Strony

Strony

sobota, 28 marca 2026

MEMORIALS - "ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" (Fire Records) "Chmury bez deszczu, dźwięki bez granic"

 

 Są takie płyty, które nie starają się być "tu i teraz", nie próbują dotrzymywać kroku ciągłym zmianom, przemijającej modzie, tylko brzmią, jakby zostały odnalezione po latach. Trochę zakurzone, odrobinę zapomniane, ale wciąż aktualne, ciągle żywe. Do takiej kategorii należy wczoraj opublikowana najnowsza propozycja brytyjskiej grupy MEMORIALS zatytułowana - "All Clouds Bring Not Rain". To album, który zamiast gonić uparcie współczesne trendy, świadomie sięga w przeszłość, nie po to, żeby po raz kolejny ją kopiować, lecz po to, żeby w oparciu o nią wykreować nową wartość.





 

   

   Dla Verity Susman (znanej z formacji Electrelane, debiutowali w 2001 roku albumem "Rock It To The Moon"), i Metthew Simmsa (związany z grupą Wire), MEMORIALS to nie żaden projekt poboczny, tylko naturalna kontynuacja ich fascynacji strukturą, brzmieniem i procesem nagrywania. Od pierwszych sekund  nowego materiału słychać, że nie interesuje ich rzewna nostalgia, zamiast tego proponują coś bardziej subtelnego i wyrafinowanego.

Album "All Clouds Bring Not Rain" buduje nastrój repetycjami, ciekawym brzmieniem, mocno nawiązującym do tego, które dominowało na przełomie lat 60/70-tych. Poszczególne motywy powracają, przesuwaj się, lekko deformują przez co wiele utworów sprawia wrażenia bycia w ruchu. Analogowe klawisze, oszczędna perkusja, gitary pozbawione ostrej krawędzi - niemal wszystko została zarejestrowane na taśmie, we francuskiej stodole. Partie klawesynu dograno w londyńskim studiu wytwórni 4AD, a wibrafon w studiu Press Play, perkusisty Stereolab - Andy'ego Ramsaya. Wokaliza raczej funkcjonuje w takim układzie jako kolejny instrument, następny element aranżacji, momentami nieco zamazany, niż odrębny byt, którym trzeba się zachwycać. To podejście sprawia wrażenie pewnego chłodu i dystansu, ale jednocześnie pozwala skupić się na detalach - drobnych zmianach rytmu, przeniesieniach akcentów lub zmian melodycznych






Kompozycje zebrane na płycie "ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" można podzielić na dwa główne rodzaje - dynamiczne piosenki oraz spokojne ballady, gdzie większą rolę odgrywają głos oraz przestrzeń. Trochę jak dwa różne światy, które świetnie się uzupełniają. W tych dynamicznych odsłonach słychać energię i eksperyment. Rytm jest często napędzany przez motoryczne powtarzalne bębny, pulsujący bas, akcenty syntezatorów. Do tego dochodzi brzmienie gitar - w jednym utworze celowo przepuszczone przez stary głośnik. Oprócz wyżej wymienionych elementów pojawiają się "przestery", echa, dziwne modulacje.

Najlepiej słychać to w mojej ulubionej kompozycji - "MEDIOCER DEMON", która zabrzmi poniżej, i która od razu po pierwszym przesłuchaniu zdobyła prestiżowy tytuł "MISS TYGODNIA". Kompozycja mocno przypomniała mi klimat klasycznego dziś "przeboju" grupy The Beatles - "Tomorrow Never Knows". Transowy beat, brak klasycznego "rockowego bujania", utwór sprawia wrażenie niestabilnego, jakby celowo rozregulowanego przez użyte w nim efekty. Już udane otwarcie tego albumu zawierało psychodeliczne elementy i dobrze, że brytyjski duet pokusił się o rozwinięcie tych pomysłów w dalszej części płyty.

Z kolei wolniejsze kompozycje przynoszą wraz z sobą bardziej intymną i eteryczną przestrzeń. Spokojne tempo, więcej miejsca oraz ciszy. Verity Susman śpiewa tutaj bardziej miękko, melodia zdaje się być prostsza, ale bardzo sugestywnie emocjonalna. Te fragmenty brzmią jak chwile zawieszenia, zamiast parcia do przodu tworzą wrażenia unoszenia się. "W dzisiejszych czasach, dzięki syntezatorom możesz mieć pod ręką dowolny instrument, ale wszystkie wychodzą z tego samego pudełka, co prowadzi do jednorodności brzmienia muzyki tworzonej w ten sam sposób (...). W naszej muzyce lubię balansować na granicy skrajności" - oświadczył Matthew Simms.

"ALL CLOUDS BRING NOT RAIN" - to płyta, która nie próbuje nikogo przekonać na siłę. Stanowi wyrafinowane zaproszenie do wejścia w prywatny świat i sprawdza, czy słuchacz chciałby pozostać w nim na dłużej. MEMORIALS udanie balansują pomiędzy kontrolą, a chaosem, pomiędzy zgrabną piosenką, a eksperymentem. Tworzą muzykę, która potrafi być jednocześnie wymagająca i hipnotyzująca. To nie jest album, który prawdopodobnie zadziała "od pierwszego usłyszenia". Wymaga nieco więcej uwagi, cierpliwości i otwartego umysłu. Jeśli damy mu wystarczającą ilość czasu, odwdzięczy się czymś rzadkim. Poczuciem obcowania z muzyką, która ma własne brzmienie. Przed Wami jakże wspaniała "KOMPOZYCJA TYGODNIA".  

Ps. Kompozycja "Mediocer Demon" zachwyciła mnie wszystkim - aranżacją (rozmieszczenie i praca perkusji), miksem, wokalizą, brzmieniem, nastrojem... itd.,  do tego stopnia, że na "dziś" i odległe jutro jest to jedna z najlepszych kompozycji 2026 roku!!

(nota 8/10)

 





Rozpoczniemy od wizyty w Grecji i spotkania z dobrze znanym zespołem - YOUTH VALLEY - który pojawiał się już w "Dodatkach". Oto ich nowy singiel.





Tylko na tym blogu znajdziecie zapowiedź czerwcowej premiery (12 czerwca) płyty "RESIDUE", amerykańskiego zespołu z Oakland - YEA-MING AND THE RUMOURS.






W klasycznym duchu kojarzonym ze Stereolab rozwija się fragmentami wydana przed tygodniem płyta "AFTER THE RAIN, STRANGE SEEDS" - brytyjskiej, przedstawianej już przeze mnie niegdyś, formacji THE LEAF LIBRARY.





Przeniesiemy się do Toronto, żeby spotkać zespół TRAITRS, i posłuchać mojego ulubionego fragmentu z wydanego w połowie marca i zapowiadanego już wcześniej przeze mnie albumu "POSSESSOR". Dobre informacje dla fanów nurtu coldwave są takie, że cała płyta jest warta grzechu.





Wizyta w Londynie - pozdrawiam mieszkańców - przyniesie spotkanie z grupą GENTLY TENDER, kilka dni temu ukazał się singiel, który zapowiada wydanie epki zatytułowanej "THIS WAS ONCE FIELDS". Premiera 22 maja.






Całkiem nieźle z dzisiejszym głównym tematem powinien korespondować wydany przed tygodniem album "NOTHING IN NEW IN THIS ROOM EXEPT THE DUST", recenzowanego już niegdyś na łamach tego bloga zespołu IVAN THE TOLERABLE.






"KĄCIK IMPROWIZOWANY" - reprezentuje mieszkaniec Manchesteru i kolejny znajomy (recenzje płyt na blogu) saksofonista NAT BIRCHALL. Wczoraj pojawiła się jego nowa płyta "PATH OF ENLIGHTENMENT".






I jeszcze jedna znajoma grupa, tym razem z Izraela - formacja SHALOSH, wczoraj opublikowała wydawnictwo zatytułowane "WHAT WE ARE MADE OF".










sobota, 21 marca 2026

CHATON LAVEUR - "LABYRINTHE" ( EXAG Records) "LIEGE-BASTOGNE-LIEGE"

 

 Od czasu do czasu warto mieć jakiś francuski akcent. Jeśli nie prosto ze stolicy Francji, to może pochodzący z belgijskiego miasta Liege. To miasto nie kojarzy się tylko z Bazyliką Świętego Pawła, Musee Des Beaux Arts, festiwalem muzycznym, startem oraz metą wyścigu kolarskiego, czy niepowtarzalnym smakiem gofrów, ale od tygodnia także z duetem CHATON LAVEUR, który tworzą Julie Odeurs - gitara, bas, śpiew i Pierre Lechien - klawisze, perkusja, śpiew. Po ponad siedemdziesięciu koncertach w całej Europie i takim sobie debiucie - "Etat Souvage" (2024), duet powrócił z drugim dużo bardziej udanym albumem zatytułowanym "LABYRINTH", który ukazał się przed tygodniem.




Zespół, jak wiele innych młodych grup, powstał w trakcie lockdownu. Główne inspiracje dla swojej twórczości znalazł w muzyce krautrockowych formacji z lat 70-tych. "Krautrock nie tylko wpłynął na nas muzycznie, stał się naszym wspólnym językiem". W twardym rdzeniu poczynań belgijskiego duetu znajdziemy minimalizm, który opiera się na powtarzalnych rytmach, prostych strukturach połączonych z elementami indie lub dream-popu (melodyka podobna do Broadcast czy Stereolab). 

Julie Odeurs lubi używać gitar nagrywanych warstwowo, z efektami typu delay czy reverb, charakterystycznymi dla estetyki dream-pop lub shoegaze. Partie syntezatorów dodają głębi i przestrzeni często pełnią funkcję motoryczną. Uwagę przykuwa barwa głosu Julie - delikatna, zwiewna, dziewczęca, która czasem wchodzi w interakcję, zgrabnie harmonizuje z męską wokalizą Pierre'a Lechiena. Dodaje to poszczególnym melodią nowego wymiaru, ale także nadaje całemu brzmieniu eterycznej miękkości.




Oczywiście nie wszystkie utwory są w stu procentach udane, trafione w punkt - jak to zwykło się mówić. Z drugiej strony, czuć wyraźnie, że belgijski duet chciał, żeby materiał zawarty na drugim albumie był różnorodny. Stąd obok energetycznych odsłon, znajdziemy również te nieco bardziej wyciszone, eksperymentalne lub psychodeliczne.

Po udanym wstępie "In", od razu napotykamy jeden z najlepszych akcentów tego wydawnictwa czyli "Conte-La- Montre", utkany z repetytywnych funkcji gitary i basu, które pchają całą kompozycję naprzód. Mój ulubiony "La source" pokazuje nieco bardziej marzycielskie oblicze duetu, przypomniał mi nastrojem i melodyką piosenki Beach House, Memoryhouse lub Slowdive. "Fantasia" przynosi wspomniany wcześniej psychodeliczny klimat. 


Płyta "LABYRINTHE" to nie tylko śmiałe rozwinięcie pomysłów zaprezentowanych na dość przeciętnym debiucie, to również duży krok naprzód i zaproszenie do wejścia w "labirynt", gdzie powtarzalne motywy splatają się z nastrojowymi melodiami w jedyną w swoim rodzaju podróż przez emocję i czas.

(nota 7.5/10)

 




Strefę "Dodatki..." rozpoczniemy od wizyty na krajowym podwórku. Miasto Poznań - pozdrawiam mieszkańców - a  w nim duet DESTINY PORTS, który kilka dni temu opublikował nowy singiel.






Z londyńską grupą DEARY jesteśmy od pierwszych singli. Oto pojawił się kolejny, który zapowiada album "Birding", premiera 1 kwietnia.





Do Szwajcarii zaglądamy bardzo rzadko, a właśnie stamtąd pochodzi kompletnie nieznana grupa MONO MOCHI. Oto ich nowy wiosenny singiel.




I po raz kolejny Londyn, a w nim ANNA CALVI, wczoraj ukazała się jej epka "Is This All There Is?". Wśród zaproszonych gości znajdziemy Iggy'ego Poopa, Perfume Genius, Laurie Anderson.





Kalifornię reprezentuję JOHN CRAIGIE, niedawno ukazała się jego płyta zatytułowana "I SWAM HERE". Oto mój ulubiony fragment.




Kopenhaga, a w niej czwórka znajomych, w składzie GW. SOK znany z grupy Oiseaux Tempete, Ignacio Cordoba, Soren Hoj, PJ Fossum. Wczoraj ukazała się ich płyta pod szyldem THIS HOUSE, zatytułowana "Soft Rains Will Come".








MISS TYGODNIA - dawno nie było reprezentanta w tej prestiżowej kategorii, dlatego dziś będzie ich aż dwóch. Na pierwszy ogień pójdzie TOMO KATSURADA, jak nazwisko wskazuje  mieszkaniec... Amsterdamu, który 1 kwietnia wyda reedycję epki "DREAM OF THE EGG". W mojej ulubionej kompozycji na gitarze gościnnie zagrał Jonny Nash.





MISS TYGODNIA - dla bardziej wymagających słuchaczy. MARIA PORTUGAL reprezentuje Berlin, artystka znana ze współpracy z przedstawicielami sceny improwizowanej, zasilała skład Fire! Orchestra. 1maja ukaże się jej płyta zatytułowana "Erosao Percussion Trio".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - Niemcy reprezentuje LEHTO AND THE MOTION ORCHESTRA - wczoraj ukazała ich nowa płyta zatytułowana "Here Tommorow".




I kolejna reedycja w naszym zestawieniu, pierwotnie płyta BOBBY CALLENDER - "RAINBOW" ukazała się w 1968 roku, a jej wznowienie jesienią ubiegłego roku.







sobota, 14 marca 2026

MT FOG - "EVERY STONE IS GREEN" (Ghost Mountain Records) "Muzyka z mgły"

 

 Mam przeczucie, że niewielu recenzentów dotrze i zainteresuje się ciekawą propozycją amerykańskiej grupy MT FOG zatytułowana "Every Stone Is Green", która ukazała się wczoraj. Pod szyldem ukrywa się trio - Carolyn B. Andy Sells i Casey Rosebridge. Twardym rdzeniem tego projektu jest Carolyn - wokalistka, autorka tekstów, skrzypaczka, która w wolnych chwilach lubi również zagrać na syntezatorach, a przy okazji potrafi także pochylić się nad istotnymi detalami produkcji.




Wprawne ucho po wysłuchaniu kilku pierwszych kompozycji od razu wychwyci drobne podobieństwa do estetyki albumów Kate Bush. Podobna bywa również melodyka i sposób prowadzenia wokalizy. Grupa MT FOG dobrze czuje się na pograniczu artystycznego popu, alternatywnego rocka oraz eksperymentalnej niezależności. W zamierzeniach główny koncept płyty jej autorzy przedstawiają jako: "gotycką opowieść (na podobieństwo sióstr Bronte) - o odnajdywaniu szczęścia i człowieczeństwa". Jeżeli, w niektórych odsłonach, napotkamy groźne chmury nadciągającego mroku, to nie zwiastują one depresyjnego nastroju, zdecydowanie bliżej im do romantycznej wizji świata, kojarzonej także z przestrzenią rocka gotyckiego.

Nagrania powstały w Vertigo Studios oraz w prywatnym studiu członków zespołu "Rhythm Station", a masteringu całego materiału dokonał Chuck Johnson. W aranżacjach nie ma takiego przepychu, do którego przyzwyczaiła nas Kate Bush na ostatnich wspaniałych płytach. Usłyszymy tutaj skrzypce, analogowe syntezatory, które przy okazji i od czasu do czasu pełnią funkcję gitary elektrycznej (tej ostatniej po prostu brak).



Od pierwszej kompozycji moją uwagę zwróciła praca sekcji rytmicznej. Ciekawie zrealizowana perkusja i bas, o lekkim post-punkowym zabarwieniu, są znakiem rozpoznawczym tego wydawnictwa. Perkusista Andy Sells gra bardzo oszczędnie. Zamiast typowego indie-rockowego groove'u wykorzystuje dużo przestrzeni pomiędzy uderzeniami, często stosuje półtempo. To zbliża całą sekcję do estetyki post-punk, gdzie rytm czasem pełni funkcję struktury, a nie jest tylko prostym napędem. Czytelny podpis Andy Selllsa znajdziemy w utworze "Trees In Converstaion".

Z kolei bas Caseya Rosebridge'a porusza się bardziej melodycznie. Unika typowego podkreślania poszczególnych taktów, zostawia nieco miejsca na brzmienie syntezatorów oraz głosu. W efekcie daje to złudzenie niemal żywego grania, trochę jak dopracowane nagrania z sali prób, świetnie uchwycone. Nad wszystkim unosi się romantyczna wokaliza Carolyn B., która stanowi oś całej płyty. W tym przypadku głos został jeszcze bardziej wyeksponowany niż na dwóch poprzednich płytach - "Spells Of Silence" (2022), "Ultraviolet Heart Machine" (2024).

W odniesieniu do wcześniejszych propozycji grupy nie ma na "Every Stone Is Green" aż tyle rozbuchanej teatralności. Zamiast nieco pompatycznego dramatyzmu mamy kontemplacje natury, mgiełkę tajemnicy, metafizyczną zadumę i zabawę głosem. Wokaliza Carolyn B - artystki ewidentnie wychowanej na muzyce z lat 80-tych - pełni również funkcję narratora całej opowieści. Przykuwa uwagę jasna, eteryczna barwa, otulona dream-popową chmurką. To dzięki temu słuchacz może odnieść wrażenie, że wokaliza unosi się nad aranżacją,  nie jest w niej zbyt głęboko uwięziona. Carolyn unika przesadnie ekspresyjnego śpiewania. Zamiast tego stosuje coś, co można nazwać emocjonalnym minimalizmem (emocje znajdują się w barwie, artykulacji, a nie w akcentach czy głośności).

Na albumie "Spells Of Silence" wokal był bardziej surowy. "Ultraviolet Heart Machine'" - przyniósł zgodnie z manierą albumu nieco więcej teatralności. "Every Stone Is Green" proponuje najbardziej dojrzały, przestrzenny i kontemplacyjny wokal w całej dyskografii.  Wczoraj wydany album grupy MT FOG zawiera spójną wizję, posiada wyraźny pomysł, zróżnicowane tempo i napięcie. Wszystko układa się w jedną narrację, która okraszona została ciekawą aranżacją. Amerykańska formacja postawiła tym razem na klimat zamiast efektywności, dzięki czemu najnowsza propozycja tak bardzo wciąga słuchacza.

(nota 7.5-8/10)



 


Nasi dobrzy znajomi z Bristolu - formacja NIGHT SWIMMING koniecznie chcieli Wam przedstawić nowy niedawno wydany singiel. 




W San Francisco znajdziemy grupę KELLEY STOLTZ, która 15 maja opublikuje album zatytułowany "If You Don't Know Me, Buy Now". Oto singiel promujący to wydawnictwo.





Z Melbourne pochodzi formacja Roller One, która 17 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "Fate Done Nice". Przed Wami pełna uroku kompozycja z tego albumu.



 

Prześliczny singiel wydała niedawno grupa z Oakland czyli FIGURE EIGHT. Często wracam do tych dwóch utworów.



 
Przeniesiemy się do Brighton, żeby posłuchać nowego singla Derka Invera, który chodzi za mną od kilku dni.





Sporo płyt ukazało się w dniu wczorajszym, wśród nich znajdziemy najnowszą propozycję grupę THE ORIELLES - "Only You Left". Bardzo lubiłem ich ostatni album "TABLEU" (recenzja na blogu), wczoraj wydana płyta jest zupełnie inna. Wśród premier można również odnotować płytę Art School Girlfriend - "Lean In", Kim Gordon - "Play Me", jazzowy album Bena Wendela - "Barcode", całkiem niezłą płytę formacji THE NOTWIST - "NEWS FROM PLANET ZOMBIE". Z tego zestawu najbardziej równą propozycją jest zapowiadany kilka tygodni temu album "DEATH MOTELS", zespołu THIS LONESOME PARADISE, który również wczoraj miał swoją premierę.



KĄCIK IMPROWIZOWANY - zajrzymy do Oslo, gdzie działa i tworzy HENRIETTE EILERSTEN TRIO. Wczoraj ukazała się ich płyta zatytułowana "MODER".





Nowy York, prezentowany już niegdyś przeze mnie trębacz MARQUIS HILL, wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Beautifulism" - Sweet Surrender". Wśród mnóstwa zaproszonych gości na sesję nagraniowe znaleźli się także - Makaya McRaven, Immanuel Wilkins.






sobota, 7 marca 2026

MONOLITHE NOIR - "LA FOI GELEE" (Humpty Dumpty Records) "Zamarznięty puls"

 

  Przed Wami w głównej odsłonie chłodne brzmienie syntezatorów, które połączą się z wyraźnymi rytmami, żeby wspólnie stworzyć intrygującą, momentami mroczną, całość. Każda kompozycja, z tych zebranych na wydanej przed tygodniem płycie - "LA FOI GELEE", brukselskiego artysty MONOLITHE NOIR (pod szyldem ukrywa się Antoine Pasqualini), ma własny wyczuwalny puls oraz tempo. Poszczególne dźwięki płyną spokojnie, czasem przyspieszają, nieraz zwalniają i prowadzą słuchacza przez muzyczne krainy. Warto podkreślić, że to czwarta w dorobku płyta belgijskiego artysty, i pierwsza, na której jest tak dużo ścieżek wokalnych.




"Zamarznięty puls" - tak można określić najnowszą propozycję "MONOLITHE NOIR, mając w pamięci zarówno tytuł, jak i nastrój tego wydawnictwa. Albumu otwiera bardzo udana kompozycja, która od pierwszych tonów wciąga słuchacza w intymny świat twórcy. Dość łatwo można wyczuć charakterystyczny dla tego projektu nastrój. Tym razem Antoine Pasqualini zaprosił do współpracy sporo gości ( pojawia się gitara elektryczna, altówka, wiolonczela, a nawet lira korbowa). Przy okazji "La Foi Gelee" Belg opuścił ulubione elektroniczno-ambientowe rejony, i śmiałym krokiem wszedł do strefy, gdzie dużo bardziej akcentuje się brzmienie gitary, basu oraz perkusji.

"Ten album opowiada o uczuciach empatycznego mrozu - o momencie, kiedy wiara, zaufanie lub nadzieja wydają się zamarznięte. Chciałem, żeby muzyka sprawiała wrażenie zamrożonej, jakby czas zwolnił, zanim coś znowu zacznie się rozmrażać". 

Jedną z ciekawostek jest potwierdzony przez Belga fakt, że motywy basowe mają na tym albumie zwykle od czterech do sześciu nut. Antoine Pasqualini wykorzystał analogowy sprzęt. "Lubię stary analogowy sprzęt, bo jest niedoskonały. A to sprawia, że muzyka brzmi bardziej żywo".





Na płycie "La Foi Gelee" to kontrasty staja się kluczowe - zimne syntezatorowe dźwięki spotykają się z pozostałymi instrumentami, żywy rytm przeplata się z minimalistycznymi motywami, a cisza (czy też spokojne partie, szczególnie pod koniec albumu) zyskuje na znaczeniu. Nie brak tutaj momentów, które wciągają słuchacza od razu - "Long Bridge" czy "Running Fast" - to pulsujące rytmicznie fragmenty, mające lekkość, odrobinę transu oraz potencjał alternatywnego przeboju.

To epilog albumu zdaje się być dużo bardziej wymagającą częścią. Powolne tempo, sporo przestrzeni, jak w zamykającym całość "La Foi Gelee", psychodeliczny nastrój. Autor zamierzał tu przybliżyć moment stanu emocjonalnego, tuż po utracie kogoś ważnego i próbę powrotu do normalnego życia. Podczas prac na płytą Pasqualini inspirował się muzyką filmową, a także, co ciekawe, rockiem progresywnym. Nagrania terenowe dyskretnie wplecione w tkankę aranżacyjną to: szum miasta, odległe dźwięki ulic, pogłos pomieszczeń. Wszystko to miało stworzyć wrażenie realnej przestrzeni. Co z tych planów i zamierzeń wyszło, jak zwykle ocenicie sami.

Dodam tylko, że Antoine Pasqualini zaleca jednak słuchanie albumu w wersji winylowej (pewnie nie tylko ze względu na cenę). Podczas rejestracji użyto analogowych syntezatorów i kompresorów, które wprowadziły naturalne niedoskonałości.

(nota 7.5/10)


 



Cóż, że ze Szwecji, czyli spotkanie z dobrymi znajomymi, grupa CLUB 8 oraz ich najnowsza piosenka, która przypomniała mi dawny singiel Saint Etienne.




Przeniesiemy się do Canterbury, jeszcze ciepły nowy singiel prezentowanej niedawno grupy MEMORIALS, który zapowiada płytę "All Clouds Bring Not Rain", premiera 27 marca.




Zawitamy w Nowym Yorku, na początku marca ukazała się epka formacji MIDNIGHT GRANGER zatytułowana "Midnight Grager".




Kolejna, tym razem debiutancka, epka pojawi się w sklepach 26 marca, będzie nosić tytuł "These Things Takie Time", autorstwa grupy Goodbye.




I jeszcze jeden mini album. Tym razem nie z Wysp Brytyjskich, tylko z Kostaryki. Formacja GEMAS oraz fragment z epki "Miedo A Perder".




Wizyta w Hanowerze przyniesie spotkanie z grupą THE TYRANT AND THE FUTURE, która niedawno opublikowała album zatytułowany "Blurry White Lines".





Australia i JAY WATSON, który wydaje swoje płyty pod pseudonimem GUM, wczoraj ukazał się siódmy w dorobku album zatytułowany "Blue Gum Way". Oto mój ulubiony fragment.






KACIK IMPROWIZOWANY - a w nim gitarzysta i producent z miasta Los Angeles - Gregory Uhlmann oraz fragment z jego wczoraj wydanej płyty zatytułowanej "Extra Stars".






Kolejni nasi znajomi tym razem z Danii - Claus Waidtlow oraz Nikolaj Hess oraz ich najnowsza smakowita kompozycja.