Strony

Strony

sobota, 23 maja 2026

JUNGSTOTTER - "SUSTAINED" (Unguarded Rec.) "Berlińska poetyka oddechu"

 

   Muzyka niemieckiego artysty Fabiana Altstottera, który przyjął pseudonim JUNGSTOTTER pojawiała się już niegdyś w strefie "Dodatki". Postanowiłem nieco bardziej pochylić się nad sylwetką tego artysty. Szczególnie, że jest ku temu dobra okazja. Oto wczoraj ukazała się jego trzecia w dorobku płyta zatytułowana "SUSTAINED", której warto poświęcić nieco więcej czasu. Żyjemy w epoce dźwiękowego przebodźcowania, gdzie muzyka, także ta alternatywna, aż nazbyt często myli intensywność z hałasem, a emocjonalną głębie z producenckim przeładowaniem. W tym głośnym migotliwym krajobrazie trzeci solowy krążek niemieckiego artysty stanowi coś w rodzaju "strefy wyciszenia"; tak bardzo odbiega od światowych trendów i tego, co chwilowo modne. Płyta "SUBSTAINED" może być postrzegana jako manifest minimalizmu czy surowego romantyzmu. To dzieło, które rezygnuje z wielu studyjnych prób na rzecz prostej intuicji. A swoją główną siłę buduje wokół ciszy. Na dobry początek, powrócimy do debiutanckiej płyty niemieckiego barda - "LOVE IS".






ALTSTOTTER tym razem celowo uciekł od sztywnych ram wygodnego studia czy producenckiego rygoru, które to podejście dominowało na dwóch poprzednich wydawnictwach, wspominanym wcześniej debiucie "LOVE IS", oraz "ONE STAR". Tym razem postawił na spontaniczną rejestrację luźnych improwizacji dokonaną przy zaangażowaniu bliskich znajomych. Główną ideą, a zarazem metaforą tego albumu, był w zamierzeniach autora ludzki oddech. Podobnie jak niegdyś Mark Hollis z Talk Talk, Fabian Altstotter pokazuje, że nuty niezagrane mają również znacznie. Z kolei mocna ekspozycja wokalna może kojarzyć się z dokonaniami Davida Sylviana.

Słuchając "SUSTAINED" nie sposób nie pomyśleć o twórczości Marka Hollisa, zarówno z okresu "Laughing Stock", jak i jego solowego debiutu z 1998 roku. Fabian Altstotter porusza się wokół tego samego muzycznego uniwersum. W tym ujęciu cisza nie jest tylko brakiem słów i hałasu, lecz pełnoprawnym instrumentem. Podobnie jak lider Talk Talk niemiecki wokalista celebruje momenty zawieszenia głosu i pozwala wybrzmiewać pojedynczym dźwiękom fortepianu. Altstotter sięgnął po tę sama radyklaną metodę redukcji. Zaprosił znajomych do wspólnej improwizacji - Ronja, Manuel Chittka, Luka Aron, Philipp Heuisenbech, wsparła go również partnerka, dobrze znana wokalistka SOAP & SKIN - a następnie wyciął większość instrumentalnego tła, pozostawiając w pustej przestrzeni okruchy i odłamki dźwięków.

Jungstotter nie kopiuje ślepo swojego mistrza, próbuje nakreślić własne granice, wytyczyć swoje ulubione terytorium. Tam, gdzie późne Talk Talk dążyło do niemal ascetycznego oczyszczenia i spokoju, tam berliński artysta wprowadza element niepokoju, miejskiego brudu, stosuje wycinki i sample, błędy sprzętowe i manierę lo-fi, wszystko to celowo pozostawia w ostatecznym miksie.






Z drugiej strony Fabian Altstotter na ostatniej płycie śmiało wkroczył w rejon dojrzałej, intymnej melancholii, z której David Sylvian uczynił swój znak rozpoznawczy ("Secrets Of The Beehive", czy bardziej awangardowe podejście reprezentowana przez płyty "Blemish" oraz "Manafon"). Jungstotter operuje głębokim głosem i swobodnie prześlizguje się po minimalistycznym tle. To bardzo zbliżony rodzaj śpiewu do tego, który David Sylvian doprowadził do perfekcji. Bez zbędnych popisów, ozdobników, skupiony na ważnych  detalach, zawieszony gdzieś pomiędzy elegijną pieśnią a zmysłowym poruszeniem.

Różnica polega na tym, że David Sylvian w ostatnim okresie celowo dążył do niemal całkowitego zerwania z tradycyjną melodyką i wpuszczał do swoich kompozycji abstrakcyjną teksturę. Tymczasem Jungstotter - pomimo zakorzenienia w eksperymentalnym lo-fi - pozostaje niepoprawnym romantykiem. Nawet, kiedy w takich utworach jak "Noise" czy "Consume Me" faktura dźwiękowa zaczyna zgrzytać i trzeszczeć, artysta "ratuje" słuchacza pięknym motywem fortepianu, partią smyczków lub jak w "Sunk" harmonijką ustną. W ten sposób próbuje pogodzić eksperymentalną formę z tęsknotą za muzycznym wzruszeniem.

"Sustained" nie powstała w chłodnym cyfrowym laboratorium. Przestrzeń sakralna kościoła Olbergkirche nadała kompozycjom monumentalny i nieco surowy wymiar. W tej  samej lokalizacji, w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, w dawnej przestrzeni zabytkowego kościoła, przekształconej na studio nagraniowe o nazwie "20NINE30", 31 maja o godzinie 19 odbędzie się koncert artysty, promującego najnowsze wydawnictwo.

"Sustained" to album, który wymaga od słuchacza całkowitej zmiany nastawienia, zerwania z nawykami, bezwarunkowego zatrzymania się i oddania tej muzyce. W świecie zdominowanym przez komputerową produkcję Fabian Altstotter stworzył dzieło osobne. Obowiązkowy punkt na mapie estetycznych podróży dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają prawdy, tajemnicy, głębi i odwagi, żeby czasem po prostu zamilknąć.

(nota 8/10)


  




Szeroko komentowany w prasie branżowej jest album gitarzysty Radiohead - EDA O'BRIENA zatytułowany "BLUE MORPHO", który ukazał się wczoraj. Jeśli, ktoś lubi płyty, które nie kończą się razem z ostatnim utworem, to zdecydowanie powinien przesłuchać to wydawnictwo. Ed O'Brien nie poszedł na nim w proste melodie ani chwytliwe refreny. Zamiast tego wolał stworzyć przestrzeń, w której można się zanurzyć. To muzyka pełna detali, miękkiej elektroniki, subtelnych emocji - te ostatnie ujawniają się wraz z kolejnymi przesłuchaniami.






Kolejny album, który warto posłuchać w całości należy do Alejandro Rose - Garcii, z Austin (Teksas). Płyta artysty, który przybrał pseudonim SHAKEY GRAVES, zatytułowana "FONDNESS, ETC." ukazała się przed tygodniem.






Przeniesiemy się do Oakland, żeby posłuchać promocyjnego singla YEA MING AND THE RUMOURS, który zgrabnie zapowiada album "RESIDUE", premiera 12 czerwca.






Nasi znajomi z miasta Bristol, prezentowani już kilka razy. Oto mamy kolejną okazję, wczoraj ukazała się nowa epka "MELTING, SOMETIMES BLEEDING" - formacji NIGHT SWIMMING. Lubię to dziewczę!






I raz jeszcze wizyta w Berlinie, tam spotkamy grupę THE UNDERGROUND YOUTH i wokalistkę SADE SANCHEZ, oraz ich nowy singiel.






Przed nami wizyta w Kalifornii, gdzie rezyduje grupa THE ASTEROID No.4 , która na początku maja opublikowała album zatytułowany "IN PRAISE OF SHADOW".






Do ciepłej Brazylii zaglądamy bardzo rzadko. Przed Wami kompletnie nieznana w naszym kraju grupa WHITE CANYON AND THE 5TH DIMENSION, oraz fragment ich najnowszej płyty zatytułowanej "IV".






MISS TYGODNIA -  skoro dziś nieco bardziej "gitarowa" odsłona dodatków, to i takie będzie kolejne wyróżnione przeze mnie nagranie. Wczoraj ukazała się nowa płyta londyńskiej formacji THE EARLY YEARS zatytułowana "MODERN MOONLIGHT", która tak urokliwie się rozpoczyna.






KĄCIK IMPROWIZOWANY -  a w nim artysta ze Szwajcarii ALAIN METRAILLER oraz fragment z jego niedawno wydanej płyty "HEIGHTS PROSPECTION".






Kolejni nasi znajomi NICOLAI HESS i CLAUS WAIDTLOW,  ich najnowszy singiel, czyli kompozycja Krzysztofa Komedy do filmu "Nóż w wodzie".





sobota, 16 maja 2026

GUN OUTFIT - "PROCESS & REALITY" (Upset!The Rhythm) "Indie rock po zachodzie słońca"

 
    Przyznam, że nie jestem wielkim fanem podwójnych  wydawnictw płytowych. Niby człowiek dostaje dwa razy więcej muzyki, więcej materiału, czasem więcej "wartości" (rzadko, jak pokazuje statystka), ale w praktyce kończy się to ciągłym wstawaniem z fotela, przekładaniem winylu, wsuwaniem drugiego krążka do odtwarzacza i rozbijaniem rytmu słuchania. Dobra płyta powinna posiadać swój początek, rozwinięcie i finał, a nie co kilkadziesiąt minut przypominać, że obcujemy z fizycznym nośnikiem wymagającym obsługi. Podwójne albumy często cierpią na brak dyscypliny. Tam, gdzie jeden krążek zmusiłby artystę do selekcji materiału, dwa pozwalają wrzucić niemal wszystko, co ma akurat pod ręką, lub czego dusza zapragnie. Dlatego do takich wydawnictw podchodzę z pewną rezerwą. Bo jeśli ktoś decyduje się rozciągnąć album na dwa nośniki, powinien mieć naprawdę dobry powód. Na szczęście płyty amerykańskiego zespołu GUN OUTFIT, zatytułowanej "PROCESS & REALITY", wysłuchałem, jak  wielu innych, korzystając z dobrodziejstw streamingu - takie czasy - choć liczy sobie aż 80 minut (19 utworów), a fizycznie reprezentowana jest przez dwa nośniki.




 
 Album "PROCESS & REALITY" brzmi jak płyta nagrana na końcu pewnej Ameryki. Nie tej rodem z hollywoodzkich filmów, tylko tej prawdziwej - wypalonej bezlitosnym słońcem Kalifornii ( w trakcie jej nagrywania w Pine Flat w okolicy szalały pożary), z drogami prowadzącymi w nieznane, stacjami benzynowymi wyłaniającymi się u kresu horyzontu o trzeciej nad ranem. I z ludźmi, którzy nauczyli się żyć powoli, z uwagą odmierzać swoje kolejne egzystencjalne kroki, kiedy wszystko inne dookoła okazało się być migotliwą iluzją.

Mam wrażenie, że przez 80 minut formacja GUN OUTFIT nie tyle odgrywa kolejne piosenki, co przede wszystkim buduje sugestywną przestrzeń. W efekcie otrzymujemy muzykę szeroką, niemal leniwą. Poszczególny utwory snują się, płynną, przemieniają jeden w drugi, niby kolejne fragmenty krajobrazu widzianego zza brudnej szyby samochodu jadącego przez pustynie. Czasem pojawi się psychodeliczna mgła gitar - która może przypominać echo dawnych dokonań grupy The Velvet Underground, czasem zauroczy nas alt-countrowa ballada, kojarząca się z piosenkami Yo La Tengo, innym razem uderzy nas w uszy folkowa prostota. Jednak wszystko wydaje się być zanurzone w jakimś śnie, półśnie albo gdzieś na pograniczu jawy i marzenia.

Warto podkreślić, że bardzo ładnie działa tu subtelny dialog dwóch głosów - Dylana Sharpa i Caroline Keith - założycieli tego zespołu. Śpiewają raz jedno, to znów drugie, jakby opowiadali sobie tę samą historię, tylko że z różnych punktów widzenia. Jego głos jest niski, spokojny, trochę zmęczony. Kobieca wokaliza bywa eteryczna, szczególnie w tych najlepszych i moich ulubionych momentach.




 
Słychać wyraźnie, że zespół GUN OUTFIT z płyty na płytę coraz bardziej oddala się od garażowego post-punka, gdyż takie były korzenie grupy powołanej do życia w 2007 roku, w miejscowości Olympia (stan Waszyngton). Obecnie psychodeliczne nastroje służą bardziej kontemplacji niż wygodnemu przebraniu. Alt-country nie jest próbą stylizacji na potocznie rozumianą "amerykańskość", lecz coraz bardziej naturalnym językiem ich kompozycji. Nawet instrumentalne wstawki nie brzmią jak puste popisy, tylko jak próba zatrzymania czasu albo odmierzania go na swój indywidualny sposób. 

"PROCESS & REALITY" to album oszczędny w emocje. Nie ma tu żadnych momentów kulminacyjnych, ani cierpliwie rozwijanych dramatów. Zamiast tego jest melancholia ludzi, którzy przeżyli już wystarczające wiele, żeby nie wierzyć w żadne "objawienia". Ta muzyka wydaje się być pogodzona z przemijaniem, kruchością życia. Bynajmniej nie jest martwa, tylko cierpliwa i uważna.

W poszczególnych odsłonach słychać, że to kolejne kompozycji ludzi, którzy nauczyli się grać ze sobą. Instrumenty mają tu sporo miejsca. Nikt nie walczy o prymat pierwszego planu. Nie zamierza wychodzić przed szereg, żeby zamanifestować swoją obecność. Perkusja czasem ledwo podkreśla rytm, gitary swobodnie dryfują gdzieś na obrzeżach aranżacji, a melodie pojawia się się i znikają, zanim zdołają przerodzić się w gustowne refreny i na trwałe zapisać na kartach kapryśnej pamięci.

Im dłużej trwa ten album, tym bardziej wciąga słuchacza w swój osobliwy stan zawieszenia pomiędzy snem a rzeczywistością. Gdyby zabrakło czterech czy pięciu kompozycji, w moim odczuciu, całość tego wydawnictwa w ogóle by nie ucierpiała. Czasem tak bywa ze zbyt szczodrym gestem artystów, którzy z sobie tylko znanych powodów postanowili wypełnić to podwójne wydawnictwo aż po brzegi.

(nota 7.5/10)

 





Na dobry początek pozostaniemy w USA, przeniesiemy się z Kalifornii do Austin w stanie Teksas, żeby posłuchać nowej propozycji grupy PAPER SISTER.








Raz jeszcze amerykańska grupa - AMERICAN CREAM BAND, prezentowana całkiem niedawno, pojawił się kolejny singiel zapowiadający wydanie albumu "TWIN". Premiera 5 czerwca.






Niedawno zastanawiałem się, co słychać u Dominica Appletona, lidera i wokalisty grupy Breathless. Oto jesienią ubiegłego roku ukazał się album grupy STARLIGHT ASSEMBLY - "THERE WILL BE FIREWORKS" (niegdyś nazwa bardzo dobrej indie-rockowej szkockiej grupy). To dzieło duetu Aplleton i Matteo Uggeri (plus sporo zaproszonych gości, w tym gitarzysta grupy Breathless - Gary Mundy). Oto mój ulubiony fragment, prześliczna kompozycja.







Dobrze mieć jakiś francuski akcent, choć ten francuski duet - FLEUR BLEU'E - (pojawiał się już w "Dodatkach" ) obecnie mieszka w Filadelfii. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "Question Marked Upon The World".







Nasz dobry znajomy z Belgii, miasto Hasselt, czyli grupa THE UNDREGROUND YOUTH, przed tygodniem opublikowali nowy album "BOYS CRY TOO".






Sprawdzamy, co słychać w wytwórni Sub Pop, grupa z miasta Seattle - czyli 
TELEHEALTH - wczoraj opublikowała album zatytułowany "GREEN WORLD IMAGE".





Wróćmy do Europy, miejscowość Baden-Baden, w niej Adam Donen, i tytułowy fragment z jego niedawno wydanej płyty (nagranej w Joshua Tree) - "BIBLE STORIES".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - pozostaniemy w Europie, miasto Leeds, saksofonistka JAMINE MYRA wczoraj opublikowała album zatytułowany "WHERE LIGHT SETTLES".






Na zakończenie nasi znajomi - DAVE HARRINGTON, MAX JAFFE, PATRICK SHIROISHI, ich ostatni wspólny album nosi tytuł "MAKING COLOR". Znakomity fragment!













sobota, 9 maja 2026

BROKEN SOCIAL SCENE - "REMEMBER THE HUMANS" (City Slang Rec.) "Piosenki, które nauczyły się zestarzeć"

 
    Przyznam, że nie jest łatwo napisać kilka słów o jednym z ulubionych zespołów. Był czas, coraz bardziej odległy, okolice 2002 roku, tuż po wydaniu płyty "You Forgot It People", a potem kolejnej, kiedy zapytany: "Jaki jest obecnie twój ulubiony indie-rockowy zespół?", musiałbym odpowiedzieć zgodnie z prawdą i bez większego zawahania, że to Broken Social Scene. Od tego czasu sporo się zmieniło, a kanadyjska formacja oraz jej członkowie, którzy przewinęli się przez ten dość szeroki skład, przeszli sporą drogę. Wydaną wczoraj płytę zatytułowaną "REMEMBER THE HUMANS", słucham więc nie tylko jako kolejnego albumu w dyskografii, ale również jako rozdziału w długiej, osobistej historii.





Oczywiście nie jest to ten sam żywiołowy kolektyw, który kiedyś brzmiał jak spontaniczne spotkanie grupki przyjaciół -  w tym również tkwiła ich siła - zamkniętych w studiu nagraniowym na kilka bezsennych nocy i dni. Tamta młodzieńcza energia gdzieś wyparowała, a może ustąpiła miejsca czemuś bardziej refleksyjnemu, nieco spokojniejszemu, ale przez to wcale nie uboższemu. 

Pierwsze minuty nowej płyty "Remember The Humans" przynoszą to znajome uczucie - warstwowość dźwięku, odrobinę kontrolowanego chaosu. Gitary nadal zgrabnie się przeplatają, wokale pojawiają się i znikają ( przez studio przewinęło się sporo zaproszonych przyjaciół i gości - Leslie Feist, Hannah Georgas, Lisa Lobsinger). Trochę tak, jakby ktoś próbował uchylić drzwi do dobrze znanych pokoi. A jednak jest w tym wszystkim nieco więcej przestrzeni, być może muzycy przez te wszystkie lata nauczyli się - dziewięć minęło od wydania poprzedniego albumu - że cisza miedzy dźwiękami również coś znaczy. 

Najbardziej może uderzyć nastrój całej płyty - delikatnie melancholijny, momentami odrobinę rozliczeniowy. To już nie jest banda szalonych młodzieńców, próbujących podbić świat swoim unikalnym brzemieniem. To rodzaj grupy, która potrafi spojrzeć wstecz i robi to bez nadmiernego patosu i smętnej goryczy. Duża w tym zasługa producenta Davida Newfelda, tego samego, który był odpowiedzialny za brzmienie pierwszych płyt. Powrót do tej współpracy słychać niemal od razu - w tej charakterystycznej, lekko rozmytej, jednocześnie ciepłej produkcji. To nie jest kolejna próba odtworzenia przeszłości jeden do jednego. Tylko świadome sięgnięcie po język, którym kiedyś kanadyjska formacja wyrażała się najpełniej. 







Co ciekawe tym razem wszystko zaczęło się dość niepozornie. Do ponownego spotkania Kevina Drew (gitara, śpiew) oraz producenta Davida Newfelda doszło przypadkiem. Po latach panowie zamieszkali niedaleko od siebie. I jak to często bywa w takich przypadkach, wystarczyła jedna rozmowa, kilka wspomnień - nagle okazało się, że wciąż mają sobie coś do powiedzenia. Obydwaj panowie w ostatnim czasie stracili matki, co również odbiło się na charakterze tego wydawnictwa. 

Niektóre utwory brzmią jak echo dawnych najbardziej udanych płyt (okres 2002 - 2005) przefiltrowane przez aktualne możliwości zespołu. Słychać to szczególnie w najlepszej, środkowej części tego albumu. Takie fragmenty jak "Relief" - ma w sobie znajomy puls, czy "Think Of You" - przynosi wraz z sobą powiew melancholii, charakterystycznej dla najlepszych momentów kanadyjskiej formacji. Melancholii ludzi, którzy wiedzą już, że niektóre rzeczy właśnie dlatego pozostają z człowiekiem na całe życie, ponieważ wydarzają się tylko raz, w konkretnym miejscu oraz czasie, i już nigdy nie wrócą w tej samej formie. 

Mój ulubiony "The Briefest Kiss" to jeden z tych utworów, gdzie czas nagle zwalnia i przez chwilę zespół znów brzmi tak, jakby grał instynktem, a nie doświadczeniem. Ta kompozycja ma w sobie jakąś kruchość, której nie da się łatwo zaplanować czy wyprodukować - przypomina przypadkowo uchwycony moment między udaną próbą a jej rozpadem. A potem przychodzi "Life Within The Ground", który odbieram niemal jak ciche dokończenie wcześniejszej kompozycji. Słuchając tej  części płyty miałem wrażenie, jakbym oglądał stare fotografie ludzi, których kiedyś widywałem niemal codziennie. Nie wszystko jest wciąż ostre, część emocji się rozmyła, ale być może również dlatego wciąż to działa. 








Tytuł płyty - "Remember The Humans" - to konsekwencja żartu Charlesa Spearina, który stwierdził, ze gdyby sztuczna inteligencja miała nadać nową nazwę klasycznemu i wspomnianemu dziś przeze mnie albumowi "You Forgot It In People", brzmiałoby to właśnie jak "Remember The Humans".  Oczywiście nie ma na tej płycie już tyle młodzieńczej erupcji emocji, która sprawiała, że wiele piosnek Broken Social Scene brzmiało jak odkrywanie nowego lądu. Zamiast tego dostajemy muzykę ludzi dojrzałych, którzy przeżyli już drobne wzloty,  mają za sobą upadki w życiu osobistym, doświadczyli ulotnych chwil szczęścia oraz prywatnych dramatów. 

W tym kontekście warto wspomnieć, że cała ta "niezależna scena z Toronto", z tamtego początkowego okresu, była jednocześnie artystycznym kolektywem i siecią intensywnych emocjonalnych relacji (Kevin Drew romansował z Leslie Feist, itd.). Może również dlatego te starsze wydawnictwa przedstawicieli tej sceny brzmią tak organicznie - tam grupa bliskich sobie osób naprawdę próbowała wspólnie przeżyć swoje 20-ste i 30-ste lata. Co ciekawe, pomimo rozstań, drobnych kłótni i nieporozumień, członkowie tej "sceny"  zachowali dobre relacje i dalej współpracowali przez długi czas. 

Może z tej przyczyny "Remember The Humans" pozostawia po sobie tak dziwne, trudne do jednoznacznego opisania uczucie. To nie jest wielki powrót zespołu, który znów chciałby zmieniać świat, czy definiować nowe pokolenie indie-rocka. Ten moment już minął - a grupa doskonale o tym wie. Zamiast desperacko ścigać własną legendę, Broken Social Scene nagrali płytę osób, którzy nauczyli się żyć z upływem czasu, nie tracąc wiele z dawnej wrażliwości. 

I kiedy po raz kolejny w moich uszach wybrzmiewają leniwe takty "The Briefest Kiss", trudno, żebym nie pomyślał o wszystkich tych latach spędzonych z ich muzyką - o domach, których już nie ma, o miejscach, które zarosły kurzem niepamięci, o znajomościach, które nie przetrwały próby czasu, nocnych spacerach zbyt ważnych, żeby je zapomnieć. Te emocje nie zniknęły. Po prostu brzmią dziś nieco inaczej. Im dłużej obcuje z wydanym wczoraj albumem, tym bardziej jestem skłonny powiedzieć, że piosenki Broken Social Scene nauczyły się starzeć razem z nami.

(nota 7.5/10)

 




Miasto Preston w Wielkiej  Brytani jest siedzibą dobrze nam znanej grupy - WHITE FLOWERS, zajrzymy na ich niedawno wydany album  zatytułowany " Dreams For Somebody Else", który kończy się tak wybornie.






Wizyta w Szwajcarii przyniesie kolejne spotkanie z moją ulubioną wokalistką z tego regionu - AINO SALTO - która niedawno opublikowała nową epkę. Oto mój ulubiony fragment.





Kolejni nasi znajomi reprezentują Danię, mam tu na myśli grupę SSSIV. Wczoraj ukazał się ich nowa całkiem udana płyta zatytułowana "SSSIV 2".





Raz jeszcze Wielka Brytania, miejscowość Fareham, która jest siedzibą formacji THE MUSIC LIBERATION FRONT SWEDEN, która niedawno opublikowała album zatytułowany "LOST HOPE SOCIETY".




 

W marcu ukazało się wznowienie płyty mało znanej grupy INRAIN - zatytułowanej "RISE". To właściwie duet, który przed laty tworzyli Rudy Tambala z grupy A.R. KANE oraz Alison Show z formacji CRANES, nagrania pochodzą z 1990 roku. Cudeńko!





Skoro w dzisiejszej odsłonie bloga głównym wątkiem była scena kanadyjska, sprawdźmy, co robi jeden z jej współczesnych reprezentantów - NICHOLAS KRGOVICH. Wczoraj ukazała się jego płyta "Boss Tape", a 12 czerwca pojawi się kolejna "Four Days In June" w duecie z naszym dobrym znajomym, saksofonistą Jospehem Shabasonem.  Oto jej fragment. Taki czerwiec to ja rozumiem!!






MISS TYGODNIA - znów Skandynawia, reprezentanci Kopenhagi, którzy od kilku dni wypełniają mi wolny czas. Czyli grupa BENDING BACKWARDS oraz ich znakomity!!!! nowy singiel.


  



KĄCIK IMPROWIZOWANY -  po raz kolejny zawitamy do Kopenhagi, żeby spotkać duet Johanna Borchert & Miles Perkin, fragment pochodzi z albumu "The Match".







Tym razem Chicago i płyta, na którą czekam, 19 czerwca ukaże się album "The St.Louis Session", formacji BLUE EARTH SOUND, znamy już pierwsze wyborne nagranie!!