sugestywny zapis, a zarazem sposób czy bezpośrednia przyczyna, żeby go znów wywołać.

Szkoda, że ostatniej płyty Sightseeing Crew nie wydał jakiś poważny niezależny wydawca. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby żaden szef wytwórni - chociażby tych, których propozycje katalogowe sukcesywnie prezentuję na łamach tego bloga - nie zainteresował się tym udanym materiałem.

(nota 8/10)


 


"Dodatki" rozpocznie jeszcze ciepły i pyszny singiel naszych dobrych znajomych z Londynu. Grupa DEARY - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "Birding".





Przeniesiemy się do Dublina, gdzie działa artysta, który przyjął nazwę NASHPAINTS. Niedawno ukazała się jego debiutancka płyta zatytułowana "Everyone Good Is Called Molly".





Pozostaniemy w Dublinie, pod koniec stycznia ukazała płyta zatytułowana "Holy Show" formacji Big Sleep. Oto wybrany singiel.




Wycieczka po Chicago przyniesie nam spotkanie z wokalistką DELANEY BAILEY, która niedawno opublikowała całkiem udany debiutancki album - "CONCAVE". Oto mój ulubiony fragment.




Przeniesiemy się do Londynu, gdzie działa grupa MODERN WOMEN, która 13 kwietnia opublikuje nowy album zatytułowany "Johnny's Dreamworld". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Podróż do Kanady przyniesie spotkania z dobrymi znajomymi, na początek grupa BIBI CLUB, która wczoraj opublikowała zapowiadaną przeze mnie płytę "AMARO". Tak zaczyna się ten album.






Wciąż Kanada. Kolejni nasi znajomi z Montrealu - formacja POPULATION II - 3 kwietnia opublikuje album zatytułowany "GIMMICKS". Oto pierwsza ujawniona kompozycja.






Wczoraj w prestiżowej wytwórni Heavy Psych Sound Records ukazała nowa płyta warszawskiej grupy WEEDPECKER zatytułowana po prostu "V".






KĄCIK IMPROWIZOWANY - odrobinę cofniemy się czasie, do końca listopada ubiegłego roku, kiedy to japoński artysta TAKURO OKADA opublikował bardzo udany album zatytułowany "KONOMA".










sobota, 21 lutego 2026

OMNIHELL - "EXTREME SUFFERING" (Bandcamp) "LEKKA DEPRESJA"

 

  Czasem nawet skromny autor tego bloga jest w stanie przewidzieć, czy zapowiedzieć - z bardzo dużym marginesem błędu - pojawienie się na horyzoncie dobrej płyty. Całkiem możliwe, że jest to w dużej części przypadek projektu OMNIHELL, pod którym to szyldem ukrywa się JULIAN ASH z Los Angeles. To miasto gości w ten weekend jeden z prestiżowych turniejów golfowych. Choć nie jest to moja ulubiona lokalizacja w cyklu PGA TOUR. Ta wciąż i póki co należy do RBC HERITAGE, rozciągniętego w malowniczych okolicach Hilton Head Island. W tym roku zmagania na tym bajkowym polu rozpoczną się od 16 kwietnia, już można rezerwować bilety. Wracając do głównego tematu dzisiejszej odsłony bloga, czyli do wspomnianego wcześniej młodzieńca, to wyglądem przypomina nieco bardziej współczesną wersję Roberta Smitha 3.0. I na tym podobieństwa do brytyjskiego wokalisty się nie kończą, bowiem muzyka OMNIHELL również mocno nawiązuje do wczesnych płyt formacji The Cure czy Bauhaus.




Debiutanckie wydawnictwo OMNIHELL wpisuje się w obserwowaną od dłuższego czasu falę odrodzenia nurtu post-punk/darkwave. W tym kontekście mogę pojawić się takie nazwy grup jak: Drab Majesty, Lebanon Hanover, Molchat Doma, The Soft Moon, Actors, She Past Away itd. Muzyka Juliana Asha sytuuje się gdzieś na pograniczu post-punka i drakwave. W jego piosenkach odnajdziemy charakterystycznie podkreśloną linię basu. Drobnym minusem jego aranżacji jest w mojej  ocenie dość schematyczna i monotonna praca perkusji. Od czasu do czasu przydałoby się urozmaicić ten element. Podobnie jak całe aranżacje, w których zabrakło mi ciekawych dodatków, jakiegoś gustownie wplecionego elementu, żeby poszczególne odsłony udanego w gruncie rzeczy debiutu zyskały na różnorodności.




Julian Ash posługuje się właściwie dwoma ulubionymi rytmami - tym żywym, energetycznym, zbliżonym do tempa tanecznego, do którego autorowi "Extreme Suffering" z pewnością najbliżej, chociażby za sprawą wieku oraz tym nieco wolniejszym, który odmierza takty w bardziej rozmarzonych czy "depresyjnych" utworach. Co ciekawe, w obydwu tych przypadkach amerykański artysta bywa jednakowo przekonujący. 

Kiedy uważnie przyjrzymy się nazwie OMNIHELL, rozbijając ją na dwa główne człony, otrzymamy coś w rodzaju "wszechogarniającego piekła". Z kolei tytuł świetnego singla, który zabrzmiał na wstępie -  "Kurushimi" - w języku japońskim oznacza "cierpienie". I w ten prosty sposób otrzymamy zarys głównych tematów poszczególnych piosenek. Julian Ash na swoim udanym debiucie pokazuje, że o "cierpieniu", "smutku", "izolacji" można opowiadać w różny sposób, nie tylko rozwijając czarne i gęste niczym smoła depresyjne tony, czy smętnie zawodząc i głęboko przeżywając emocjonalne rozterki, jak robią to czołowi przedstawiciele emo-rocka.

Wydawnictwo "Extreme Suffering" można pochwalić zza spójność i konsekwencję w przedstawianiu kolejnych pomysłów. Sama melodyka, czyli takie, a nie inne połączenie nut, skojarzyła mi się z bardzo dobrą niegdyś propozycją innego amerykańskiego twórcy. Mam tu na myśli grupę Wild Nothing i świetną płytę - "Gemini". Wokalista i gitarzysta Wild Nothing - Jack Tatum - w początkowym okresie działalności zdawał się mieć dużo większy talent do melodii niż jego rodak Julian Ash. W odróżnieniu od swoich dalekich "stryjów", czy raczej "dziadków" - R. Smith, P. Murphy - autor "Extreme Suffering" jest dużo bardziej  minimalistyczny, o wiele mniejszą wagę przywiązuje do brzmienia oraz produkcji. Co pewnie stanowi przywarę młodości. Oceniając to wydawnictwo warto mieć w pamięci młody wiek twórcy, niewielkie doświadczenie (wcześniej próbował sił z projektem Harsh Symmetry), fakt, że dopiero próbuje znaleźć dla siebie miejsce na rynku muzycznym. Zobaczymy, co przyniosą kolejne propozycje Omnihell. 


(NOTA - 7.5/10) 
 



Chris Curtin to inny młody twórca z Brooklynu, który dopiero zaczął muzyczną przygodę. Ukrywa się pod nazwą POST HYPE i niedawno opublikował nowy singiel.




Pozostaniemy w USA, ale przeniesiemy się do stanu Iowa, gdzie odnajdziemy kolejnego "świeżaka", czyli projekt KINJII. Fragment z niedawno wydanej epki "Thunder Head".



Cóż, że ze Szwecji, czyli skandynawski duet Adreas Grundel oraz Joanna Erikson, prosto z ich wydanego kilka dni temu singla.




 Zmienimy nieco nastrój oraz kraj, przeniesiemy się do Szwajcarii, skąd pochodzi grupa BLACK SEA DAHU, która w dniu wczorajszym opublikowała album zatytułowany "EVERYTHING".






Zbliżony nastrój znajdziecie na wydanej przed tygodniem płycie "Songs For The Weary", artysty z Manchsteru - MATTHEW C.WHITAKERA. Oto mój ulubiony fragment.




Trzeba przyznać, że z dużą starannością zrealizowana została najnowsza, wydana przed tygodniem, płyta grupy z Nashville - THE LONE BELLOW - "WHAT A TIME TO BE ALIVE" (audiofile powinni zajrzeć do tej propozycji). Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!




 
Raz jeszcze Los Angeles, tym razem nie pole golfowe, tylko studio nagraniowe, gdzie spotkali się FLEA (Red Hot Chili Peppers) oraz THOM YORK, który pojawił się jako gość specjalny na płycie tego pierwszego artysty. Premiera albumu "HONORA" 27 marca.






KĄCIK IMPROWIZOWANY w nim wizyta w Monachium, i zaproszenie do przesłuchania całej bardzo udanej płyty JJ WHITEFIELDY'A & FORCED MEDITATION zatytułowanej "BIRTH OF CONSCIOUSNESS".








sobota, 14 lutego 2026

WET TUNA - "VAST" (Three Lobed Rec") "Letargiczny trans"

 

   W trakcie odsłuchiwania wczoraj wydanej płyty "VAST" amerykańskiej grupy WET TUNA, przypomniałem sobie teledysk do utworu "Something For Joey" formacji Mercury Rev. Nie chodzi o podobieństwo muzyczne - z pewnością można odnaleźć jakieś wspólne cechy pomiędzy tymi zespołami. Zdecydowanie bardziej pomyślałem o specyficznym nastroju. Na tym pamiętnym videoclipie rozmarzony Ron Jeremy (niegdyś znany aktor porno) porusza się w kosmiczno-erotycznym uniesieniu i dekoracjach, wraz z koleżanką po fachu oraz z branży - Ashley Dey. Przewrotny los nie był zbyt łaskawy dla gwiazdora filmów dla dorosłych. Mężczyzna przeszedł udar, i jakby nieszczęść było mało, koleżanki z planów filmowych oskarżyły go o... molestowanie seksualne. Miejmy nadzieję, że członkowie formacji Wet Tuna nie pójdą tą drogą.



 
Mam wrażenie, że zespół WET TUNA jest bardzo słabo znany w naszym kraju, co potwierdza niewielka liczba wzmianek w ojczystym języku dotycząca wydawnictw płytowych amerykańskiej załogi (na łamach tego bloga już gościł). Tych ostatnich nazbierało się całkiem sporo przez te kilka lat obecności na scenie (oprócz klasycznych płyt znajdziemy zapisy sesji nagraniowych, koncertów itd.). WET TUNA początkowo funkcjonował jako duet, który powstał z inicjatywy Matta "MV" Valentine'a oraz Pata "P.G. Six" Goblera (później przez skład przewinęło się wielu artystów). 

Debiutancki krążek ujrzał światło dzienne w 2018 roku i nosił tytuł "Livin' The Die". Płyta zawierała długie improwizacyjne utwory i określała dalszy kierunek, w którym zamierzał podążać tandem przyjaciół.  Przy okazji kolejnego wydawnictwa "Water Weird" (2019) pojawiło się rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na udanym debiucie. Krytycy i recenzenci najbardziej polubili album "Warping All By Yourself" (2022).





 Nowy album "VAST" - jak podkreślają jego autorzy - to dźwiękowa podróż, pełna swobody, lekkości, surrealistycznych skojarzeń oraz ciekawych pomysłów brzmieniowych. Od pierwszych niespiesznych taktów można wysunąć przypuszczenie, że cały ten materiał nie będzie chciał trzymać się jednej stylistyki, jednej epoki czy ulubionej konwencji. Muzyka rzeczywiście długimi fragmentami płynie tutaj niczym "strumień świadomości" -  o czym wspominają artyści w notce prasowej. Nie trudno sobie wyobrazić pogrążoną w mlecznym dymie salę, bynajmniej nie jest to dym z kubańskich cygar. Muzyków, którzy wylegują się na leżakach i grają na instrumentach. W przerwach pomiędzy utworami przeciągają się niespiesznie, pociągają łyk bynajmniej nie markowego wina. Tuż pod kolorowymi parasolami, na stolikach, leży jeszcze ciepła potrawa z "odpowiednio przygotowanych grzybków" (grzyby to stały element wielu okładek płyt).

Album "VAST" jest rozkoszną mozaiką stylistyczną. Fragmenty funkowych groove'ów łączą się tutaj z alternatywnym rockiem, psychodelicznymi tripami, niefrasobliwością lo-fi oraz leniwymi improwizacjami. Gitarowe riffy wznoszą się swobodnie na barwnych wstęgach syntezatorowych dźwięków, spod których wyłania się charakterystyczna barwa głosu Matta Valentine'a. Partie bębnów miejscami zostały nagrane z celowym przesterem, kompresją lub pogłosem, podobnie jak wokaliza ("dubbowy sznyt"). Warstwa tekstowa, choć w wielu momentach bardzo abstrakcyjna, nie jest pustym dodatkiem, czy klasycznym wypełnieniem, co sprawia, że album wymyka się z ciasnych ram tradycyjnego zestawu lepszych lub gorszych piosenek. 

Te kompozycje wydają się unosić gdzieś poza czasem albo raczej sprawnie odmierzają go na swój indywidualny sposób. Najnowsza płyta Wet Tuna, jak i poprzednie wydawnictwa tego zespołu, oddziałuje głównie przestrzenią oraz nastrojem, a nie liniami melodycznymi, które można podchwycić i zapamiętać. Trzeba jedynie odrobinę przestawić myślenie, spróbować otworzyć się na ten zestaw dźwięków, a w konsekwencji przekonać się, jak bardzo jest to intrygujące wydawnictwo.

(nota 7.5-8/10)


 



Coś dla "tańczących inaczej". Artystka reprezentuje miasto Londyn (pozdrawiamy Czytelników z tego miasta) - Alice Costelloe z płyty, która ukazała się 6 lutego i nosi tytuł "Move On With The Year".




Nasza dobra znajoma, jej poprzedni utwór zdobył prestiżowe wyróżnienie "piosenka tygodnia", szwajcarska wokalistka AINO SALTO, przed tygodniem opublikowała nowy zestaw trzech utworów "Guesswork". Oto ten ulubiony.




Przeniesiemy się do Francji, żeby spotkać inną "Alicję" - AILISE Blake. Oto fragment z jej ostatniej wydanej jesienią płyty "SOAV", którą warto wysłuchać w całości.




Kolejni znajomi reprezentują Toronto, formacja TRAITRS wczoraj opublikowała nowy singiel, który promuje płytę "PASSESSORS". Premiera albumu 13 marca.




Pozostaniemy w Kanadzie. Niegdyś moja ulubiona grupa - ach, jak ten czas leci - BROKEN SOCIAL SCENE - 8 maja zaprezentuje nowe wydawnictwo zatytułowane "REMEMBER THE HUMANS". Oto singiel promujący ten album.





Przeniesiemy się za naszą zachodnią granicę. Dobrze wszystkim znana grupa THE NOTWIST 13 marca opublikuje nowy album zatytułowany "News From Planet Zombie".






Kwartet z Berlina przyjął nazwę GLEN, dokładnie za tydzień ukaże się ich płyta zatytułowana "It Was A Bright Cold Day In April".





"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - w dniu wczorajszym ukazały się dwie ważne jazzowe płyty zbliżone nastrojem. Pierwsza z nich to album "A Portal To Here", znanej czytelnikom tego bloga formacji WORK MONEY DEATH. A druga to właściwie debiut, zawiera przy okazji "KOMPOZYCJĘ TYGODNIA". Mam tu na myśli wydawnictwo również znanego nam saksofonisty z miasta Los Angeles  - AARONA SHAWA - zatytułowane "AND SO IT IS".